Facebook Google+ Twitter

Pozycja materiału w rankingach:

12823 miejsce

Czerwony Krzyż, UNRRA i postrach dzieci czyli dentystka

Pierwszy kontakt ze służbą zdrowia i postrachem wszystkich dzieci - dentystą, odnotowuję w początkach szkoły podstawowej. Były to bowiem w pierwszych latach powojennych wydarzenia nie tylko znaczące, ale wręcz wstrząsające.

Jednego razu tak jakoś gruchnęła wieść, że przyjechały z Czerwonym Krzyżem jakieś Dunki i będą szczepić. Wszyscy w szkole zaczęli się okropnie bać, no, bo jakie znowu szczepienie? Przecież już było drapanie piórkiem na ospę i ledwo, co się ręce wygoiły, zostały znaczki a teraz znowu? I w dodatku jakieś Dunki. Co to jest „dunki”?

Wyjaśniło się szybko, że te Dunki to były piękne panie w bielutkich ubraniach i nic a nic nie umiały mówić. To znaczy szwargotały między sobą jakoś, ale to rozumiała tylko jedna pani i na początek wszystko wytłumaczyła. Potem Dunki się tylko uśmiechały, kiwały palcami żeby podejść bliżej do nich, bo wszyscy stali w kolejce, każdy ze zdjętym rękawem.

Najpierw było całkiem śmiesznie, bo one przyklejały na ramieniu plasterek i nic więcej nie robiły. Phy! Mogły przylepiać i po dwa. I tak nie bolało.

Ale po kilku dniach pani znowu ustawiła nas w kolejce i Dunki te plasterki zaczęły odklejać. Pod plasterkami jednym się zrobiły duże czerwone placki, innym trochę mniejsze, a jeszcze innym nic – i tu się dopiero zaczął lament!

Bo jak nie było czerwonego placka, to taka Dunka jedna z drugą od razu łapały za rękę i wbijały igiełkę. Cieniutką, malutką, ale wszyscy pokłuci wychodzili i trochę chlipali.

Ale ja to miałam szczęście! Pod moim plasterkiem było czerwone jak nie wiem co! Dunka to zmierzyła linijką pokiwała głową, coś zapisała i pozwoliła odejść. Ale mi się upiekło! Później w kasie pani tłumaczyła, że jak było czerwone, to się już miało jakieś „zakażenie pierwotne” na tbc, a jak nie – to trzeba było dawać zastrzyk.

Ledwo się tylko skończyły szczepienia i Dunki wyjechały, zaczęła się UNRRA. To były paczki z Ameryki z dobrym jedzeniem. Nigdy takiego nikt nie jadł, a najlepsza była taka wielka czekolada. Trzeba było mieć dużo siły, żeby kawałek ukroić. I pudełeczka z mielonym mięsem i drewnianymi łyżeczkami do jedzenia, i guma do żucia a, przede wszystkim, kolorowe szklane kuleczki do zabawy i odbijania.

Był też taki tłuszcz – nie masło, nie smalec, w ogóle nie wiadomo z czego. Więc ludzie mówili na to „małpi tłuszcz” i mama coś tam dolewała, gotowała, wlewała w foremki aż wychodziło z tego mydło.

UNRRA przyszła też do szkoły i kazała przynosić raz w miesiącu woreczki. Do tych woreczków pani wsypywała mleko w proszku i pozwalała zabrać na zawsze do domu. Na sucho też było fajne, bo zlepiało zęby i można było nawet przez godzinę ciamkać.

Ale jedna rzecz była okropnie niedobra. Tłuste, paskudne i śmierdziało. Nazywało się tran. Codziennie każdy przynosił swoją łyżkę z domu i pani na pierwszej lekcji nalewała ten tran, kazała połknąć i zjeść kawałek posolonego chleba. Brrrr, jakie to było niedobre. Ale pani okropnie pilnowała i nie dało się trzymać pod policzkiem, żeby potem wypluć.

No i wreszcie żeby dbać o biedne powojenne dzieci, czyli nas – zrobili w szkole dentystkę. To była taka pani z czarnymi włosami i nie bardzo ładna. Mówili, że się jakimś cudem z wojny uratowała razem z mężem i synkiem
i przyjechali do nas pracować.

Pani dentystka miała fotel, bormaszynkę (całkiem jak maszyna do szycia, tylko ze świderkiem zamiast igły), lustereczko i taki krzywy szpikulec na długiej rączce, różne kleszcze do wyrywania zębów i lampkę. W lampce zawsze był zapalony płomyczek i pani dentystka po każdym dziecku trzymała lustereczko i te inne przybory nad ogniem. To się nazywało „dezynfekcja”.

Wszystkie dzieci miały dużo czarnych zębów i niektórym pani dentystka je wyrywała, ale przeważnie udawało się uciec z tego fotela. Jak było coś dla tej dentystki ważnego w zębach, to pan woźny musiał przyprowadzić takiego z powrotem. A jak mniej ważnego – to jakoś darowała i nie kazała gonić. Wszyscy się okropnie dentystki bali.

Boją się i teraz, ale już całkiem nie wiem dlaczego, bo wiercenie całkiem nie boli. Niechby spróbowali wiercenia taką bormaszyną! Z nożnym napędem!

Wybrane dla Ciebie:




Komentarze (4):

Sortuj komentarze:

Monika'81
  • Monika'81
  • 13.08.2012 12:02

Moja ciocia jest dentystką i też borowała mi zęby wiertarką stomatologiczną przypominającą maszynę do szycia i była napędzana nożnie. I to w nie tak odległych czasach (przełom lat 90. i 2000 r.), miało to miejsce w jej prywatnym gabinecie na wsi. Leczyłam wtedy u niej 7 zębów, na szczęscie przed każdym wierceniem stosowała znieczulenie, które skutkowało.

Komentarz został ukrytyrozwiń
ja
  • ja
  • 23.08.2011 19:47

Uśmiałam się serdecznie.
Tak to właśnie było!

Komentarz został ukrytyrozwiń

niestety

Komentarz został ukrytyrozwiń
  • Autor usunął profil
  • 06.05.2007 13:32

Plan Marshalla nie wypalił, bo osobiście tow. Bierut w imieniu narodu odmówił.

Komentarz został ukrytyrozwiń

Jeśli chcesz dodawać komentarze, musisz się zalogować.

Najpopularniejsze

Copyright 2017 Wiadomosci24.pl

Korzystamy z cookies i local storage.

Bez zmiany ustawień pliki są zapisywane na urządzeniu. Więcej przeczytasz tutaj.