Facebook Google+ Twitter

Pozycja materiału w rankingach:

278 miejsce

Czy w skromnym domu na obrzeżach Katowic mieszkała święta?

  • Źródło: Dziennik Zachodni
  • Data dodania: 2006-12-23 08:08

W dzielnicy Katowic, Kostuchnie, do dzisiaj każdy wie, gdzie mieszkała Katarzyna Szymon - stygmatyczka, która prześwietlała ludzkie dusze, uzdrawiała, rozmawiała z aniołami i wiedziała o każdym więcej, niżby chciał. Znała też los Polski. W stanie wojennym pod jej oknami ustawiały się tłumy.

Niosła ludziom pociechę, ale też wiele gorzkich słów. Gdy 20 lat temu zmarła, na jej pogrzeb przyszło kilkadziesiąt tysięcy ludzi.

- Wciąż zabiegam o jej beatyfikację, ale się nie udaje - mówi Marta Godziek, u której w ostatnich latach mieszkała Katarzyna. - A ja mam coraz mniej czasu, żeby o wszystkim świadczyć. Przeszłam już trzy udary mózgu, poruszam się na wózku. Trzymam się życia, bo Katarzynka jest tego warta. Chcę doczekać jej wyniesienia na ołtarze. - Ludzie są żądni sensacji. Nic nie wiem o tym, żeby tutaj mieszkała jakaś święta - mówi niechętnie ksiądz związany z parafią. Pokój, który zajmowała Katarzyna Szymon w Katowicach Kostuchnie, wygląda jak za życia stygmatyczki. Na zdjęciu Marcin Drąg, wnuk właścicielki domu – Marty Godziek z portretem Katarzyny Szymon Fot. Dziennik Zachodni


Ślązaczka spod Pszczyny


Do dokumentacji złożonej w katowickiej kurii dołączono kilka tysięcy relacji osób, które opisały spotkanie z Katarzyną Szymon. W piątki i środy otwierały się jej rany na dłoniach i stopach. Czasem płakała krwawymi łzami, miała też poranione czoło, jakby od korony cierniowej. Z duszami dyskutowała w literackiej polszczyźnie, przemawiała też po hebrajsku i aramejsku. A przecież była prostą kobietą, Ślązaczką spod Pszczyny; nie umiała czytać ani pisać.

Pokój Katarzyny w domu przy ul. Stabika w Kostuchnie nadal wygląda tak samo jak za jej życia. Jest pełen świętych obrazów. Pod ścianą staroświecki tapczan - tutaj leżała, ciężko chorując. I na nim umarła. W pokoju nie ma jednak nastroju smutku.

- Bo nigdy się nie skarżyła. Była zawsze pogodna, chociaż wszystko ją bolało - tłumaczy Marta Godziek. Ona w tym pokoju nabiera otuchy, powraca jej dobry humor. Czasem jest pewna, że Katarzynka też tu przychodzi. Poznaje ją tylko po subtelnym kwiatowym zapachu, który zawsze ją otaczał, zwłaszcza gdy otwierały się jej rany.

- We śnie mnie przeprosiła, że nie będzie się ukazywać, bobym się przestraszyła - opowiada Marta. - I to jest do niej podobne, bo bardzo troszczyła się o innych.

Jeśli komuś powiedziała przykre słowo, to tylko po to, żeby obróciło się na dobre. Najczęściej dostawało się pijakom.

Brat Marty pił. Kiedyś rzucił Katarzynce, że innych to leczy z pijaństwa, a jego nie potrafi. Usłyszał od niej, że on pije, bo tak chce i lubi. Sam musi postanowić, że koniec. Bo nic się nie może zdarzyć bez woli człowieka, jego przyzwolenia na zmianę. Ona może tylko modlić się o to, żeby wytrwał.

- Ale brat pił dalej. Dopiero po jej śmierci, nad trumną obiecał sam z siebie, że alkoholu nie tknie. I wtedy słowa dotrzymał - dodaje Marta.


Na cudzej łasce


Ile kobiet do niej przychodziło, żeby podziękować za uratowanie męża od alkoholu. Modliła się za nich. Katarzyna dobrze wiedziała, jak wódka niszczy rodziny.

- Całe jej nieszczęście wzięło się z tego, że jej ojciec pił nałogowo. Gdy umarła matka, była malutka, a on ją bił, wyrzucał z domu, zmuszał potem do pracy ponad siły - opowiada Marta. Wtedy Katarzyna zaczęła mieć widzenia.

Urodziła się w 1907 roku w Studzienicach koło Pszczyny, jako najmłodsza z sześciorga dzieci miejscowego leśnika. Ojciec wdowiec ożenił się po raz drugi. Macocha nie miała dla niej serca, a ojciec nigdy nie stanął w jej obronie. Kiedyś wyrzucił ją z domu. Stała boso pod krzyżem i usłyszała po raz pierwszy głos z nieba: Twój ojciec się zmieni i nawróci.

Zanim jednak do tego doszło, zanim ojciec wstąpił do III Zakonu św. Franciszka, jego córka poszła na służbę do ludzi. Odtąd nigdy już nie miała własnego domu.

- Była głodna i obdarta. Dzieci się z niej wyśmiewały. Ciężko pracowała, bliscy ją zawiedli. Nikt nawet nie pomyślał, żeby ją uczyć. Własny brat nie chciał jej pomóc, po śmierci ojca wyrzucił z rodzinnego gospodarstwa. Była strasznie samotna - opowiada Marta.

Wspomnienie Katarzyny: jest sama w kuchni, w drzwiach staje przybysz w łachmanach. Prosi, żeby dała mu jałmużnę. Ale ona odpowiada, że jest tu na cudzej łasce i nie ma nic. Może oddać tylko własny chleb ze śniadania. Postać jaśnieje, unosi się. Słyszy słowa, że wszystko zostanie jej wynagrodzone.

- Ale chyba nie za życia - zastanawia się Marta. - Przecież Katarzynka zawsze wyczekiwała śmierci jak wyzwolenia.


Prześwietlanie duszy


Nadszedł najważniejszy dzień - 8 marca 1946 roku. Pojawiają się stygmaty na jej dłoniach, na stopach, na boku i na głowie. Krwawią w piątki i środy. Katarzyna wtedy cierpi.

- Krew płynęła jej nawet z oczu - zapewnia Marta. - Wtedy ludzie zaczęli do niej przychodzić jak do świętej. Rosła pobożność.

Mieszkała u ludzi w różnych miejscowościach - w Cielmicach, Porębie, Wesołej.

Stygmaty przywracały ludziom wiarę, ale budziły też nieufność, nawet nienawiść władz. Katarzyna opowiadała, że w latach 50. dopadła ją milicja, pobiła do nieprzytomności, wyrzuciła gdzieś na pole. Wciąż jej grożono, że zniknie bez śladu. Oprócz stygmatów zaczęły wtedy pojawiać się wizje przyszłości, rozmowy ze zmarłymi. Stała się sławna.

Zdaniem Marty zawsze wiedziała, co kogoś czeka. Ale nie miało to nic wspólnego z wróżeniem. To było jakby prześwietlenie duszy, zajrzenie w głąb serca. Ogromny wysiłek.

- Kiedyś przyszła do niej młoda para. Planowali ślub i prosili o błogosławieństwo. Suknia była gotowa, goście zaproszeni. Katarzynka powiedziała, że ślubu nie będzie, bo oboje chcą iść do klasztoru, to jest ich prawdziwe pragnienie. I tak naprawdę się stało - opowiada Katarzyna.


Przemawiała po hebrajsku


Marta Godziek poznała Katarzynę też dlatego, że chciała porozmawiać ze zmarłym mężem. Chciała go zapytać, dlaczego tak młodo zmarł i zostawił ją z dwojgiem dzieci. Bardzo za nim tęskniła; zginął w wypadku. Katarzyna na nią spojrzała i zaczęła przemawiać głosem męża. Wyznał, że wiedział, że ona sobie poradzi, wychowa dzieci, wybuduje dom. Ale czeka ją jeszcze jeden cios, który musi znieść. To będzie kolejna próba. Musi być silna. Bardzo silna.

Po latach przekonała się, że to była prawda. - W kilka dni po swoim ślubie umarł mój syn. Przed domem uderzył w niego samochód kierowany prez pijanego kierowcę. Syn zdążył jeszcze odrzucić na bok żonę i ją uratować, ale sam zginął jak ojciec - mówi powoli Marta.

Przetrwała dzięki Katarzynie, która przekazywała jej słowa syna. Przez nią mówił, że był wtedy przy nim ojciec, otoczył go opieką i że wszystko jest już dobrze. Ma być spokojna.

Katarzyna na stałe zamieszkała w Kostuchnie podczas stanu wojennego. Wcześniej wciąż się tułała, przyjmowała gościnę dobrych ludzi. Do Marty Godziek przyjechała z Łazisk Rybnickich, z miejscowości w strefie nadgranicznej. Nie wolno było się wtedy tam meldować, a w stanie wojennym meldunek był konieczny.

- Została więc u mnie, ja ją zameldowałam - mówi Marta. - I nigdy tego nie żałowałam. Chociaż pod domem stały odtąd tłumy ludzi; każdy chciał zobaczyć stygmaty, poznać swoją przyszłość i losy kraju.

Nie brała pieniędzy, bo nie miały dla niej znaczenia. Nie dostawała żadnej renty. Kiedyś jednak spróbowała zagrać i wygrała w Karolince sporą sumę. Mogło wystarczyć na dom, ale ona wszystko przeznaczyła na kościół. Mówiła, że będzie służyć większej liczbie ludzi niż jej domek. Była skromna. Ukrywała swoje rany, nosiła bluzki z długimi rękawami. Wstydziła się stygmatów; nie umiała wytłumaczyć, dlaczego to ją spotyka. Rany nigdy się nie goiły, jedynie lekko zasklepiały, żeby w kolejne dni znowu spływać krwią.

- Niektórzy mówili, że sama je sobie wydrapuje Przez tyle lat, po co? Nigdy nie widziałam, żeby ich dotykała - denerwuje się Marta. - A co z ekstazami? Przemawiała wtedy obcymi językami, hebrajskim, aramejskim. Ksiądz z Czech sfotografował, jak hostia sama pojawiała się jej w ustach.


Trzy tysiące świadectw


Wiedziała, co spotka Polskę. Ludzie co prawda spodziewali się podniosłych wieszczeń, a ona była szczera. Głosiła, że losami kraju kierują ludzie, a ci bywają słabi. W samym środku stanu wojennego zapewniała, że Solidarność powróci, ale nie sprosta legendzie. I że kapłani powinni żyć skromniej i cnotliwiej, a naród musi być bardziej pracowity. Nie wszystkim to się podobało.

- Dawała nadzieję z naciskiem na to, że nic nie jest za darmo - podkreśla Marta.

Zmarła w 1986 roku, miała wtedy 79 lat. Cieszyła się, że odchodzi, śmierć miała łagodną. Przewidziała, kiedy to nastąpi.

- W sto godzin po śmierci jej ciało było nadal różowe i elastyczne. Przyjechała specjalna komisja, żeby zbadać, czy naprawdę zmarła. Tak ją badali, że aż myślałam, że jeśli jednak żyje, to ją uduszą - uśmiecha się Marta. Ale w końcu zgodzili się ją pochować.

Od chwili jej śmierci Marta Godziek zebrała ponad 3 tysiące świadectw cudów od osób, z którymi Katarzyna się zetknęła. Ostatnie dwa wpisy dotyczą mężczyzn, którzy modlili się do niej o wyleczenie z nowotworów. Potwierdzili, że choroba ustąpiła.

Marta zapewnia, że Katarzynka spotkała się w katowickiej katedrze z Ojcem Świętym, a on poprosił śląskich duchownych, żeby się nią zajęli. Ale chociaż zdaniem jej zwolenników świadectw cudów wciąż przybywa, o jej beatyfikacji w kościele nikt nie wspomina.

- Modlimy się za nią, a nie do niej - zaznacza miejscowy ksiądz.

Grażyna Kuźnik

Wybrane dla Ciebie:




Komentarze (3):

Sortuj komentarze:

Przejmująca historia, kler nierychliwy do wynoszenia na ołtarze bo była skromna i biedna teraz inne wartości są uwzględniane.

Komentarz został ukrytyrozwiń

bardzo ciekawe, lubię opowieści o skromnych a niezwykłych :-)

Komentarz został ukrytyrozwiń

Wspaniały artykuł !!!

Komentarz został ukrytyrozwiń

Jeśli chcesz dodawać komentarze, musisz się zalogować.

Najpopularniejsze

Copyright 2017 Wiadomosci24.pl

Korzystamy z cookies i local storage.

Bez zmiany ustawień pliki są zapisywane na urządzeniu. Więcej przeczytasz tutaj.