Facebook Google+ Twitter

Czternasta edycja Primavery za nami - składam dzień idealny

Tegoroczna edycja Primavery Sound w Barcelonie była jeszcze większa i jeszcze dłuższa niż poprzednie - to rozgrzewka przed 15. urodzinami, które wypadają za rok. Z koncertów, które widziałam, ułożyłam dzień idealny.

 / Fot. psDzień idealny na Primaverze zaczyna się od Auditori - obowiązkowa jest wizyta w granatowym trójkącie, zrelaksowanie nóg przed całonocnym maratonem w wygodnych siedzeniach i słuchanie stosunkowo kameralnego koncertu w doskonałych warunkach. Takim koncertem w tym roku byłby Sun Ra Arkestra - moje zmysły doznały absolutnego paraliżu, siedziałam wgnieciona w fotel i chłonęłam rzeczy, których nie mogłam pojąć swoim małym umysłem. Cała grupa muzyków w brokatowych strojach zajęła miejsca przy różnych perkusjonaliach, dęciakach i strunowych instrumentach i wyrzuciła wszystkich w jakiś totalny dźwiękowy kosmos. Galaktyczne pochodzenie założyciela tej ekscentrycznej orkiestry jazzowej wydaje się totalnie zrozumiałe w zetknięciu z najbardziej połamanymi, pokręconymi dźwiękami, jakie kiedykolwiek dane było mi słyszeć. Jazz z założenia powinien być gatunkiem przekraczającym konwencje i zasady, poszukującym alternatywnych form, wstrząsającym i zaskakującym - ale niewielu jest muzyków potrafiących tak radykalnie i tak genialnie sprzeciwić się wszelkim porządkom i stworzyć podobnie wielkie, wizjonerskie dzieło. Radykalizm dał się z resztą we znaki publiczności - nie dość, że sala była do połowy pusta już na początku (dość powszechne zjawisko na tegorocznej Primaverze, chyba już tylko najbardziej zdeterminowani chcieli stać w tych godzinnych kolejkach w czasie, kiedy festiwal hula już na całego), to w trakcie koncertu nieustannie trwała ewakuacja - sporo osób nie przetrwało pierwszego utworu. Zostało nas stosunkowo niewiele do końca, ale była to przepiękna reprezentacja, która finał przedstawienia, okraszonego wędrującymi po sali saksofonistami i tamburynami, odsłuchała na stojąco, zebrana tuż przy scenie. Słuchacze migrowali z najdalszych zakątków sali, żeby przeżyć kilka minut bliskiego kontaktu z tym niezwykłym zjawiskiem. Zagrali nam niekończące się, cudowne "Space is the Place", "When You Wish Upon a Star" i "Angels and Demons at Play", do którego lider dodał trochę salt, gwiazd i inszych szamańskich ruchów. Tego misterium nie sposób oddać słowami - to był najbardziej niespodziewany początek dnia tego festiwalu.

Zakładam, że jesteście w stanie pójść za mną na kolejnych osiem koncertów tej nocy. Nie ma czasu na piwo (kto by pił heinekena za pięć euro), nie ma czasu na rozmowy - jest tylko muzyka. Przechodzimy przez bramki, pod neonem Primavera Sound i wkraczamy na teren festiwalu, gdzie tej idealnej nocy czeka was sporo przesterów.

Ale najpierw, zanim przestery - słyszę, że na małej scenie Sony, na której prezentują się młode talenty, cudownie gra dziewczę schowane pod czarną parasolką. Ma przed sobą cały arsenał klawiszy, pokręteł i wajch, dzięki którym powstaje elektroniczno-instrumentalno-samplowy spektakl, przypominający bardzo dokonania Atlas Sound. Zgadza się, wszyscy to już gdzieś słyszeliśmy, ta laska jest wtórna, ale gra z takim wdziękiem, a do tego dodaje naprawdę uroczy, wytrenowany wokal - więc wybaczamy i radujemy się tym krótkim spotkaniem. http://aries.bandcamp.com/

Zwykle na początku zatrzymuję się przy ATP, sceny niedaleko Ray Bana, na której na przemian z Ray Banem co roku rozgrywały się najważniejsze koncerty (tylko, że dzisiejsza ATP nazywała się inaczej, a stara ATP stała zawsze gdzieś na uboczu, zaglądali do niej najtwardsi miłośnicy ciężkich dronów, specyficznego country, industrialu i metalu. Tym razem wszystko się zmieniło, większość najtrudniejszych brzmień przypadła o dziwo Vice mam wrażenie - to tam zobaczyłam Kvelertak i Jesu, choć i sąsiedni Pitchfork nie zawiódł Deafheaven chociażby. Ale stara dobra ATP z Shellackiem jak co roku to już historia. Teraz grają na niej Cut Copy.

Mimo to około 18, na początek dnia, działy się tu zwykle dość ciekawe i inne rzeczy. Pierwszego wieczora był to chilijski Follakzoid, następnej nocy Loop, który uznaję za mój ulubiony koncert ATP, innym razem Yamantaka, zespół teoretycznie i praktycznie z Kanady, ale dużo bliżej im do japońskiego teatru, czy może nawet horroru. Loop zagrali mojego dnia marzeń na ATP. Byli tacy, jacy chciałabym, żeby wciąż byli Jesus and Mary Chain, i tacy, jacy są My Bloody Valentine - chociaż tu przestery znajdują odrobinę inne zastosowanie, a monotonna, dronowa repetycja ma ten sznyt z lat 80-tych i zarazem wciąż mocno siedzi w post-hardcorowej prostocie. Jednocześnie surowość i konsekwencja tych zaloopowanych kompozycji jest niezwykłą zaletą: nie ma kompromisu, żadnych piosenek, melodii, które ktokolwiek mógłby zanucić pod prysznicem. Jest repetycja, monotonia, psychodelia i kraut. Panowie w siwych włosach znokautowali Wooden Shjips i wspomnianych Follakzoid, którzy choć nie bez wdzięku, aż tak dobrzy nie są.

Na tej samej scenie zagrał także doskonały koncert pewniak tego festiwalu - Jeff Mangum i jego apokaliptyczna orkiestra, czyli Neutral Milk Hotel. Spóźniłam się skandalicznie (Sun Ra był po prostu za dobry), więc przegapiłam "King of Carrot Flowers" wszystkie części, "Two Headed Boy" i inne łakocie - ostrzegam więc na Offie, trzeba być od początku, bo oni nie czekają z hiciorami na ostatnią chwilę. Ale i tak było przednio. Akordeony, gitary akustyczne i elektryczne, mandoliny, dęciaki, owieczki na keyboardach, nie brakowało niczego. Bardzo skondensowany koncert, składający się z najważniejszych utworów - choć brakowało mi "Comely" w tym zestawie - wykonany z mnóstwem uczucia i energii, czyli bez niespodzianek. Bardzo przyjemna folkowa apokalipsa z mnóstwem ciemnych historii.

Queens of The Stone Age są na szczycie już dobrą chwilę - i widać do świetnie w pozie Josha Homme, który od zawsze był 300% facetem, ale wobec tłumu niemalże klęczącego wobec jego majestatu staje się maczo prosto z dzikiego zachodu: popija whisky, gada rzeczy teoretycznie zabawne, w sumie mało istotne, i tak wszyscy słuchają z namaszczeniem, odpala szlugę, pociąga kilka razy i rzuca ją za siebie, jest niezwykle zadowolony, że gra na Primaverze, i takie tam. Gwiazdorstwo i męstwo są mu jednak bardzo do twarzy i nie pozostają bez wpływu na jakość koncertów, które z mojego doświadczenia są zawsze popisowe. Wielka scena domaga się kompromisu kawałków, które można zaśpiewać - miażdżących klasyków, które zna chyba każdy względnie osłuchany gimnazjalista, czyli "Feel the Good Hit of Summer" czy "Go with the Flow", bardzo bezpośredniego "wolnego" "Make it Wit Chu", pomieszanych z trudniejszymi fragmentami "Rated R" czy "Lullabies". Ten zespół to bezlitosna przyjemność.

Slowdive zagrali kolejny koncert marzeń. Pięknie się z nimi obcuje na żywo po tej długiej przerwie - chociaż dali zaledwie cztery koncerty i wciąż krygują się na scenie, niespiesznie wszystko przygotowując i z ostrożnością dbając o dźwięk, w ogóle nie słychać dwudziestoletniej ciszy, kiedy już uderzą w struny. Weszli przy dźwiękach "Deep Blue Day" Briana Eno i przeszli płynnie w "Slowdive", traktując nas po królewsku od razu, bez czekania. Sporządzona przez nich lista była z resztą spełnieniem prawie wszystkich życzeń jak na pierwszy raz - zabrakło mi co prawda "Rutti" i "Daggera", które uważałam za żelazny element ich najważniejszych utworów, ale skoro było i "Crazy For You", dumnie reprezentujące najdziwniejszą płytę zespołu, pięknie gitarowo-rozmyte ambienty, i boskie, przestrzenne "When The Sun Hits" zaraz po "Souvlaki Space Station", kawałku, po którym nic nie jest takie samo. Jeśli w historii shoegazu można wskazać jakieś klasyki, to "Souvlaki" powinny znaleźć się na czele takiego rankingu jako przykład najdoskonalszego zastosowania przesterów w tworzeniu ulotnego piękna. Zamknęli godzinny występ "She Calls", pozostawiając nas z potarganymi sercami, w trudnym do opisania stanie ducha.


Ostatnie trzy koncerty idealnego dnia: Jesu (na sam koniec, w zimnym kącie El Forum, pod Vice, bez osłony przed superzimnym wiatrem - ale kto się martwi wiatrem, patrząc na Broadricka?). Moja ulubiona reinkarnacja Justina Broadricka (mam szczęście, bo widziałam go już z Napalm Death i Godfleshem i mogę już teraz oficjalnie potwierdzić, że ta najbardziej ambientowa odsłona jego twórczości jest moją preferowaną) wypadła oczywiście doskonale. Ambientowe drony, niekończące się, ciężkie jak cholera kawałki, industrialna surowość, perkusja z laptopa, żywa gitara i bas (rzecz dość niespotykana dla tego jednoosobowego z założenia projektu) okraszone obowiązkowymi wizualizacjami z upadającymi habitatami z lat 60-tych, industrialnymi kominami i miastami widmami, po których następuje niewinna, nieskalana i bujna zieleń. Jesu w pełnej krasie.

Ale jeszcze przed nim czeka nas ważna reaktywacja - Slint, który o dziwo nie ruszał wszystkich aż tak bardzo, jak sobie to wyobrażałam. Gdzie tam, 50 tysięcy rozpełzło się gdzieś po Boilerach i innych scenach, w poszukiwaniu ecstasty i przygód, a my tutaj pod ATP jakoś tak skromnie, w tłumie ale bez szału, więc pięć minut przed początkiem koncertu podążyłam za bandą Włochów w skórzanych kurtkach i dotarłam pod samą scenę, żeby z bliska przeżywać najważniejszy koncert świata. Ten okazał się być najlepszym, jaki kiedykolwiek widziałam - całe "Spiderland" na żywo, przeplecione bardzo starannie i dobrze dobranymi fragmentami surowego jak cholera "Tweez", które rzęzi i mocno tkwi w post-hardkorze lat 80-tych (w końcu doglądał go sam Albini), było spełnieniem marzeń, momentem, który brzmiał dokładnie, jakby panowie odłożyli gitary tydzień temu. Ponad dwie dekady nieobecności Slint na scenie jakoś kompletnie nie dały się odczuć: perfekcja w każdej sekundzie, sporo ciszy, wielkie momenty (największy, kiedy "Washer" doszedł do kulminacji), rozpoczęcie "For Dinner..." i zamknięcie obowiązkowym "Good Morning, Captain", przy którym wszyscy krzyczeliśmy, cała masa detali i ta niezwykła atmosfera najlepszej płyty świata po prostu przenikały. Tym panom nie sposób oddać słowem sprawiedliwości: wstrząsnęli mną tak samo, jak wstrząsa każde odsłuchanie "Spiderland". Tęskniłam za takim graniem.

Kto ma siły, ten po Slincie idzie odprężać się przy festynie Arcade Fire: doskonały spektakl, niemalże teatralny, rozpoczęty szklanym misiem konferansjerem, zakończony tańcem wielkich głów do kubańskiego kawałka, okraszony konfetti, wizualizacjami (ta do "We Don't Exist" powinna być sprzedawana szkołom tańca), srebrnymi ekranami, różowymi frędzlami, zmysłową i wyeksponowaną jak nigdy Regine, takim, który po prostu nie pozwalał już nawet prosić o bisy, no bo jak tu dogrywać do doskonałej całości jeszcze jakiś kawałek? Dwie bite godziny grania z ogromną radością i energią zaczęli od "Reflektora" - mam nieodparte wrażenie, że to nie tylko miał być powalający początek, ale też brutalne i bezpośrednie rozprawienie się z wątpliwościami i syfem narosłym wokół ostatniej płyty. Koncert dowiódł, że był on kompletnie niezasłużony i nieuzasadniony. Poprzetykany klasykami "Reflektor", zaprezentowany w dużej części, to cudowna manifestacja festiwalowego stylu życia zglobalizowanej korpomłodzieży, pracującej na pełny etat za śmieszne pieniądze, uwikłanej w kredyty na sto lat i supłającej na tydzień na Seszelach raz w roku. Nie przesadzam - zobaczcie publiczność, oni znają wszystkie te słodko-gorzkie kawałki i śpiewają je z dużym uczuciem, a więc chyba wiedzą, o czym mowa. Arcade Fire są ucieczką od systemu w najbardziej kompromisowej i lekkiej formie - to ucieczka przez taniec, piwo i brokat. Nie da się ich za to nie uwielbiać, tym bardziej, że w swoim nieumiarze są wciąż fenomenalnymi muzykami, a kompozycje przez nich budowane to przykład naprawdę światowej ligi piosenkopisania. Będą w podręcznikach, jeszcze zobaczycie, i będzie wam wstyd, że nie poznaliście się na "Reflektorze".


Ok, to dość na jeden raz. Czeka was jeszcze podwójna tęcza, spacer do Boiler Room, pierwszy deszcz od pięciu lat i trochę naprawdę dobrego grania. Ale to następnym razem. A wy - szykujcie się na Offa!

Wybrane dla Ciebie:




Komentarze (0):

Jeśli chcesz dodawać komentarze, musisz się zalogować.

Najpopularniejsze

Copyright 2016 Wiadomosci24.pl

Korzystamy z cookies i local storage.

Bez zmiany ustawień pliki są zapisywane na urządzeniu. Więcej przeczytasz tutaj.