Facebook Google+ Twitter

Pozycja materiału w rankingach:

7219 miejsce

Czy haker może wywołać wojnę?

  • Źródło: ngo.pl
  • Data dodania: 2006-06-21 09:56

Gen. bryg. Roman Polko, dowódca GROM: - Grupa dobrze działających i jeszcze lepiej wyposażonych hakerów może spowodować rzeczywiście zakłócenia życia społecznego

Panie generale, starożytni Rzymianie mówili: „Chcesz pokoju, szykuj się do wojny”. Czy Pańskim zdaniem ta sentencja będzie miała odniesienie także do sytuacji w XXI wieku?

- Tak, bo już analizy amerykańskiego Departamentu Stanu jeszcze sprzed 11 września mówiły, że wiek XXI będzie epoką terroryzmu. I te słowa sprawdziły się, niestety, w tragiczny sposób: w Stanach Zjednoczonych, w Hiszpanii, w krajach byłego Związku Radzieckiego. Trzeba się liczyć z tym, że zmienia się charakter i oblicze wojny. I nie będzie to już taka wojna, w której państwa wyprowadzają na przykład siły pancerne i walczą między sobą w sposób konwencjonalny. Prawdopodobieństwo takiego konfliktu jest bardzo małe. Trzeba się liczyć z tym, że coraz częściej, niestety, będziemy mieli do czynienia z atakami o charakterze terrorystycznym. Co gorsza, mogą to być ataki ze strony ludzi, którzy nie wierzą w ogóle w nic. To także powtarzają teoretycy, że mamy do czynienia z terroryzmem, który wyrasta na bazie nihilizmu, gdzie potencjalny terrorysta nie dąży do pokoju na nowych warunkach i uzyskania spełnienia żądań, co jest zresztą celem wojny. Ten nihilistyczny terrorysta wychodzi z założenia, że świat jest zły i trzeba go zniszczyć.

Jak wygląda współczesny atlas najbardziej zapalnych punktów na świecie. Tych punktów, z których wychodziłoby zagrożenie terrorystyczne i siłą rzeczy wojenne?

- Nie będę specjalnym odkrywcą i nie chcąc uderzać w religię, powiem, że to Bliski Wschód. Nierozwiązane konflikty, które tam mają miejsce, promieniują na cały świat. Dalej, Afryka. Ten kontynent też może być wylęgarnią terrorystów, bo jest to obszar, w którym nie ma cywilizacji w rozumieniu europejskim. To są zapomniane zakątki Ziemi, takie białe plamy, gdzie jest przez jakiś czas spokojnie, bo nikt ich nie rusza. To takie uśpione wulkany. I takim zakątkiem jest właśnie Afryka. Te dysproporcje w rozwoju cywilizacji czy w poziomie życia mogą spowodować narastanie frustracji w tamtych rejonach bądź nawet sięganie po ludzi z tamtych rejonów, żeby poprzez sianie fermentu czy zamętu uzyskiwać jakieś cele przez podmioty, które w XXI wieku nie muszą być podmiotami państwowymi, ale prywatnymi osobami. Okazuje się, że współczesna technologia pozwala nawet prywatnym osobom dysponować bronią o charakterze biologicznym czy chemicznym, która niestety razi i pozbawia życia wielu ludzi.

Mówi Pan o „sprywatyzowanym terroryzmie”. Czy to znaczy, że mamy obawiać się bardziej tych grup terrorystycznych a mniejszą uwagę przykładać do takich państw, jak Kuba, Iran czy Korea Północna?

- Z pewnością takie skanseny jak Korea są zaprzeczeniem tego, co się dzieje na świecie i trudno nie patrzeć na ten kraj jako na źródło poważnych zagrożeń. Natomiast na pewno nie ma już dwóch przeciwstawnych frontów z drugiej połowy XX wieku. Minął już czas zimnej wojny, kiedy mieliśmy do czynienia z blokami państw skupionych wokół Związku Radzieckiego i Stanów Zjednoczonych Formuje się nowy porządek światowy, w którym decydującą i pierwszorzędną rolę odgrywa potencjał ekonomiczny poszczególnych państw. Mówi się o Chinach – Państwie Środka – które może dominować. Ale w tym wszystkim można dostrzec raczej chęć pojednania między krajami. Myślę, że bardzo dużo zrobił tu nasz Ojciec Święty, który tak często podkreślał, że religia nie może być źródłem konfliktów i wyciągał rękę do każdego. Wierzmy w to, że ta misja, którą realizował, a która dotyczyła szerzenia pokoju i wyeliminowania waśni religijnych kiedyś się ziści. Póki co jednak, wciąż mamy do czynienia z różnego rodzaju szaleńcami, siewcami jakiś nowych wymyślonych ideologii czy subkultur, którzy chcąc zaistnieć czy osiągnąć cele, które nam, przeciętnym, normalnym obywatelom trudno zrozumieć, mogą wykorzystać zdobycze cywilizacji, technikę informatyczną, anonimowość współczesnych terrorystów do pozbawiania życia niewinnych ludzi.

Czy, Pańskim zdaniem, odejdą już do lamusa podręczniki taktyki choćby Clausewitza a zastąpią je coraz bardziej wyrafinowane programy komputerowe?

- Jeżeli weźmiemy do ręki dzieło Clausewitza: „O wojnie”, to zwróciłbym uwagę na ostatnie zdanie tej książki: „Ten, kto przeoczy możliwość, zapatrzywszy się na niemożliwość, jest głupcem”. I trzeba wykorzystywać wszystkie możliwości, które pojawiły się, szczególnie po upadku tego dwubiegunowego świata, żeby zapobiegać rozwojowi wszelkich patologii czy terroryzmu. Na pewno trzeba wyprzedzać w działaniach potencjalne źródła zagrożeń, patrzeć, z czym te zagrożenia mogą się łączyć i wspierać czy budować takie mechanizmy prawne funkcjonowania państw czy sojuszy, żeby były chronione prawa przeciętnego obywatela a nie by swobody demokratyczne były wykorzystywane przez różnego rodzaju bandytów i przestępców, którzy bardzo często z czasem stają się narzędziami w rękach terrorystów. Profesor generał Balcerowicz napisał w swojej książce wiele scenariuszy prowadzenia wojen i żadnego z nich nie można wykluczyć, aczkolwiek jestem przekonany, że jeżeli miałoby dojść do konfliktu, to będzie on przebiegał… w inny sposób, niż którykolwiek z tych scenariuszy to pokazuje. Trudno się liczyć z tym i raczej tego nie przewiduję, żeby nowoczesna wojna miała charakter nagły, ale może się rozpocząć na przykład od ataków terrorystycznych związanych z zakłóceniami informatycznymi, dążeniem do sparaliżowania systemu informatycznego państw wysoko rozwiniętych.

Czy to znaczy, że haker może wywołać wojnę?

- Jeden może nie, ale grupa dobrze działających i jeszcze lepiej wyposażonych hakerów może spowodować rzeczywiście zakłócenia życia społecznego w tak dużym stopniu, że może to spowodować niezadowolenie i zamieszki. I nakręcanie tej spirali może doprowadzić do chaosu czy wojny na skalę wręcz globalną. Stąd też ważne jest działanie prewencyjne, wyprzedzające i gaszenie w zarodku ognisk konfliktu. Natomiast jeżeli myślimy już nieco bardziej konwencjonalnie, to trzeba posłuchać Alvina Tofflera, który mówi, że są wciąż społeczeństwa na etapie rozwoju agrarnego, następnie te przemysłowe, do których niestety można wciąż zaliczyć Polskę i społeczeństwa tej trzeciej fali – informatyczne. Bardzo dużo mówi się o asymetrii i w tego typu działaniach – najczęściej w działaniach prewencyjnych – scenariusz działania będzie podobny jak w Iraku. Tam siły specjalne chirurgicznymi cięciami na lądzie, a nie poprzez jakieś uderzenia z powietrza, będą wychwytywały bad guys czy uderzały w samo jądro potencjalnego konfliktu, będą przekazywały tych złapanych ludzi czy zdobyte obiekty marines lub innym siłom lądowym i w ten sposób te uderzenia punktowe będą prowadziły do uzyskania końcowego sukcesu, jakim jest zakończenie wojny. Z tym, że tutaj znacznie większą rolę od sił zbrojnych w rzeczywistym zakończeniu wojny będą miały działania dyplomatyczne, pokojowe. Chociaż, jeżeli patrzylibyśmy na Irak, to wielkiego sukcesu wciąż nie widać.

Jak w takim razie będą wyglądały armie poszczególnych krajów w XXI wieku? Czy będą to wojska złożone z zawodowych żołnierzy o bardzo wąskich specjalizacjach?

- Należy się liczyć z pełnym profesjonalizmem żołnierzy, którzy są i będą zaangażowani w konflikty, co widać na przykładzie Europy. Aczkolwiek państwa nie rezygnują z obrony terytorialnej czy gwardii narodowej. Oczywiście nie mówię o obronie terytorialnej, z jaką wcześniej mieliśmy do czynienia w Polsce, bo to była karykatura, a nie siły terytorialne. Dlatego myślę, że tego typu obronę terytorialną czy gwardię narodową na wzór amerykański czy szwajcarski należałoby w Polsce rozwijać. Natomiast stopień utechnicznienia i rozwój informatyki powoduje, że coraz bardziej i coraz bliżej jesteśmy modelu „land warrior”. Akurat ten model testowałem na pustyni w Arizonie i w Sillicon Valley w Kalifornii na sobie. Jest to nowoczesny model współczesnego żołnierza, gdzie baterie znajdują się w hełmie, gdzie celownik do broni, kamera noktowizyjna i jednocześnie mapa znajduje się w miniaturowym komputerze, który jest zawieszony przed jednym z oczu, gdzie można przełączać poszczególne obrazy i przesyłać to, co się widzi swojemu dowódcy. A widzi się poszczególnych żołnierzy ze swojego plutonu jako na przykład czerwone kropki a żołnierzy przeciwnika jako kropki niebieskie. Broni nie przykłada się do oka, bo celuje się z komputera. Zresztą jeżeli ktoś myśli, że wojsko szkoli się dzisiaj kategoriami Janka z „Czterech pancernych” jest w błędzie. Dzisiejsza broń ma taką optykę, że celowanie nie jest czymś skomplikowanym.

Tylko, że w polskim przypadku przeszkodą w szkoleniu naszych „land warriors” będą pieniądze, a raczej ich brak.

- Ale taką broń ma GROM i mówiąc to, myślę właśnie z perspektywy mojej jednostki. Zatem problemu celowania już nie ma, liczy się spostrzegawczość. Zresztą systemy celowania nie są wprowadzane dlatego, że jedziemy na zawody sportowe. To tylko Sztab Generalny strzela cały czas: „strzelanie numer 1, czas nieograniczony z jednego oka”, z jakiejś dziwnej sylwetki przypominającej bardziej olimpijską niż bojową, natomiast żołnierze GROMU mają celowniki holograficzne, red pointy czy znaczniki laserowe, działające w nocy. I strzelają, mając oboje oczu otwarte, przez co mają szerszy kąt widzenia i dzięki temu działają w sposób przytomny. I to są strzelania sytuacyjne. I to jest technika, która ma przyszłość. Ale ta technika idzie dalej, bo myśli się nad wprowadzeniem mundurów, które latem by chłodziły a zimą ogrzewały. Wszędzie pojawia się problem energii czy baterii, którymi cała ta maszyneria miałaby być napędzana. Nie wierzę w roboty, które gdzieś tam będą walczyły – to już science-fiction. Wszędzie człowiek ze swoją inteligencją będzie najważniejszy. W każdym razie modelem współczesnego żołnierza nie jest Rambo, tylko to inteligentny żołnierz sił specjalnych, który ma dobrą technikę, dobrą broń i umie to dobrze wykorzystać, podejmując decyzje czasem w tysięcznych częściach sekundy. A w tych ułamkach sekund przychodzi mu decydować tak o własnym, jak i czyimś życiu.

Kilka razy podczas naszej rozmowy wspominał Pan o siłach specjalnych. Czy te siły specjalne różnych krajów będą w stanie stworzyć wspólną armię, coś w rodzaju globalnego wojska, do walki ze wspólnym wrogiem, jakim jest terroryzm?

- Ja nie wierzę w struktury międzynarodowe, bo niejednokrotnie brałem udział w różnych misjach, w których uczestniczyło nawet kilkanaście państw. I nie dało się prowadzić wspólnych działań, ponieważ procedury ogromnie odbiegały od siebie, poza tym dodajmy do tego barierę językową – generalnie współdziałanie i prowadzenie walki z jednym przeciwnikiem było niemożliwe. Z własnego doświadczenia – batalion polsko-ukraiński to był de facto był batalion polski i ukraiński. On bardzo rzadko mógł coś wspólnie realizować. Ale z drugiej strony doszło do takiego stopienia między żołnierzami GROMU i SEALS'ami, także z amerykańskimi żołnierzami sił specjalnych, ale to tylko dlatego, że przez lata prowadziliśmy wspólnie ćwiczenia, spotykaliśmy się na poligonach. Od nich przejęliśmy procedury, a trzeba wiedzieć, że na wypracowanie takich procedur potrzebne są wielkie pieniądze. Poza tym posiadamy bardzo podobne wyposażenie, a nawet był czas, że GROM miał przez jakiś czas lepsze. Tak było, gdy przed kilku laty dokonano zakupu sprzętu najnowszej generacji i podczas misji w Iraku wyprzedzaliśmy o jedną generację Amerykanów. Jednak to współdziałanie poniekąd było wymuszone, bo brakowało nam środków łączności, jakie mieli Amerykanie, brakowało nam pojazdu typu Hammer z karabinem maszynowym. Bo chyba nie chcielibyśmy powielać parodii, która miała miejsce w polskiej dywizji w Iraku, która miała Honkery z jakimiś workami piasku czy blachami i karabinem maszynowym na buzie. Taki sprzęt bardziej pasował do armii społeczeństwa agrarnego czy do partyzantów irackich niż do wojska, które decyzją ówczesnego Ministra Obrony Narodowej kraju średniej wielkości – Polski – było wysyłane na misję pokojową czy stabilizacyjną. Brakuje nam śmigłowców do prowadzenia działań nocnych, które rzeczywiście na co dzień towarzyszyłyby żołnierzom sił specjalnych czy konwencjonalnych, gdzie dowódcy czy żołnierze wiedzieliby na pokładzie takiego śmigłowca, że nie są pasażerami czy turystami, tylko mieli świadomość, że to właśnie oni kierują tym śmigłowcem. Podczas misji w Kosowie miałem szczególnie na początku takie sytuacje, że organizując wspólne ćwiczenia z Amerykanami, moi żołnierze, którzy wywodzili się z jednostek desantowych, byli zdziwieni, że to oni muszą decydować, gdzie śmigłowiec leci, gdzie robi kółko. Dla mnie to było normalne, bo ukończyłem w Stanach Zjednoczonych kursy Path Raider i doskonale wiedziałem, że to ja decyduję, w którym miejscu ma być śmigłowiec. Podając współrzędne z GPS-u żądałem od pilota konkretnych działań odnośnie do przelotu i spisywałem sobie koordynaty podejrzanych punktów z GPS a następnie wysyłałem tam patrole naziemne. Standardowa procedura. U nas dużo jeszcze brakuje, żeby te standardy osiągnąć.

Panie generale, która armia jest dziś najsilniejsza i w którą armię warto się szczególnie wpatrywać i czerpać z niej wzorce?

- Na pewno najsilniejszą i największą armią jest amerykańska. Jako pierwsi mieli jednolity system szkolenia. Wszystko tam jest kompatybilne, dobrze skoordynowane, no i budżet jest tam niemal dwukrotnie większy od budżetu na zbrojenia we wszystkich krajach Unii Europejskiej. My teraz mamy Unię Europejską, a w niej szereg krajów, dowództw, sztabów. I jeśli by to policzył, to wyjdzie, że wojsk, które działają w polu to będzie… ze dwadzieścia procent. Natomiast podziwiam armię brytyjską – bardzo profesjonalną i doskonale wyszkoloną. Brałem udział w ćwiczeniach w Wielkiej Brytanii, które prowadził dowódca pułku SAS. SAS liczy czterystu ludzi, a w ćwiczeniu brało udział trzy tysiące żołnierzy, okręty podwodne, lotnictwo. Rozmach ćwiczenia: od południa Anglii aż po Szkocję. Mogłem tylko z zazdrością patrzeć jak to wszystko jest ze sobą zsynchronizowane, skoordynowane i zabezpieczone pod względem łączności. A tę łączność zabezpieczał specjalnie wydzielony przez Dyrektoriat… pułk. Armia brytyjska jest armią, w którą warto patrzeć i czerpać z niej wzorce. Tam poziom sił konwencjonalnych jest tak wysoki, że dysproporcja między nim a siłami specjalnymi, jak choćby nasz GROM nie rzuca się specjalnie w oczy. Oczywiście ta różnica jest, bo 22 SAS jest elitą, ale to nie jest taka przepaść, którą dostrzegam nawet patrząc nawet na nasze elitarne jednostki desantowo-szturmowe, w których służyłem i którymi dowodziłem na przykład w Kosowie a zawodową jednostkę GROM, która od początku była ćwiczona według innych standardów niż te z Ludowego Wojska Polskiego.
Łukasz Winczura

Wybrane dla Ciebie:




Komentarze (0):

Jeśli chcesz dodawać komentarze, musisz się zalogować.

Najpopularniejsze

Copyright 2017 Wiadomosci24.pl

Korzystamy z cookies i local storage.

Bez zmiany ustawień pliki są zapisywane na urządzeniu. Więcej przeczytasz tutaj.