Facebook Google+ Twitter

Czy "Zabójca" zabije? Recenzja

Ona i on - najpierw nie mogą na siebie patrzeć, potem nie mogą bez siebie żyć. A wszystko to na tle pozornie beznadziejnej sytuacji, która w swoim finalnym momencie zakłada akt morderstwa.

 / Fot. Materiały prasoweNiby typowo słowiańska historia, jakich pełno w literaturze. Ale ta została przedstawiona tak wartko i błyskotliwie, że zgrany schemat urasta do roli wciągającej opowieści, pełnej dygresji i refleksji o ludzkiej naturze, w której odbija się dobro i zło. Częściej to drugie.

Andrij przegrał w karty. Przegrał tyle, że nie jest w stanie spłacić bezwzględnego Siekę, akademickiego potentata gry w oczko. Ale ten ma dla niego propozycję nie do odrzucenia - wystarczy, że wymusi zwrot 50 tys. rubli na kolejnym z jego dłużników lub - co napawa bohatera przerażeniem - pchnie go nożem. Wtedy będą kwita. W podróż na rosyjską prowincję Sieka wysyła z nim swoją dziewczynę Oksanę, która nie kryje irytacji jego instrumentalnym i poniżającym podejściem. Niedobrana z początku para ma tendencję do wpadania w pułapki, które wbrew deklaracjom o braku wzajemnego zainteresowania coraz bardziej ich do siebie zbliżają.

Andrij, rzecz jasna, nie chce zabić, ale musi. A gdy już nie musi, zaczyna chcieć, bo tak bardzo utożsamił się ze rolą kata. Ręka mu drży. Zastanawia się, jak wbić nóż, co zrobić, gdy na miejscu będą świadkowie, dokąd oddalić się w popłochu z miejsca zdarzenia. Dociera do swojej potencjalnej ofiary, nerwowo obraca rękojeść w kieszeni i ... Swoją rolę (choć nie tylko) miała tu do odegrania Oksana, z biegiem wydarzeń stająca się opoką rozdygotanego wykonawcy woli Sieki.

Wielotorowa narracja daje pretekst do rozważań na szeroką skalę. Od Boga: jakie plany ma wobec nas i jak my sami możemy (albo nie) na nie wpłynąć, po dylemat: jak daleko może posunąć się człowiek, żeby wyjść z życiowego wirażu i jak zareaguje, gdy gra idzie już nie o pieniądze, a o ludzkie życie, gdy trzeba wybierać między złem a złem.

Sztuka Wojciecha Urbańskiego na podstawie scenariusza Aleksandara Mołczanowa to również ilustracja rosyjskiego społeczeństwa z nizin, gdzie nie ma uniwersalnie obowiązujących praw, poza prawem silniejszego, i gdzie depcze się ludzką godność. Pieczołowicie dopieszczone dialogi epatują wulgaryzmami (przy nich "Drogówka" Smarzowskiego to kołysanka na dobranoc), dzięki którym tonie się w bagnie razem z postaciami. Nieco dla równowagi, przywołano tu postać mamy Andrija, typowej matki-Rosjanki, sentymentalnej, prostej kobiety, która nie widzi świata poza domem, rodziną i prowadzonym przez siebie sklepem.

Czworo aktorów gra ze sobą, ale i obok siebie. Częste monologi twarzą w twarz do publiczności sprawiają, że widz czuje się traktowany dojrzale i jest wciągnięty w sam środek akcji. Uwagę przykuwa świetnie zinterpretowana rola głównego bohatera (Mateusz Król). Jeśli on nie zrobi kariery na deskach polskich scen, to znaczy, że w tym kraju docenia się tylko serialową nijakość i bezguście masowego odbiorcy.

Przez półtorej godziny trwania spektaklu czas stał w miejscu. I nie mało się nic przeciwko, żeby nie ruszył.

Wybrane dla Ciebie:




Komentarze (0):

Jeśli chcesz dodawać komentarze, musisz się zalogować.

Najpopularniejsze

Copyright 2017 Wiadomosci24.pl

Korzystamy z cookies i local storage.

Bez zmiany ustawień pliki są zapisywane na urządzeniu. Więcej przeczytasz tutaj.