Facebook Google+ Twitter

Cztery wnioski po wyborach w Platformie Obywatelskiej

Wybory w Platformie Obywatelskiej mamy już za sobą. Przy frekwencji nieznacznie przekraczającej pięćdziesiąt jeden procent, wybory te wygrał Donald Tusk.

Premier uzyskał poparcie blisko osiemdziesięciu procent głosujących, tym samym pokonał on Jarosława Gowina, którego wskazało dwadzieścia procent tych członków PO, którzy wzięli udział w wewnętrznych wyborach w swojej partii.
Wybory te były otoczone bardzo szerokim zainteresowaniem medialnym. Jednak ważniejsze od komentowania samych wyborów i ich przebiegu (o wiele ważniejsze!) okazać się może wskazanie kilku wniosków, które z tych wyborów wynikają. W mojej opinii wnioski te są następujące.
Po pierwsze, należy zauważyć, że po raz pierwszy od 1989 roku odbyły się bezpośrednie wybory wewnątrzpartyjne, które wyłoniły przywódcę ugrupowania politycznego. To bardzo ważne wydarzenie, albowiem przywódcy partyjni - do tego momentu - wybierani byli przez partyjnych delegatów podczas zjazdów partyjnych. A delegaci partyjni są przecież w rzeczywistości reprezentantami wewnątrzpartyjnych frakcji. Krótko mówiąc, delegaci reprezentują poszczególne środowiska i w głosowaniu bardziej wyrażają wewnątrzpartyjny układ sił, niż opinie poszczególnych członków ugrupowania. Jeśli wybór przewodniczącego PO odbyłby się zgodnie z zasadą wyboru partyjnego przywódcy przez delegatów, to jego wynik mógłby okazać się całkowicie inny. Albowiem w takiej sytuacji kluczowe dla kandydatów byłby ich wewnątrzpartyjny kapitał polityczny, w postaci poparcia konkretnych środowisk i frakcji.
Krótko mówiąc, w przypadku, w którym to delegaci wybierają partyjnego przywódcę, najważniejszy jest poziom poparcia dla kandydatów poszczególnych struktur w terenie i przywódców regionalnych. Jeśli to delegaci wybieraliby przewodniczącego PO, Jarosław Gowin uzyskałby wynik o wiele niższy, gdyż jego poparcie w terenie pozostaje niskie. Poparcie Jarosława Gowina w terenie jest nieporównywalnie niższe od terenowego poparcia, na jakie z pewnością mógłby liczyć Grzegorz Schetyna. Dla Jarosława Gowina bezpośrednie wybory w Platformie były wielkim atutem. Dla Grzegorza Schetyny bezpośrednie wybory byłyby niekorzystne, gdyż nie mógłby on w pełni wykorzystać swojego terenowego poparcia, w postaci partyjnych delegatów i partyjnych struktur. Najprawdopodobniej z tego powodu Grzegorz Schetyna zrezygnował z kandydowania w tych wyborach. System wyborczy, który został przyjęty przez Platformę Obywatelska był dla niego niekorzystny, dlatego też mogło go to skłonić do rezygnacji z brania w nich udziału.
Po drugie, należy także zauważyć, iż w przypadku wyborów na przewodniczącego Platformy Obywatelskiej mieliśmy do czynienia z rzeczywistą rywalizacją dwóch kandydatów. W polskim systemie politycznym to rzadkość. Albowiem w wyborach partyjnych, wyłaniających nowego przywódcę, zazwyczaj startuje tylko jeden kandydat. Tak było w przypadku PiS-u, tak było również w przypadku SLD.
Po trzecie, niemal pięćdziesiąt procent członków Platformy Obywatelskiej postanowiło nie brać udziału w tych wyborach. Oznacza to, że partia rządząca przeżywa wewnętrzny kryzys i z pewnością jest podzielona. Ponadto można również domniemywać, że wielu członków Platformy zrezygnowało z brania udziału w tych wyborach, gdyż nie widzieli oni kandydata, który odpowiadałby im, jako przyszły przywódca.
Jednakże przyczyną tak wysokiej absencji w wewnętrznych wyborach w Platformie, może również być o wiele bardziej prozaiczna. Być może terenowe struktury nie mają wystarczająco dokładnie uaktualnionych list swoich członków. Niektórzy członkowie, rezygnując ze swojego członkostwa w partii politycznej, nie robią tego oficjalnie. To oznacza, że nie każdy, kto odchodzi z partii politycznej, prosi o skreślenie go z listy członków ugrupowania. Bardzo często rezygnacja okazuje się po prostu nieuczestniczeniem w życiu politycznym macierzystej partii, bez informowania kogokolwiek o tym fakcie. Należy jednak zauważyć, że nie jest to wyłącznie problem Platformy, albowiem podobny mechanizm występuje we wszystkich partiach politycznych, a w szczególności w partiach masowych, które przyciągają wielu sympatyków i członków. Bowiem kiedy działania partii powodują rozczarowanie, sympatycy – a także członkowie – po prostu przestają się tą partią interesować. Może warto byłoby w przyszłości przyjąć inną metodę liczenia członków. I wprowadzić efektywną procedurę usuwania członków z partii, gdy przez dłuższy czas nie uczestniczą oni w życiu partii, nie kontaktują się ze swoim ugrupowaniem, albo nie płacą partyjnych składek.
Jednak, w mojej opinii, najważniejsza przyczyna tak wysokiej absencji wyborczej w Platformie Obywatelskiej wynika z „praktycznego znaczenia” członkostwa w partiach politycznych w Polsce. Rodzime ugrupowania polityczne, a zwłaszcza partie masowe, nie mają działaczy, a wyłącznie członków, których wpływ na życie partii politycznej (jej poczynania, jej przedsięwzięcia i jej polityczną strategię) jest doprawdy znikome. Polskie partie polityczne są kierowane w sposób centralny. Co więcej, nie można nawet mówić o procesie decentralizacji rodzimych ugrupowań politycznych. Wszystkie decyzje są podejmowane przez liderów, czy też przez partyjnego przywódcę. Debata programowa, de facto, jest rzeczą wybranych i jest autoryzowana przez kierownictwo, które w tej debacie wyraża opinie poszczególnych frakcji. A szeregowy członek partii politycznej nie ma żadnego wpływu na poczynania partii, do której należy. Krótko mówiąc, w polskich partiach politycznych nie ma demokracji partycypacyjnej, a wewnętrzna debata, de facto, nie istnieje. Stąd, w mojej opinii, niskie zainteresowanie wyborami ze strony członków Platformy Obywatelskiej.
Po czwarte, w tych wyborach nie ma żadnego zwycięzcy. To prawda, że obaj kandydaci coś zyskali i w pewnym sensie udało im się - przynajmniej częściowo - osiągnąć swoje polityczne cele. Jednak ani Jarosław Gowin, ani Donald Tusk nie mogą poczuć się zwycięzcami tych wyborów.
Jarosław Gowin osiągnął niewątpliwy sukces. Jednak wybory przegrał, czyli poniósł porażkę. Tyle tylko, że uzyskany wynik pozwoli mu na dłuższe - a być może stałe – zaistnienie w roli istotnego gracza na polskiej scenie politycznej. Dwudziestoprocentowy wynik to dobry kapitał początkowy dla stworzenia swojej partii politycznej. Jednak przestrzegałbym Jarosława Gowina przed zbyt głośnym tryumfalizmem, albowiem jego wynik w żaden sposób nie oznacza, że - w przypadku jego odejścia z Platformy - dwadzieścia procent członków partii rządzącej odejdzie razem z nim.
Jarosław Gowin konsekwentnie (i od wielu miesięcy) buduje swoją pozycję na polskiej scenie politycznej. Ten wynik jest zwieńczeniem jego pracy. Jako zalegitymizowany gracz polskiej sceny politycznej, były minister sprawiedliwości może pomyśleć o stworzeniu nowego podmiotu politycznego, który mógłby się opierać na jego autorytecie. Jednak musi on działać natychmiast, póki znajduje się w centrum uwagi. Za kilka tygodni może być za późno, a jego całkiem wysoki wynik może ponieść - w polskiej przestrzeni medialnej - porażkę w konfrontacji z kolejnymi wydarzeniami politycznymi. Wszak życie polityczne toczy się dalej…
Z kolei Donald Tusk nie odniósł sukcesu wyborczego. Przecież nikt nie wątpił w to, że ponownie zostanie on wybrany na przewodniczącego swojej partii, ugrupowania, którego – przypomnę - jest jednym z założycieli i wieloletnim przywódcą. Donald Tusk dostał jedynie kolejną szansę na nowe otwarcie i nowy polityczny początek, zarówno dla siebie, jak również dla swojej partii.
W tym miejscu pojawia się szereg pytań: czy „nowy – stary” przewodniczący Platformy Obywatelskiej będzie potrafił tę szansę wykorzystać i czy będzie on chciał się tą szansą podzielić z partią, której przewodzi? Czy Donald Tusk będzie chciał odnowić swój polityczny wizerunek? Czy Donald Tusk będzie chciał zmienić obraz Platformy Obywatelskiej? Czy Donald Tusk będzie chciał podzielić się z innymi partyjnymi liderami odpowiedzialnością za Platformę? Czy Donald Tusk będzie chciał podzielić się władzą z innymi liderami w swojej partii? Czy Donald Tusk rozważa przyjęcie innej formuły funkcjonowania Platformy, która zakładałaby nie jednoosobowe, tylko rzeczywiste, kolegialne podejmowanie decyzji w Platformie Obywatelskiej?
Od odpowiedzi na te pytania zależy zarówno polityczna przyszłość, jak również rozmiar politycznych sukcesów (i ewentualnych politycznych porażek) Platformy i samego Donalda Tuska. Przywódca PO będzie bowiem musiał przezwyciężyć złą passę, przez którą przechodzi partia rządząca. Tego właśnie oczekują członkowie i sympatycy Platformy Obywatelskiej. Tego właśnie oczekują ci, którzy nie chcą - a czasem wręcz boją się - powrotu do władzy obozu politycznego Czwartej RP.

***



Wyniki wewnętrznych wyborów w Platformie Obywatelskiej prowadzą mnie do dwóch konkluzji.
Po pierwsze, aby przetrwać i odnosić polityczne sukcesy i aby utrzymać władzę, Platforma Obywatelska musi wymyślić się na nowo. Partia Donalda Tuska potrzebuje nowego otwarcia, nowego wizerunku, nowego programu, nowej strategii i - nade wszystko - nowych twarzy. Nadszedł czas, by wprowadzić na arenę polityczną nowych, młodych graczy, których w Platformie przecież nie brakuje.
Ponadto, by zwyciężyć w przyszłych wyborach parlamentarnych, Platforma Obywatelska musi przesunąć się nieco w lewą stronę i zawalczyć o elektorat centrolewicowy, który przesądzi o sukcesie politycznym (czy też politycznej klęsce) największych partii politycznych w Polsce, podczas przyszłych wyborów parlamentarnych. By tego dokonać, partia Donalda Tuska musi pożegnać się ze swoją konserwatywną frakcją, która uniemożliwia jej skuteczne zawalczenie o centrolewicowy elektorat.
Po drugie, Jarosław Gowin zalegitymizował swoją pozycję na polskiej scenie politycznej i musi on - mówiąc kolokwialnie - kuć żelazo póki gorące. Dla byłego ministra sprawiedliwości nadszedł czas na rozpoczęcie budowy swojego własnego podmiotu politycznego, swojej politycznej partii. Taki podmiot mógłby liczyć na liberalny gospodarczo i konserwatywny obyczajowo elektorat. W mojej opinii partia Jarosława Gowina mogłaby skutecznie zawalczyć o dziesięć procent poparcia w następnych wyborach parlamentarnych. Z czasem partia Jarosława Gowina mogłaby rozpocząć z PiS-em walkę o wyborców, za pięć lat doprowadzając do marginalizacji i do upadku obozu politycznego Jarosława Kaczyńskiego.
Dla Platformy czas wewnętrznej kampanii wyborczej się skończył i nadszedł czas ciężkich decyzji i ciężkiej pracy. A więc: go to the work, czyli - do roboty!

***


Nieopublikowane w serwisie Wiadomości24 teksty publicystyczne mojego autorstwa, znajdą Państwo na moim blogu, pod adresem http://www.zbigniew-stefanik.blog.pl/ oraz na portalu Salon24, na stronie http://www.zbigniewstefanik.salon24.pl/.
Serdecznie zapraszam do ich lektury i merytorycznej dyskusji.

Wybrane dla Ciebie:




Komentarze (0):

Jeśli chcesz dodawać komentarze, musisz się zalogować.

Najpopularniejsze

Copyright 2017 Wiadomosci24.pl

Korzystamy z cookies i local storage.

Bez zmiany ustawień pliki są zapisywane na urządzeniu. Więcej przeczytasz tutaj.