Facebook Google+ Twitter

Pozycja materiału w rankingach:

6943 miejsce

Czy ludzie wierzący są bardziej szczęśliwi od niewierzących?

Bardzo często słyszałem taki oto pogląd: gdyby nie Dekalog, ludzkość nie przetrwałaby aż do tej pory... On nadaje sens życiu człowieka i czyni go szczęśliwym. Daje nadzieję, ale także ochronę przed wiecznym potępieniem. Czy to tylko teoria?

http://commons.wikimedia.org/wiki/File%3AFalatJulian.ModlacySieStarzec.1881.ws.jpg http://upload.wikimedia.org/wikipedia/commons/f/f1/FalatJulian.ModlacySieStarzec.1881.ws.jpg Julian Fałat [Public domain], via Wikimedia Commons / Fot. Julian Fałat [Public domain], via Wikimedia CommonsW przeszłości miliony ludzi na świecie nawet nie wiedziało co to jest Dekalog i też... nie przetrwali. A obecnie żyjący? Wiedzą o nim czy nie, to i tak wszyscy doświadczają podobnego losu. Nikt i nigdy nie udowodnił, że jakiś nadprzyrodzony inteligentny Byt jest dostarczycielem większej szczęśliwości dla człowieka. Jeśli ktoś odwróci powyższe założenie, to też będzie miał rację.

Co z tego wynika?

Bardzo dużo następstw. Po pierwsze, najważniejsza konkluzja, że nikt nie ma monopolu na prawdę absolutną. Należałoby postawić pytanie, czy ona w ogóle istnieje?

Po drugie, dlaczego wykładnikiem co dobre a co złe dla człowieka musi być Dekalog, sporządzony przed tysiącami lat? Na jakiej podstawie każdy człowiek miałby przyjąć taki ogólnoświatowy kodeks dotyczący moralności?

Jednocześnie może być zadziwiające, jak stosunkowo mała część ludzi zajmuje się sprawami dotyczącymi własnego "ja" (czy nieśmiertelnej duszy jak kto woli) z okresu przed urodzeniem. Czyżby okres sprzed naszego powstania na świecie nie był zupełnie atrakcyjny dla przeciętnego człowieka? Jest to wielce intrygujące, dlaczego okres po śmierci nas bardziej zajmuje?

Dla dalszych rozważań wyjaśnię, że samoświadomość i duszę potraktuję zamiennie, co jest zresztą bliskie teologii katolickiej. Rozróżnienie o tyle według mnie zasadne, ponieważ ten pierwszy termin kojarzy się bez żadnej konotacji religijnej z wytworem mózgu, natomiast drugi jest ściśle związany z wiarą w Stwórcę.

Skoro dusza jest nieśmiertelna, to gdzie była przed kreacją naszej cielesności? Religie podchodzą do tego różnie. Nasuwa się dużo pytań w związku z tym, które wiążą się bezpośrednio lub pośrednio z pytaniem tytułowym.

Gdzie jest siedlisko duszy? W mózgu czy w każdej komórce żywej? A może w genach?

Jeżeli w mózgu, to mamy problem z zapłodnioną komórka jajową i zarodkiem, bo mózg wtedy jeszcze nie istnieje. Czyż nie
widać już ścisłego związku ze stopniem szczęśliwości wielu milionów osób, których w jakiś sposób aborcja dotyczy?

Rozważmy teraz sytuację z drugiego końca skali życia jednostki. Mianowicie, kiedy dusza ludzka opuszcza swoje siedlisko? W chwili śmierci organizmu? Jeżeli tak, to należałoby ściśle określić moment w którym to następuje. Z punktu widzenia biologicznego nie jest łatwo zdefiniować tę chwilę, a gdy nałożymy na to "filtry" filozoficznych kryteriów, to tworzy się istny węzeł gordyjski. Wiele kwestii z tym związanych opierać się musi na przyjętych założeniach.
Ten problem tylko sygnalizuję, bo transplantologia to duży odrębny temat.

Nie mogę jednak powstrzymać się przed zadaniem prowokacyjnego pytania. Czy narząd przeszczepiony ma część duszy swojego pierwotnego właściciela czy dusza biorcy przejmuje "kierownictwo" nad tym narządem?
Jest to o tyle ważne, ponieważ gdybyśmy przyjęli, że dusza znajduje się w materiale genetycznym człowieka (po to tylko, żeby objąć okres życia poczętego), to zaistniałaby wtedy zupełnie nowa nienaturalna sytuacja, ponieważ każda komórka żywa zawiera w sobie materiał genetyczny. A teoretycznie biorca mógłby mieć narządy od dwóch i więcej dawców.

Przytłaczająca rzeczywistość

Nie są potrzebne nam żadne systemy filozoficzne aby stwierdzić, że nic nie trwa wiecznie. Dlaczego akurat człowiek ze swoją samoświadomością nie może sobie poradzić z akceptacją tego faktu, że wszystko przemija? Co się urodzi musi umrzeć! Ten fakt wydaje się taki oczywisty, ale nie dla samoświadomości człowieka... Gdyby on jej nie miał i nie zdawał sobie sprawy ze swojego istnienia, to nie byłoby żadnego problemu. Ale w obecnej sytuacji świadomość niejako zadziałała wbrew swojemu gospodarzowi i stworzyła mu sytuację dyskomfortową, nie do zniesienia. Ciało reagujące na bodźce zewnętrzne, z całą gamą doznań przeraziło się ewentualnego fizycznego unicestwienia. Wręcz nie potrafi sobie wyobrazić nicości i własnego niebytu.
Świadomość musiała zatem znaleźć jakieś rozwiązanie na tę okoliczność. I znalazła! Wykreowała konstrukcję filozoficzną uzasadniającą swoją egzystencję w taki sposób, że gdy już raz powstała, to będzie niezniszczalna i będzie trwać wiecznie. Nie ważne, że wszystkie fakty temu przeczą.

Poziom stresu

Osoba wierząca ma do przestrzegania narzucony wzorzec moralny, którego tak naprawdę nie jest w stanie zastosować w realnym życiu bez jego naruszenia. Komfortu psychicznego nie daje nawet stopniowany co do ciężkości zgrabny podział przewinień i wykroczeń wobec Dekalogu, zwany grzechami. Osoba wierząca, nawet najbardziej szlachetna, nigdy nie ma pewności, czy ma na swoim koncie wystarczającą ilość zasług do swojego zbawienia. Dlatego też sposobem na stałe zdobywanie przychylności Bożej jest bezustanne umartwianie się, modlitwa i błaganie Pana Boga, aby dał siłę wierzącemu w wytrwaniu nałożonych na niego obowiązków właśnie przez... Boga. Zaiste pokrętna to konstrukcja, ale może być jeszcze bardziej zagmatwana, ponieważ bardzo często modlitwy są składane najpierw do pośredników (świętych) lub za pomocą innych pośredników (duchownych), często za pieniądze, żeby to oni modlili się w intencji wierzącego, gdyż ich siła oddziaływania modlitwą jest widocznie większa...

Czyż poziom stresu u takich osób nie jest zawsze na wysokim poziomie?
A takiego obciążenia nie ma ateista, który z racji naruszenia najważniejszego przykazania ma z "automatu" zarezerwowane miejsce w piekle...

Jaki jest związek poczucia szczęścia z cielesnością?

Słyszałem w różnych dyskusjach, że ciało jest nieistotnym elementem dla poczucia szczęścia. Spełnia ono drugorzędną rolę. Stanowczo nie zgadzam się z takim poglądem. Uważam, że to właśnie dzięki zmysłowemu ciału możemy doznawać szczęścia bądź nie. Nigdy nie przekonywały mnie opowieści o poniewieranym ciele w ekstremalnych warunkach, podczas gdy psychicznie taki człowiek mógł być podobno szczęśliwy. Myślę w tym momencie również o "poniewieraniu" ciała przez chorobę doprowadzającą do nieuleczalnej niesprawności i/lub cierpienia fizycznego.

Zadziwia mnie również to, jak mocno ludzie wierzący mają wpojone wyobrażenie o dobroci, łaskawości i miłosierdziu Bożym. Niejednokrotnie słyszy się, gdy ktoś pokiereszowany w wypadku komunikacyjnym czy w jakiejś innej okoliczności mówi, że "dobry Bóg ustrzegł go przed gorszymi następstwami, bo przecież tylko jedno dziecko mu zginęło i stracił tylko jedną nogę..."

Wierzący mają bardzo dziwne podejście do cierpienia i śmierci. Nikt nie chciałby umierać długo i w męczarniach, ale już w modlitwach wypowiadają zupełnie coś przeciwnego błagając: "Od nagłej i niespodziewanej śmierci zachowaj nas, Panie".

Poza tym nigdy nie zauważyłem szału radości u ciężko chorych, ani chociażby umiarkowanej wzniosłości z powodu rychłego wejścia w stan wiecznego zbawienia i szczęśliwości...

Na eutanazję też nie wyrażają zgody. Nie, bo nie i koniec! Ale rzecz ciekawa, że swoim ukochanym zwierzątkom, gdyby były w beznadziejnym stanie niewykluczone, że skróciliby cierpienia... Ba! Postrzegali by nawet siebie jako okrutników, gdyby tego nie zrobili.

Refleksje końcowe

Strasznie zawiłe są ścieżki myślenia człowieka wierzącego. Jego samoświadomość wymyśliła sobie jednostronny kontakt z Bogiem, którego traktuje jak taką naiwną istotę, zadowalającą się pochlebstwami, gloryfikowaniem, bezustannym oddawaniem hołdu i innymi pustymi gestami uwielbienia.

Chyba nie da się przeprowadzić wiarygodnego badania dotyczącego poczucia szczęśliwości u ludzi w powiązaniu z wyznawanym światopoglądem. Psychologowie jednak wiedzą, że poziom stresu u dzieci surowych rodziców jest wysoki. Nawet wiedza o wielkiej miłości ze strony tych rodziców zasadniczo nie zmienia tego faktu.

Wybrane dla Ciebie:




Komentarze (73):

Sortuj komentarze:

@Hadrian Komiński Wczoraj 16:34

No tak, rzeczywiście umoczyłem... Wyszedł efekt taki jak w słynnym przypadku na sali sądowej: "i" czy "lub" czasopisma...

Oczywiście, że w zdaniu:

"Jeżeli Panu jest wszystko jedno z jakich powodów dostanie w głowę, to cóż ja mogę... Tylko to przyjąć do wiadomości i tyle. Dyskusji na taki temat wtedy nie ma" - uciekło mi zaprzeczenie "nie" i zdanie to powinno zmieniło sens.

Powinno tam być:

"Jeżeli Panu nie jest wszystko jedno z jakich powodów dostanie w głowę, to cóż ja mogę... Tylko to przyjąć do wiadomości i tyle".

Mogę tylko przeprosić, bo ja też bym takiego wywodu nie zrozumiał...

Komentarz został ukrytyrozwiń

Marku, przyjacielu. Już trzy bardzo różne osoby wskazały na poważne błędy i braki w Twoim rozumowaniu. Piszesz dla nas - Twoich czytelników i komentatorów, bo drugim Dawkinsem nie zostaniesz, nie zyskasz na tym ni sławy ni majątku.

Bóg właśnie dziś przyzwolił, aby zły zesłał mi męczarnie cielesne za moje grzechy. Nie, aby napawać się moim cierpieniem, bo jest Ojcem, który nienawidzi grzechu, ale kocha grzesznika, ale by wskazać mi drogę odwieczną. Dziękuję mu za to, albowiem ciało to marność i wszystko doczesne marność. Przez zasłonę okropnego bólu pozdrawiam Cię i życzę, aby Pan wyprostował Twoje ścieżki.

Komentarz został ukrytyrozwiń

Panie Marku, przestaję rozumieć ciągłość logiczną pana wypowiedzi.

Wcześniej pan pisał, że "fizycznie czyn jest tym samym", a potem sugeruje, jakoby byłoby MI wszystko jedno, za co dostanę w głowę, argumentując jakoby przeciw samemu sobie, bo przecież w mojej wypowiedzi, do której pan się odnosi, jasno stwierdziłem, że nad profanum ciąży sacrum, a więc nikomu nie jest wszystko jedno, za co kogoś zabija, albo za co zostaje zabijanym.

A masochizm to nie żadna patologia, tylko przykład ogólnego, oczywistego twierdzenia, że cierpienie biologiczne może być interpretowane przez ludzką świadomość na jego korzyść lub niekorzyść. Pies za żadne skarby nie pozwoli sobie odciąć nogi, ale pan zapewne by pozwolił, nawet bez znieczulenia, jeśli by panu powiedzieli, że jeśli tego nie zrobią, gangrena pana wykończy w przeciągu kilku dni. Wówczas przyjmowałby pan ból świadomie. Tak samo ja bym prawdopodobnie pozwolił się zabić, jeśli ktoś by postawił mi warunek - moje życie, albo życie miliona innych ludzi. Bo --ludzkość-- polega przede wszystkim na tym, że możliwym jest spojrzenie dalej, aniżeli czubek własnego nosa. Umiejętność tę wyrabia u ludzi między innymi chrześcijaństwo, aczkolwiek w na tyle nieudolnej i wypaczonej przez lata bezrozumnej indoktrynacji formie, że mało kto spośród ludzi myślących dziś się już na to nabiera. Nie oznacza to jednak, że w istocie rzeczy pewna wiara w wyższe wartości (czyli wznioślejsze, aniżeli dobro osobiste, doczesne) jest (przynajmniej przeze mnie) niepożądana. Bo w przypadku jej braku niemożliwe jest uniknięcie konfliktu w środowisku, gdzie każda jednostka z osobna rwie się do tego samego kawałka szynki, gryząc przy tym, nie potrafiąc się porozumieć wzajemnie, że kolejny transport szynki przyjedzie za 10 minut, więc nie ma sensu się kłócić jak idioci.

"Tylko, że poruszając powyższy temat ja nie miałem na myśli jakichś patologii, tylko przeciętność w znaczeniu potocznym tego słowa."

Jeśli pan przez "przeciętność" rozumie przeciętną społeczną tłuszczę, gdzie percepcja każdej jednostki ograniczona jest do zasobności własnego portfela, a preferencje polityczne wyrabia sobie na bazie ilości kiełbasy wyborczej akurat rzuconej (albo obiecanej) przez polityka, czy autorytet religijny (raj, zbawienie), to ja gardzę taką przeciętnością i nie uznaję jej za wytyczną dla rozwoju cywilizacyjnego. Już wolę "patologicznego" masochistę, bo przynajmniej nikomu nie czyni szkody poza sobą.

Komentarz został ukrytyrozwiń

Ale Pan poskakał po wątkach. Nie da się udowodnić nieistnienia. Czegokolwiek, Boga również. Wypowiadanie więc się na ten temat w kategorii faktów to lekka przesada :) Chyba można mnie zaliczyć do osob wierzących, a na ogromny poziom stresu nie narzekam, wręcz przeciwnie, słowem przewrotne te rozważania, bardzo przewrotne :]

Komentarz został ukrytyrozwiń

Drodzy Państwo - wszyscy razem! :)
Reasumując: ja wolę przekazać przyszłemu pokoleniu filozofię opartą nie na systemie kija i marchewki, a na systemie empatii i altruizmu, jako wartości samych w sobie. Bo i sama ten drugi system staram się stosować w swoim zachowaniu.

A system kija i marchewki - jak nauczyła nas historia, i jak pokazuje nam niestety codzienność - nie sprawdza się zbyt dobrze. Bo, o ile za pomocą kija i marchewki można ludziom wbić różne rzeczy do głowy, o tyle wartości oparte na prawdziwej i szczerej empatii, altruizmie i moralności, jako wartości a priori - nikomu krzywdy nie zrobią. Wręcz przeciwnie.

Niniejszym kończę na razie i idę bawić się urokami słonecznej niedzieli, czego i Państwu serdecznie życzę!

Komentarz został ukrytyrozwiń

Wszyscy żyjemy w systemie nagród i kar. To też tylko kwestia definicji.

Komentarz został ukrytyrozwiń

Pani Olu, z bezinteresownością to jak z egoizmem - kwestia ścisłej definicji. Wtedy okazałoby się się, że znaleźlibyśmy wspólny mianownik.

Komentarz został ukrytyrozwiń

Różnica jaka istnieje pomiędzy osobami religijnymi, a niereligijnymi jest jedna i zasadnicza - i to o niej ciągle piszę: osoby religijne wplątane są w pewien system nagród i kar, które motywować mają ich zachowanie. Dlatego motywacja ich pozytywnych moralnie uczynków nie może być nigdy uznana za bezinteresowną.
Osoby niereligijnej - już owszem.

I stąd prosta konkluzja na temat pożytku ze względu na motywacje postaw moralnych, czy też jego braku, z pojęcia Boga i religii w samej sobie, o której napisałam.

Komentarz został ukrytyrozwiń

Marto, ja to rozumiem - nic nie jest czarne, ani nic nie jest białe. I nigdy nie twierdziłam, że tak jest. Napisałam to w którymś z komentarzy - że są chrześcijanie, którzy nie czynią dobra ze względu na nagrodę w postaci "miejsca w niebie". Tak, jak i są ateiści, którzy robią dobre rzeczy, bo im się "robi dobrze na duszy". To jest jasne. I obie motywacje nie są, w mojej ocenie (i w ocenie wspominanego już Kanta) motywacją moralnie pozytywną. Bo sprowadzają się do działania na swoją korzyść, a nie kogoś, komu "pomagamy".

Nie zgodzę się z tym, że bezinteresowność nie istnieje. I, że ci którzy twierdzą inaczej są kłamcami. Zgodzę się z tym, że bezinteresownych jest bardzo mało, ale nie że ona sama w sobie nie istnieje.

Panie Arturze,
uważam, że pojęcie dobra i zła moralnego broni się zarówno a priori, jak i a posteriori.
A twierdzenie o istnieniu Boga? A priori - wedle niektórych. A posteriori - w żadnym wypadku. Tym się różnią te dwie przesłanki.

Komentarz został ukrytyrozwiń

@Hadrian Komiński Dzisiaj 13:50

Na poziomie ogólności, siedząc w ciepełku z pełnym brzuszkiem, kiedy sprawa nas nie dotyczy - to takie argumenty można rozważać i nawet z życia można parę patologii na poparcie głoszonych tez przytoczyć. Jasne. Są tacy ludzie o nastawieniu masochistycznym do swojego ciała. I też żyją... przez jakiś czas... Tylko, że poruszając powyższy temat ja nie miałem na myśli jakichś patologii, tylko przeciętność w znaczeniu potocznym tego słowa.

Jeżeli Panu jest wszystko jedno z jakich powodów dostanie w głowę, to cóż ja mogę... Tylko to przyjąć do wiadomości i tyle. Dyskusji na taki temat wtedy nie ma.

Komentarz został ukrytyrozwiń

Dziękujemy za Twoją aktywność w serwisie wiadomosci24. Do zobaczenia niebawem w innym miejscu.

Najpopularniejsze

Copyright 2017 Wiadomosci24.pl
#PRZEPROWADZKA: Dowiedz się więcej

Korzystamy z cookies i local storage.

Bez zmiany ustawień pliki są zapisywane na urządzeniu. Więcej przeczytasz tutaj.