Facebook Google+ Twitter

Pozycja materiału w rankingach:

36953 miejsce

Czerwony Tulipan: "Aby potrafić spoglądać w głąb siebie..."

Czerwony Tulipan to czołowa grupa nurtu poezji śpiewanej. Zespół, który w ubiegłym roku obchodził 30-lecie działalności scenicznej, wystąpił w Łodzi na koncercie pt. Zaczarowany Świat Krainy Łagodności. Zapraszam do lektury wywiadu.

Czerwony Tulipan - plakat / Fot. Maciej SzymanekAdam Sęczkowski: Na początek chciałbym zapytać o wrażenia pokoncertowe w kontekście łódzkiej publiczności. Czy klimat spotkania z łodzianami Państwu odpowiadał?
Ewa Cichocka: Dzisiejsza publiczność była rewelacyjna. Jak na koniec ludzie wstali, to aż mi się łzy w oczach zakręciły.
Stefan Brzozowski: Dzisiejszego wieczoru po prostu wszyscy wsiedliśmy do wspólnej łodzi i popłynęliśmy, poddając się wspaniałej atmosferze. To, co się wydarzyło w Filharmonii, to nie wynik tego, że się umówiliśmy na godz. 18:00, że się spotkamy i pośpiewamy. Na dzisiejszy efekt końcowy złożyły się lata spotkań w różnych częściach Polski, a od 10 lat właśnie w Keja Pub. Uważam, że każdy artysta potrzebuje swojej publiczności, a jeśli jej nie ma – umiera. Publiczność z kolei potrzebuje swoich artystów. Rolą artysty jest rozpościerać swoją przestrzeń przed swoimi fanami, aby razem powędrować tam, gdzie sami może by się nie odważyli. Przez te lata znaleźliśmy w Łodzi bratnie dusze i płyniemy tą łodzią z publicznością. Także płyńmy dalej, bo myślę, że dziś było pięknie.

Czy będąc dziećmi biegali Państwo po swoich domach np. z dezodorantem zamiast mikrofonu, stawali przed lustrem, udając występ? Czy marzyliście, by kiedyś stanąć na wielkiej scenie, usłyszeć brawa publiczności?
Ewa: Dla mnie środowisko artystyczne było naturalne. Zadebiutowałam w wieku 6 lat w bajce pt. "Kopciuszek", w której grałam tytułową rolę (śmiech). Pamiętam, że w domu biegałam ze szczotką do włosów i udawałam, że występuję na największych festiwalach, takich jak Opole czy Sopot. Bycie na scenie było dla mnie czymś tak naturalnym jak oddychanie i nadal czuję, że tak jest.
Krystyna Świątecka: Ja natomiast nigdy nie planowałam, że będę żyła ze śpiewania i występów na scenie. Od zawsze natomiast kochałam muzykę i śpiewanie i u mnie ta droga artystyczna pojawiła się tak sama z siebie. Gdy byłam dzieckiem, nie biegałam ani z dezodorantem, ani ze szczotką i nie wyobrażałam sobie publiczności, która słucha mojego głosu. Nawet mogę przyznać, że publiczność mnie krępowała. Musiałam przełamać w sobie to uczucie. Moim pierwszym występem artystycznym było śpiewanie w wieku 8 lat na festiwalu kolonijnym piosenki Piotra Szczepanika pt. "Żółte kalendarze" – zdobyłam w konkursie pierwsze miejsce.
Stefan: W moim przypadku wszystkie występy na scenie kończyły się wielką fascynacją. Mówię tu zarówno o osobach, które na scenie tańczyły, jak i tych, które wybitnie grały na instrumentach, jak i tych, które zachwycały swoim głosem. Muzyka ma to napięcie, które bardzo silnie na mnie oddziaływało. Scena zawsze była mi bliska. Podejrzewam, że przed moimi narodzinami, przed przyjściem na ten świat, już odczuwałem potrzebę obcowania z muzyką (śmiech). Natomiast nie jestem w stanie jednoznacznie uchwycić tego momentu, w którym z osoby, którą fascynuje to, co się dzieje na scenie, stałem się częścią widowni, a niedługo potem sam stanąłem na scenie. A propos występów dziecięcych, to w przedszkolu występowałem w stroju ludowym przebrany za Krakowiaka w przedstawieniu o "Koziołku Matołku".

Gratulacje. Przede mną trójka utalentowanych osób i to już od młodych lat.
Ewa: Nam po prostu scena była pisana (śmiech).


Komentarze (0):

Jeśli chcesz dodawać komentarze, musisz się zalogować.

Najpopularniejsze

Copyright 2016 Wiadomosci24.pl

Korzystamy z cookies i local storage.

Bez zmiany ustawień pliki są zapisywane na urządzeniu. Więcej przeczytasz tutaj.