Facebook Google+ Twitter

Czy narodziło się nowe powiedzenie - angielski pech?

Tłumy Polaków w kolejkach do urn na ulicach Londynu robiły wrażenie. Chyba po raz pierwszy to Brytyjczycy nam trochę zazdrościli. Czego? Wiary w swoje możliwości i woli walki. Bo ostatnie wydarzenia sprawiły, że Anglikom opadły skrzydła.

Sport najważniejszy


Gdzie jak gdzie, ale na wyspach sport jest niemal wszystkim. Rozgrywki Pucharu Anglii w piłce nożnej to narodowe święto. W pubach mecze ogląda się całymi rodzinami. Chóralne śpiewy angielskich kibiców robią wrażenie na każdym przeciwniku. To magia, szał i poczucie dumy. Zwycięstwa świętuje się tygodniami. Porażki - są nie do pomyślenia.

Wszystko do czasu


Miniony tydzień każdy Brytyjczyk będzie chciał jak najszybciej wyrzucić z pamięci. Co się stało? Lepiej nie mówić. Trzy klęski. Najpierw w środę porażka podopiecznych Steava McLarena w Moskwie - 1:2 z Rosją. Zaczęło się świetnie, bo w 29. minucie Rouney trafił do siatki. Ale dobre złego początki. W dalszej części spotkania Anglicy grali ospale, nie potrafiąc znaleźć recepty na odważnie grających Rosjan, którzy zaliczyli dwa trafienia i w świetnych nastrojach opuszczali murawę. Posada Mclarena jest zagrożona, a zbieżność jego nazwiska z teamem Formuły 1 nasuwa różne myśli. Czyżby pecha ciąg dalszy?

Najpierw przyszła sobota, a wraz z nią kolejna wojna psychologiczna i święto dla Anglików w jednym. Stade the France, paryski gigant, gościł finalistów Pucharu Świata w Rugby. Naprzeciw siebie stanęły reprezentacje Anglii i RPA. Brytyjczycy są potęgą w tym sporcie. Od nich uczy się cały świat. Nie często zdarza się, że uczeń bije mistrza, ale Anglikom udało się tego doświadczyć. To z pewnością dużo bardziej zabolało niż porażka piłkarzy. Czyżby brytyjska potęga zaczęła kuleć?

Po trzykroć pech - feralna niedziela


Wszystko nie może się nie udać. Przynajmniej pewniki muszą być niezawodne. Lewis Hamilton jest takim pewnikiem. To więcej niż talent. To kolejny wyznacznik wielkości Brytyjczyków. Debiutant na torach F1, który jeździ jak nikt dotąd. Grand Prix Brazylii miało być przypieczętowaniem kapitalnego sezonu w wykonaniu Hamiltona w postaci zdobycia tytułu mistrza świata. No ale nic nie musi być na pewno. Już nieudany start sprawił, że plany młodego kierowcy zdecydowanie się oddaliły. Na metę pierwszy dojechał Kimi Raikkonen i niczym Filip z konopi wygarnął tytuł liderowi. Ciężko pogodzić się z czymś takim. "La Reppublica" głośno mówiła o samobójstwie McLarena, a Fernando Alonso, zespołowy partner Hamiltona i obrońca tytułu, żenadą nazwał próbę unieważnienia wyścigu ze strony McLarena, doszukującego się zbyt lekkiego paliwa w bolidach innych kierowców.

Pokora potrzebna jest każdemu


Nie jest łatwo pogodzić się z porażką. Ale tylko prawdziwy mistrz potrafi z twarzą wyjść z każdej sytuacji. Bo nutka nieprzewidywalności, towarzysząca sportowym zmaganiom, to coś, co najbardziej kochamy w tej formie ludzkiej aktywności. Tak więc receptą dla Anglików jest wzięcie się do pracy, a wiary w swoich sportowców mogą się od Polaków uczyć.

Wybrane dla Ciebie:




Komentarze (0):

Dziękujemy za Twoją aktywność w serwisie wiadomosci24. Do zobaczenia niebawem w innym miejscu.

Copyright 2017 Wiadomosci24.pl
#PRZEPROWADZKA: Dowiedz się więcej

Korzystamy z cookies i local storage.

Bez zmiany ustawień pliki są zapisywane na urządzeniu. Więcej przeczytasz tutaj.