Facebook Google+ Twitter

Czy da się zepsuć Yo La Tengo? Ostatni dzień Primavera Sound

Trzeci dzień Primavera Sound wyróżniły występy fantastycznego Shellaca i... niespodziewanie, niemożliwie wręcz popsutego Yo La Tengo. Między innymi.

 / Fot. Damia BoschNo tak, do dzisiaj nie mogłabym uwierzyć, że takie rzeczy są możliwe - zobaczyć ukochane Yo La Tengo na scenie, gdzieś daleko od reszty scen, bo na Mini, na godzinnym koncercie łączącym ukochane piosenki (i "Autumn Sweater", i "Pass the Hatchet...", i w ogóle lista marzeń jak na pierwszy koncert Yo La Tengo w życiu), z widokiem na morze, w morzu słuchających... trochę drętwo, bez drgnienia, bez pląsania, jak można nie pląsać na Yo La Tengo? Ale nie to było najdziwniejsze, najdziwniejsze były miny muzyków, kiedy już przy pierwszym utworze okazało się, że technicznie sprawa jest popsuta. Że ktoś tam nie podpiął jakiejś dźwigienki, tak więc albo gitara brzęczała cicho, albo perkusja milkła, albo tylko klawisze, albo tylko jeden wokal, w ogóle katastrofa! Przez połowę koncertu muzycy zmagali się z niepodpiętymi kablami, z brakiem nagłośnienia, które zabijały misterium, jakim jest spotkanie z ich muzyką - i owszem, część z nich brzmiała mniej więcej satysfakcjonująco, jak "Pass The Hatchet...", który był jednym z ostatnich utworów i gdzie techniczni już zaczęli nieco panować nad sprzętem i zadaniami... Nie zapomnę jednak miny Georgii, sfrustrowanej tym całym bałaganem... Szkoda strasznie, Ira zadeklarował co prawda, że to ich ulubiony festiwal, i faktycznie dawali z siebie przez ten czas naprawdę dużo, ale pewnych rzeczy nie przeskoczysz. Geniusze zostali przytłumieni przez niezdarną obsługę. Strasznie szkoda.

Na szczęście na scenie ATP te kwestie nie zawodziły absolutnie - zobaczyłam więc nieprawdopodobny, nie do opisania doskonały koncert Shellaca. Albini takoż nie do opisania, rządzi tłumem, proponując mu spektakl polityczny, społeczny, ostry, gorzki, bezpardonowy. Godzina fenomenalnej, matematycznej muzyki prowadziła nieuchronnie do aktorskiego, minimalistycznego popisu "The End of The Radio", kilkunastominutowego przemówienia, społecznego krytycyzmu, pamfletu, manifestu, który pochłonął większość bez reszty, i zakończył się akrobacjami i krótkim spektaklem wynoszenia sprzętu ze sceny. Zrozumiałam jedną rzecz - Shellac gra na tej scenie co roku i co roku zbiera zaskakujące tłumy. Teraz już wiem dlaczego.

Wybrane dla Ciebie:




Komentarze (0):

Jeśli chcesz dodawać komentarze, musisz się zalogować.

Najpopularniejsze

Copyright 2016 Wiadomosci24.pl

Korzystamy z cookies i local storage.

Bez zmiany ustawień pliki są zapisywane na urządzeniu. Więcej przeczytasz tutaj.