Facebook Google+ Twitter

Pozycja materiału w rankingach:

23191 miejsce

Daimonion: - Gotyk żyje własną śmiercią

Daimonion to jeden ze współtwórców polskiej sceny rocka gotyckiego. Zespół istnieje na scenie od 1994 roku. W 2007 roku wydał reedycję debiutanckiej płyty – „Daimonion”. W imieniu grupy wywiadu udzielił gitarzysta – Marcin Gliszczyński.

Copyright by BARTOSZ / Fot. BARTOSZMarcin Majewski: - Chciałbym, byś opowiedział o formacji „Kwiaty Doktora Waleriana”, z której wyłonił się Daimonion. Możesz przybliżyć genezę nazwy tamtej grupy i określić jej charakter?
Daimonion: - Szczerze powiedziawszy, tamta grupa była tak tajemnicza, że trudno byłoby doszukiwać się jakiejś genezy. Nie pozostawiła w tym zakresie żadnych śladów. Według mnie „Kwiaty Doktora Waleriana” były psychodelicznym pomysłem gitarzysty tej formacji, powstały troszeczkę jako dodatkowe zajęcie muzyków punkowej kapeli „Protest” z Piotrkowa i naszego wokalisty (Marcin Tymanowski, przyp. red). Obsypywali się mąką podczas występów. Ciężko określić, jaką muzykę tak naprawdę grali. Wydaje mi się, że na obecne normy było to coś z klimatów rocka psychodelicznego.

Czy ogólnie można przyjąć, że w tamtej grupie były jakieś zalążki waszego brzmienia?
– Myślę, że nie. Tamtą grupę z Daimonion łączy tylko postać wokalisty. Przejście tego składu w Daimonion było niemal bezbolesne - ktoś odszedł, ktoś doszedł, zaczęła powstawać nowa muzyka i trzeba było zmienić nazwę. Poza tym zespół „Kwiaty Doktora Waleriana” istniał zbyt krótko, by mógł zaznaczyć swój charakter.

Zastanawiam się, czy nazwa ma coś wspólnego z duchem opiekuńczym, na którego powoływał się Sokrates.
– Tak. To Sokrates nam podszepnął tę nazwę. Głównie chodzi o głos sumienia, który mówi, czy powinniśmy coś robić, czy nie. Kwestia, czy powinniśmy go słuchać, to już arbitralna decyzja. Mimo tego, ten głos jest i mówi swoje.

Pomówmy teraz o waszych koncertach. Wystąpiliście już pięciokrotnie na festiwalu Castle Party, m.in. na jego pierwszej edycji, która odbyła się jeszcze na zamku w Grodźcu. Jak z własnej perspektywy oceniacie ewolucję tego festiwalu?
– Zmienił się i to znacznie. W tym roku byliśmy na nim z naszym wokalistą, rekreacyjnie, zobaczyć jak teraz to wszystko wygląda. Wydaje mi się, że ciężar przeniósł się ze sceny na publiczność. Kiedyś główną uwagę zwracały jednak na siebie zespoły i to one stanowiły część ilościową festiwalu - było ich mnóstwo, nie zawsze tak dużo jak publiczności. Na początku były konkursy, wszystko kręciło się bardziej wokół muzyki. Natomiast teraz ważniejsza wydaje się publiczność. Odniosłem wrażenie, że chodzi tu o rewię mody, pokazanie się, z muzyką gdzieś w tle. Może to takie chwilowe wrażenie, bo gdy nie padało i był ciekawy koncert, uwaga publiczności zwracała się jednak w stronę sceny. Przeważnie widać było jednak ludzi, robiących sobie zdjęcia ze wszystkimi dokoła. Mam nadzieję, że publiczność Castle Party zainteresuje się jeszcze sceną muzyczną.

Nie da się ukryć stylistycznej ewolucji muzyki, prezentowanej na Castle Party. Z początku dominowały brzmienia zimne, cold - wavowe...
– Tak, masz rację. Był cold-wave, był rock gotycki, który powoli wymiera w Polsce. Z kolei obecnie jest więcej klimatów stricte elektronicznych, industrialu, czasem akcenty ogólnorozwojowe, typu Lech Janerka i pokrewne. Myślę, że odzwierciedla to w jakiś sposób, czego słuchają ludzie z kręgów subkultury gotyckiej.

Co sądzisz o zapraszaniu formacji z zupełnie innej półki, jak np.: Armia, Sweet Noise, Renata Przemyk, Cool Kids Of Dead, Masskotki? Zespołów, które, nie ukrywajmy, dość znacznie odbiegają od festiwalowej stylistyki?
– Zastanawiałem się, dlaczego tak się dzieje. Myślę, że jest to może metoda poszerzenia przez organizatora grona zainteresowanych festiwalem. Może w którymś momencie pojawił się pomysł, by festiwal stał się podobny do zachodnich imprez letnich, które nie mają ograniczonej formuły; aby nie był to jeden kanał przekazu, gdzie ludzie przyjeżdżają na pewien gatunek muzyki. Może Castle Party miało być zakrojone na szerszą skalę, ale nie wiem czy to się udało, skoro powoli wraca formuła dark - wave, ambient, industrial, ebm, itp.

Ciężar imprezy, jak już wspomniałem, przeniósł się z też samej muzyki na rzeczy pozamuzyczne, jak rewia mody, lansowanie się - takie swoiste targowisko próżności.
– Tak. Dość ciekawie wyglądają te kolorowe włosy, kolorowe dodatki, sporo lateksu, sporo skóry na tle porośniętego trawą dziedzińca starego zamku. Dla mnie to niesamowity kontrast, tego plastiku, nowoczesności, takiego cyberświata, z okolicami starego naturalistycznego krajobrazu.

Myślę że, zważywszy na stylistykę dobieranych strojów, obecne edycje przypominają Love Parade, tyle, że w czarnych barwach.
copyright by A. Balcer / Fot. A. Balcer– Można to tak odbierać. Zresztą scena gotycka nie kończy się obecnie na muzyce. Spory udział ma również styl ubierania się, pokrewne zainteresowania. Są imprezy, na których nie chodzi tylko o muzykę, ale o chęć potańczenia, spotkania się, pokazania. Tak jest teraz na całym świecie - ubrania mają znaczenie, momentami nawet z akcentami prowokacji. Ludzie tworzą pewną społeczność, nie przyjeżdżają po to, żeby jedynie popatrzeć na kogoś innego, ale pokazują siebie. Przez jakiś czas są innymi osobami. To taka zabawa, parada, bal maskowy.

Z tego co mówisz, można zatem wysnuć parafrazę słynnego hasła „Punk is Dead” - Goth is Dead.
– Może i tak. Zresztą czy nie o to właśnie chodzi w gotyku? Nasz były gitarzysta, Arek Sawicki mawiał, że gotyk żyje własną śmiercią i że o to chodzi - o ciemne klimaty, mrok, depresję. Twierdził, że tak naprawdę dla gothów im gorzej, tym lepiej. Byleby nie przerodziło się to w groteskę, byle nie stało się przerysowane, bo wtedy przestaje już być prawdziwe. copyright by A. Balcer / Fot. A. Balcer

Na samym początku kariery, w 1994 roku, wystąpiliście na festiwalu w Jarocinie na koncercie tematycznym „Ciemna Noc”, m. in. z takimi grupami jak Moonlight, Fading Colours, czy Pornografia. Czy to właśnie występ na jednej scenie z Pornografią, zainspirował was do wykonania własnej wersji utworu „Mary Ann”?
– Wówczas jeszcze nie. Wtedy dopiero poznaliśmy Arka. Jakiś czas później, podczas koncertu w krakowskim Dworku Białoprądnickim, gdzie odbywały się cykliczne imprezy gotyckie, miał on przyjemność występować gościnnie z Pornografią. Wtedy właśnie odśpiewał ten kawałek po raz pierwszy. Nawet nie zdawał sobie jeszcze tak do końca sprawy z tego, o czym śpiewa. Wróciliśmy do tego tematu dopiero wówczas, kiedy Arek zaczął już z nami grać. Stwierdziliśmy, że jest to utwór, który dobrze byłoby wykonać w naszym stylu, bo Pornografia grała go jednak troszeczkę inaczej. I nie czujemy jakoś do tej pory, że to cover. Po prostu skradziony utwór.

Skąd pomysł dołączenia Tytusa do waszego składu?
– Od początku zawsze graliśmy z gitarzystą akustycznym. I bywały takie momenty, kiedy po prostu nie wychodziło nam to wspólne granie. Nasz gitarzysta nie zawsze miał czas, by zagrać z nami koncert, więc musieliśmy znaleźć kogoś innego. Gitarzystów stricte akustycznych ci w Piotrkowie niedostatek, dlatego szukaliśmy alternatywy. Arek jest dobrym gitarzystą, ma sprzęt, lubi nasz zespół, zaopiekował się nami w latach 90. i dlatego właśnie zaprosiliśmy go do wspólnego grania. Wiedzieliśmy, że tak naprawdę Pornografia nie działa już zbyt intensywnie.

Nie obawialiście się, że Tytus, jako znana postać w podziemnym światku muzycznym, może przyćmić wasz skład?
– Nigdy nie patrzyliśmy na to od strony renomy i tego, kto kogo przyćmiewa. Dla nas ważne było granie dobrej muzyki, udanych koncertów. Arek był odpowiednią osobą na właściwym miejscu. Zawsze się dobrze bawiliśmy. Nie wiem czy nas przyćmił, czy też nie. Stał się po prostu jednym z nas, był elementem Daimonion, przez cały ten czas, kiedy grał z nami.

W 1995 roku wystąpiliście przed Breath Of Life i Love Like Blood - uznaną i szanowaną w gotyckich kręgach niemiecką formacją. To duże wyróżnienie jak na kapelę, która grała wówczas dopiero od roku i nie wydała jeszcze oficjalnej płyty. Możecie uchylić rąbka tajemnicy i zdradzić trochę szczegółów na temat tego zaproszenia?
– Człowiekowi, który organizował koncert, bardzo podobała się nasza muzyka i po prostu nas zaprosił. Szkoda tylko, że Love Like Blood nie dojechało na czas. Wiesz, co się wtedy stało?

Nie wiem, możesz opowiedzieć.
– Zagraliśmy koncert my, bo Love Like Blood nie dojechali na czas; zatrzymano ich na granicy. Nie zagrali wtedy. Pojawili się dopiero, gdy już większość osób się rozeszła. Znaleźliśmy dla nich jakieś miejsce na starówce, w jakimś pubie. Zagrali koncert dla paru osób, reszta musiała już pojechać (śmiech). Tak, więc zagraliśmy wtedy przed nimi, ale bez nich.

Wieści o was wychodzą poza granice naszego kraju. Wasze utwory grały takie rozgłośnie internetowe jak Nocturne Radio UK oraz Shades of Grey, kanadyjskie CJSF. Kerrang poświęcił wam nawet swą audycję The Slab… Czy przełożyło się to na wzrost zainteresowania wami w postaci np. zaproszeń na zagraniczne występy? Czy zapewniło wam w jakiś sposób większą sławę?
– Z pewnością więcej osób dowiedziało się o naszej muzyce. Tak naprawdę ,droga pomiędzy momentem, gdy człowiek usłyszy naszą muzykę gdzieś za granicą, do chwili, gdy zdecyduje się zaprosić nas na koncert, jest bardzo długa. Ogólnoświatowa tendencja jest taka, że coraz mniej jest typowo klubowych koncertów, takich, jaki mieliśmy dzisiaj. Myślę, że większe zainteresowanie wzbudza jednak duże festiwalowe granie. Na razie jakoś nie przełożyło się to na żadne konkretne propozycje zza granicy. Prowadzimy rozmowy z agencjami promocyjnymi z Wielkiej Brytanii, więc myślę, że coś może się wydarzyć. Trzeba tylko włożyć w to z naszej strony jeszcze więcej pracy.

Czy macie miejsca, w których wolicie grać, np. kameralne koncerty klubowe czy duże koncerty na festiwalach?
– To jest tak, jak z lubieniem czegoś do jedzenia. Niektórzy lubią pizzę, ale jedzą też hamburgery. To zupełnie inne doznania. Dla nas koncert klubowy to takie intymne spotkanie z publicznością. Im mniej ludzi przyjdzie, tym paradoksalnie lepszy, bardziej bezpośredni kontakt z publicznością. Można nawet nieraz normalnie sobie porozmawiać. To jest właśnie taka magia klubu - gra się bezpośrednio dla ludzi, podaje im się rękę poprzez muzykę. Natomiast granie na festiwalach, to już jakby inna bajka. Przychodzi dużo więcej osób, scena jest dużo większa, powstaje jakby fosa pomiędzy zespołem a publicznością. To doznanie innego rodzaju. Jeżeli uda się wszystkich rozruszać, bo wiadomo, że nie są to fani jednego zespołu – można mówić o sukcesie. Wyzwanie jest tym większe, ale zarazem bardzo dobrze się gra. Nawet, jeżeli jest jeszcze widno, co większości artystów przeszkadza, gdy brak świateł, jest niesamowicie, jeżeli uda się nawiązać kontakt z publicznością.

Kto w zespole odpowiada za kompozycję linii melodycznych, a kto zajmuje się pisaniem tekstów? Istnieje w ogóle taki podział ról czy może robicie wszystko wspólnie, na zasadzie „burzy mózgów”?
– Różnie. W większości przypadków ja (Marcin Gliszczyński, przyp. red.) decyduję o kompozycjach. Przynoszę jakieś pomysły i wspólnie nad nimi pracujemy. Przed próbami, spotykamy się w domu i opracowujemy różne motywy, dochodzi do tego bas, później aranżujemy perkusję, a na końcu wokalista wtrąca swoje trzy grosze. Tak naprawdę w każdym momencie panuje demokracja decyzyjna, coś można zmienić, coś dodać. Na końcu całość aranżacji spina jedna osoba, przeważnie ja. Co do tekstów, te na pierwszą płytę są autorstwa naszego wokalisty, zaś na chwilę obecną wszyscy nad tym pracujemy. Druga płyta może zostać nagrana w języku angielskim, przynajmniej częściowo, dlatego myślimy nad nimi razem, tym bardziej, że wokalista nie zna niestety angielskiego. Pracuje dla nas również dziewczyna ze Stanów Zjednoczonych, która jest poetką. Nawiązaliśmy z nią kontakt przez MySpace. Napisała nam niezwykły tekst do jednego z nowych utworów i jest nadzieja na więcej.

O który utwór chodzi?
– Utwór ten znany jest pod tytułem „Willas”. Przy czym jego pierwotna wersja jest jeszcze z innym tekstem, ona napisała nowy. Ten kawałek w nowej formie nie jest jeszcze prezentowany na koncertach, ale powoli przygotowujemy się do tego.

Ciekawostką jest fakt, że na albumie „Daimonion” w dość nietypowy sposób wystąpił syn wokalisty, Marcina Tymanowskiego.
– Tak. W intro płyty pojawiło się bicie jego serca zanim się jeszcze urodził, czyli zapis z aparatu KTG. Ciekawe czy się ucieszy, gdy tata kiedyś mu o tym powie. (śmiech) Nie ma z tego tantiem. (śmiech)

Jak się domyślam to pomysł dumnego taty?
– Tak, pomysł taty. Marcin zawsze nagrywał różne rzeczy, w dziwnych okolicznościach. Fragmenty tej płyty powstały nawet w Poznaniu. Kiedyś przyszedł do sklepu muzycznego z magnetofonem kasetowym i nagrał różne brzmienia instrumentów klawiszowych - to były jeszcze czasy szkoły średniej.copyright by Larry TM / Fot. Larry TM

W swej karierze już dwukrotnie zawieszaliście działalność. W 1996 na rok, w 2002 na cztery lata. Co spowodowało to kilkuletnie milczenie?
– Musieliśmy się zająć troszeczkę innymi sprawami. Nigdy nie żyliśmy z muzyki, więc nic nas nie zmuszało do tego, żeby grać. Z kolei z drugiej strony coś nas zmuszało, by założyć rodzinę, mieć dzieci, itd. W czasie tych czterech lat zawieszenia uporządkowaliśmy życie rodzinne. Z kolei poprzednia przerwa była spowodowana brakiem części składu. Opadła wówczas motywacja, pojawiło się zmęczenie takim pierwotnym podejściem do grania. Byliśmy zresztą jeszcze wszyscy nieopierzeni, nikt nie podchodził do tego wystarczająco poważnie. Ta druga przerwa nałożyła się też w czasie z faktem, że nie udało się nam wydać płyty w czasie, w którym ją stworzyliśmy, w związku z czym emocje trochę opadły. Wiemy, jakie błędy popełniliśmy i czego powinniśmy teraz unikać.

Nagraliście cover Eurythmics „Here Comes The Rain Again”, którego wykonanie spotkało się z bardzo pozytywną reakcją publiczności, podczas waszego występu w ramach „Abracadabra Gothic Tour 2006” w warszawskiej Proximie.
– 2006? A tak, faktycznie. (śmiech)

Dlaczego wybraliście akurat Eurythmics? To był przypadek czy może prywatne fascynacje?
– Chcieliśmy nagrać jakiś cover. Szukaliśmy czegoś, co nie byłoby zbyt podobne do naszej twórczości, bo zrobienie coveru w bardzo zbliżonym klimacie to w zasadzie odegranie czyjegoś utworu. Natomiast my chcieliśmy wybrać coś, nad czym można by było jeszcze trochę popracować twórczo. Eurythmics w oryginale praktycznie nie ma, może jedna partia gitary. Poza tym klawisze, wiolonczela, dodatkowe instrumenty. Śpiewa kobieta, u nas wokalista, więc trzeba to było troszeczkę dopasować...

Przearanżować partie wokalne?
W niewielkim stopniu, ale jednak tak. Annie Lennox śpiewa troszeczkę lepiej niż my. (śmiech) Stwierdziliśmy, że zrobienie czegoś takiego może być ciekawą przygodą.

Pochodzicie z Piotrkowa Trybunalskiego. Przyznam, że jesteście jedynym zespołem stamtąd, który znam. Możecie polecić jakieś inne formacje ze swego miasta, które są godne uwagi, a dotąd nieznane szerzej w Polsce?
– Anita Lipnicka jest z Piotrkowa, kiedyś pogrywaliśmy nawet w sąsiednich kapelach. Na tym się niestety kończy lista sław, pochodzących z tego miasta. Natomiast jest kilka zespołów, a nawet wiele, które nie są szerzej znane. Swego czasu było ich bardzo dużo. W latach dziewięćdziesiątych był taki boom, że ciężko było znaleźć miejsce na próby. W Piotrkowie istniało wówczas jakieś pięćdziesiąt zespołów. Większość niestety pozanikała. Na chwilę obecną godny polecenia jest Kuriozum, nasi znajomi. Grają klimaty progresywnego rocka - gotyckiego rocka, bardzo przyjemnie im to wychodzi. Dla wielbicieli innych gatunków jest zespół Symbolic - dla fanów metalu. Dla fanów hard-core - kapela John Doe, która niedawno wydała płytę. Istnieje zespół Ultima dla ludzi, którzy interesują się Tool, progresywnym rockiem i jego mocniejszymi odmianami. Cały czas coś się gotuje w tym tyglu, więc kto wie, co jeszcze może urodzić się w Piotrkowie.

W swoim dorobku macie m.in. bardzo ciekawe utwory, jak „Darkness” (jeden z pierwszych nagranych przez was) czy wspomniany już „Here comes the rain again”, które jednak nie znalazły się na reedycji „Daimonion”. Planujecie może umieścić je na waszej drugiej płycie, np. w formie bonusów?
– Chyba nie. Ewentualnie gdybyśmy przygotowywali jakąś specjalną edycję. Powiem może kilka słów o tym, dlaczego ta płyta („Daimonion”, przyp. red.) nie zawiera żadnych dodatków, choć jest to reedycja. Przez cały czas myśleliśmy o tym materiale jak o całości, od narodzin po śmierć. Bo tak się to może układać. „Daimonion” to taki trochę koncept album - niemodne dziś określenie. Dla nas to jest całość i dodanie anglojęzycznego „Darkness” czy „Here comes...”, który nie jest naszym utworem, nie pasowałoby. Dlatego też zrobiliśmy unik od dodatków. Druga płyta będzie również takim koncept albumem. Na razie nie zdradzam żadnych szczegółów, oprócz tego, że będzie na nim kilka ciekawych piosenek. I również nie przewidujemy takich bonusów, może ewentualnie jakieś wydawnictwo w międzyczasie. Ostatnio Deathcamp Project wydał płytę z remiksami swoich utworów – my, co prawda, nie mamy remiksów, ale może jakieś takie wydawnictwo pośrednie by się znalazło, może z video, z tego typu rzeczami.

A propos video. Waszym jedynym klipem jest, zawarty na kompilacji DVD „In Goth We Trust”, utwór „Willas”.
– Tak, to jest niestety taki jedyny klip... To znaczy, to nie jest, broń Boże, teledysk. Raczej nagranie koncertowe z jednej kamery. Nasz znajomy kręcił to podczas festiwalu w Wiedniu. Nawet dźwięk jest częściowo z tej kamery, a częściowo z konsolety.
Kiedyś, na samym początku działalności, nagraliśmy teledysk do utworu „Noc”, w takiej wersji zupełnie demonstracyjnej, jeszcze z kasety demo, która pewnie gdzieś tam u niektórych fanów leży na półce z pożółkłą okładką. Były tańczące dziewczyny i tak dalej. (śmiech) To był 1995 rok. Kiedyś ten teledysk był nawet w telewizji - to była taka łódzka stacja – Tele24. Obecnie do promocji płyty w Internecie użyliśmy również nagrania koncertowego. Prawdziwy teledysk przygotujemy pewnie na nowy album.

„Daimonion” jest reedycją waszego krążka z 2001 roku. Czy w najbliższym czasie możemy spodziewać się nowej płyty?
– Tak. Chcielibyśmy, by ta płyta ukazała się w 2008r. Na pewno będziemy ją rejestrować już od stycznia, ale to może chwilę potrwać. (śmiech)
Nasze płyty nagrywane są długo, bo nikt nas nie pogania, nie płacimy za nasze własne studio. Chcemy ten proces przyśpieszyć i myślę, że pierwszy kwartał 2008 roku poświęcimy na nagranie płyty, a później będziemy się starali w jakiś ciekawy sposób ją wydać. Mam zamiar zainteresować zachód naszym zespołem, stąd właśnie pomysł, by śpiewać po angielsku i nawiązać współpracę z wytwórniami zachodnimi.

We wrześniu tego roku wystawiliście wspomniany już „Here comes the rain again” do składanki Dopamin3 Codeline Records, wydanej w postaci dysku USB w kształcie strzykawki, której zawartość dobierać mogą sami kupujący. Możecie przybliżyć nieco więcej szczegółów tego oryginalnego wydawnictwa?
– Cały czas postępuje ewolucja tego projektu – Dopamine 3 to pierwotna forma. W sumie nie widziałem jeszcze tego USB. Czekam na jakąś próbkę, którą mają nam wysłać. Myślę, że nie ma zaskakująco wysokich wyników sprzedaży, ale, jak sami wspominają w korespondencji z nami (Codeline Records przyp. red.), sprawa powoli nabiera rozmachu. Obecnie dochodzi jeszcze płyta CD. Dopamine 3 było wydawnictwem, w którym wybierało się zawartość, potem 50 - 60 utworów można było sobie zapakować na taką strzykaweczkę. Wersja CD, na którą można zmieścić 12 - 13 utworów, też będzie zawierała nasz utwór.

Uważasz, że przyszłość muzyki może tkwić w tego typu wydawnictwach? Czy może nastąpić odejście od tradycyjnych dysków CD, o czym już od pewnego czasu dyskutuje się w mediach?
– Myślę, że taka przemiana już się dokonuje. Rynek nie ma już chyba pomysłu na to, co zrobić dalej z muzyką, ponieważ w standardowych kanałach dystrybucji jak płyta CD, notuje się spadek sprzedaży na całym świecie. W Polsce standardy są na tyle obniżone, że 15 tys. to już „złota płyta”. Nawet ten zaniżony wynik jest ciężki do uzyskania, chyba, że sprzedaje się płytę z gazetą. Dlatego właśnie szuka się nowej metody na to, by sprzedać jakiś produkt. Tak naprawdę dysk USB nie jest żadnym zabezpieczeniem przed kopiowaniem. Trwa oczywiście walka o to, żeby nikt muzyki nie piratował. Osobiście nie mam zdecydowanego zdania na ten temat, ponieważ według mnie umieszczenie płyty w serwisie typu peer to peer ma szkodliwe działanie, jeśli chodzi o finanse np. wytwórni, w ostatecznym rozrachunku również dla zespołu.
Z drugiej jednak strony stanowi to formę promocji, ponieważ wiele osób pobiera muzykę właśnie z takich serwisów. I chyba wkrótce pojawi się tendencja, aby przestać zabezpieczać płyty przed kopiowaniem. Takie posunięcie z dyskiem USB, który pozwala na dowolne przenoszenie utworów, skasowanie zawartości, wrzucenie czegokolwiek innego jest wymyślone tylko po to, by sprzedać urządzenie, służące do odtwarzania. Nie wiem jak będzie to wyglądało w przyszłości, trochę się tego nawet obawiam, ponieważ na rynku pojawiły się dwie niepokojące tendencje - spada sprzedaż płyt i zainteresowanie koncertami na żywo. Wszyscy siedzą przykuci do Internetu, więc może pojawią się koncerty przez Internet, chociaż słabo to sobie wyobrażam. Nie wiem, w jaki sposób można by było zagrać wirtualny koncert, może w Second Life? Może tam trzeba zaistnieć? Globalna wioska generalnie.

Jak sądzisz, w czym tkwi przyczyna mniejszego zainteresowania koncertami, jako bezpośrednią formą zainteresowania twórczością zespołu?
– Uknułem sobie taką teorię, że jest to spowodowane przez serwisy społecznościowe, takie jak MySpace, które umożliwiają człowiekowi kontakt z muzyką dowolnego zespołu z wybranego rejonu świata, z każdego miejsca na Ziemi. Tak można to w skrócie opisać. Kiedy nie było Internetu, nie było takiego bezpośredniego niemal dostępu do całego świata z poziomu jednego miejsca. Wówczas początkujący zespół wywoływał jakieś lokalne poruszenie. Ludzie szukali muzyki danego typu, znajdowali zespół, który to grał, szli na jego koncert i wspierali go. Dzięki tej małej grupie, kapela czuła potrzebę dalszego grania, rósł krąg zainteresowanych, co owocowało wydaniem płyty. Ilość fanów poszerzała się jeszcze bardziej, można było tak dojść nawet do poziomu globalnego.
A teraz każdy zespół, który wrzuci sobie nagrania na MySpace, może być od razu dostępny dla wszystkich. Wytworzył się zatem swego rodzaju szum medialny, przez co ciężko znaleźć coś swojego, lokalnego w Internecie. Człowiek, który mieszka przez ścianę ze mną, może się interesować najnowszym zespołem, powstałym np. w Mozambiku. Z kolei drugi sąsiad upatrzy sobie kogoś w Argentynie. Wiadomo, że gdy ta kapela zorganizuje sobie koncert w swoim mieście, mój sąsiad nie pójdzie, bo to dość daleko. Przez to rozmywa się właśnie lokalne poparcie dla zespołu, co chyba troszeczkę psuje koncepcję bezpośredniego kontaktu z fanami.

Czyli - My Space może, paradoksalnie, obrócić się przeciwko twórcom?
– Tak. Początkowo byłem tym zachłyśnięty - szybkością, brakiem pośredników i tej biznesowej otoczki, bardzo prostym sposobem dotarcia do wielu ludzi na świecie. Generalnie to wielka zaleta, nie neguję tego. Niestety, nie ma nic za darmo. Z drugiej strony to wszystko podcina korzenie, utrudnia start. Wiadomo - żyjemy w epoce kapitalizmu i żeby działać z jakąkolwiek sztuką, trzeba zarabiać na niej pieniądze albo zarabiać na jej uprawianie.

Czy są zespoły, które w pewien sposób mają na was wpływ? Wzorujecie się na kimś?
– Wiele zespołów nas inspiruje. Przeważnie jest to coś w rodzaju inspiracji podświadomej. Każdy z nas słucha w sumie innej muzyki, dzielimy się tym, odwiedzając siebie i puszczając sobie różne nagrania. To na pewno gdzieś w nas siedzi. Natomiast nie jest tak, że mówimy: O, zróbmy kawałek taki jak – i tu pada nazwa zespołu. Żaden zespół nie może powiedzieć, że nie czerpie inspiracji od innych. Postrzegam muzykę, jako wielką całość, w której każdy może znaleźć coś dla siebie. Ta całość wynika z wspólnej pracy wielu tysięcy muzyków.

Czy to, czego słuchacie prywatnie, bardzo odbiega od tego, co prezentujecie na scenie?
– Czasami tak, nawet dość daleko. Tak naprawdę słuchamy bardzo rozbieżnej muzyki. Ja np. bardzo lubię zespoły z kręgu muzyki psychodelicznej, transowej, nawet down - tempo czy też klimaty ambientowe. Lubię Davida Sylviana, Davida Bowie. Dawniej słuchałem również dużo metalu, Metallica była przez jakiś czas moim ulubionym zespołem. Nawet jazzu zdarza mi się słuchać, jeżeli jest to coś niestandardowego i ciekawego. Każdy z nas mógłby wymienić sporą listę. Na pewno jest to gdzieś słyszalne w tym, co gramy, choć czasami pewnie mocno zawoalowane.

Wiele was łączy z Closterkeller - byliście wspólnie na kilku trasach, Marcin Tymanowski produkował DVD Closterkellera „Live – Act III”, wreszcie Gerard Klawe po odejściu z Clostera, bębnił u was.
– Tak, trochę nas z Closterami łączy. Dochodzi do tego jeszcze płyta, „Nero”, nagrywana u nas w studio. W sumie to taka przyjaźń, z powodu Anji Orthodox, która spodobała się nam wokalnie. Na którymś Castle Party doszło do pierwszego kontaktu Daimonion i Closterkeller. Na innym zrobiliśmy dla nich nagranie live, taki zupełny bootleg. Potem oni chcieli nagrać u nas płytę. W taki właśnie sposób nawiązywała się współpraca. Do przyjaźni muzycznej przyczyniło się również to, że wyjeżdżaliśmy razem na koncerty. Gerard Klawe przez pewien czas grał równolegle u nich i u nas, nie podebraliśmy im go. Bardzo nam pomógł, gdy nie mieliśmy jeszcze nowego perkusisty. Niesamowite jest to, że na naszej scenie można w ten sposób współpracować z innymi zespołami.

Chcesz powiedzieć nie ma konkurencji pomiędzy kapelami?
copyright by Larry TM / Fot. Larry TM– Nie wiem, być może jest, ale my jako zespół nie lubimy muzycznego współzawodnictwa. Wydaje mi się, że dużo lepiej jest wzajemnie sobie pomagać. Jeżeli jest początkujący zespół, który robi coś ciekawego, trzeba do niego wyciągnąć rękę, pomóc mu, pokazać go gdzieś, wziąć na support, żeby mógł się w jakiś sposób wybić. Bez tego niewielu kapelom uda się daleko zajść. Na zachodzie system supportowania jest bardzo rozwinięty. Bardziej znane zespoły biorą sobie kogoś na trasę, po powrocie ten początkujący zespół może sobie spokojnie wydać płytę, debiut, czy drugą. Później on jedzie na trasę, bierze następny zespół - tam to wszystko jest takie normalne. Wydaje mi się, że u nas trzeba się jeszcze tego nauczyć. Dzisiaj np. poznaliśmy na żywo znaleziony na MySpace zespół z Poznania – All Trees White, który gra rocka gotyckiego. Trzeba go promować, bo jest to ostatnio bardzo rzadki narybek. Kto teraz gra w Polsce gothic rock? Już niewiele kapel. Dlatego też chcielibyśmy nawiązać z nimi współpracę, by grali z nami koncerty. Trzeba sobie pomagać.

W jednym z waszych wywiadów pada stwierdzenie, które może zaskakiwać, dotyczące tego, że Gero (Gerard Klawe przyp. red.) miał istotny wpływ na reaktywację Daimonion.
– Tak, to prawda - on i jego żona. Bardzo im się spodobało to, co robimy jako Daimonion, podczas jednej ze wspólnych tras z Closterkellerem, na początku XXI wieku. Później była taka sytuacja, że zaprosiliśmy Gerarda do wspólnego koncertu na festiwalu Dark East Music Meeting w Warszawie, z powodu braku perkusisty. Zgodził się, przyjechał, zagrał z nami. Motywował nas, pokazywał, że nie możemy tego wszystkiego zostawić. Byliśmy wówczas w takim stanie, że trzeba było od nowa rozkręcić całą działalność zespołu. Gerard pomógł poskładać to na nowo i uporządkować. Dzięki niemu Daimonion nadal istnieje.

Taki dobry duch zespołu?
– Tak, taki dobry wujek.

Jak przedstawić was i waszą twórczość osobie, która nigdy nie słyszała Daimonion? Do jakiego gatunku muzycznego czujecie się klasyfikowani?
– Rock filmowy, rock atmosferyczny. Czyli takie gatunki, które nie istnieją. (śmiech) Coś w tym rodzaju. Dziennikarze klasyfikują nas jako rock gotycki, bo faktycznie nasze korzenie pochodzą właśnie stamtąd. Zobaczymy jak zostanie odebrany nowy materiał. Chcemy wpasować się zdecydowanie w ogólne kategorie rockowe, ale jednocześnie nie być za głęboko w żadnej szufladzie, bo to nie jest twórcze i nie rozwija.

Choć jesteście utożsamiani z określonym nurtem muzyki, nie chcecie się w nim zamykać, stawiacie na progres twórczy?
– Tak. Jesteśmy otwarci na wszelkie inspiracje. Być może to nawet przypadek, że znaleźliśmy się na polu gothic – rockowym. Nie było tak, że w chwili zakładania zespołu ustaliliśmy: ”Dobra, gramy rocka gotyckiego. Gramy tak, jak ci, ci i ci.” Po prostu taką muzykę wtedy czuliśmy, a dopiero potem się okazało, że gramy podobnie jak ten, ten i ten zespół. Wiadomo, dziennikarze klasyfikują i szukają podobieństw. Nie przeszkadza nam to specjalnie, nałożone na nas ramy są pojemne. Byleby znaleźć się bliżej góry szufladki, niż jej dna. (śmiech) Mimo wszystko trzeba się jednak w jakiś sposób zdefiniować, bo inaczej się jest bezosobowym na scenie, trzeba mieć jakieś korzenie, pochodzić skądś. Gramy, ogólnie rzecz biorąc, rock gotycki, a jeśli dorzucamy inne elementy, to albo zmieniamy gatunek, albo poszerzamy jego granice – różnie to można odbierać.

Wspomniałeś o nowym albumie, o tym, że będzie się różnić od waszego pierwszego krążka. Możesz określić kierunek, w jakim pójdą te zmiany?
– Wydaje mi się, że będzie troszeczkę spokojniej, tempo będzie wolniejsze. Stawiamy bardziej na klimat, na takie pejzaże muzyczne, żeby działać jeszcze bardziej na wyobraźnię. Pierwsza płyta była troszeczkę punkowa, momentami dość szybka i mocna. Teraz chcemy to złagodzić, malować dźwiękiem.

Zdarza wam się grać cover Fields Of The Nephilim, „For her light”. Czy planujecie włączyć ten utwór do waszego stałego repertuaru koncertowego?
– Gramy ten cover wtedy, gdy na koncert przychodzi dużo ludzi z tzw. starych klimatów, czyli „sfilcowanych” fanów. Dlatego raz będzie w repertuarze, a raz nie. Na pewno gdzieś tam będzie się czasami przewijał.

To taki ukłon w stronę publiczności?
– Tak, zdecydowanie. To tak na otarcie łez. Ludzie tęsknią za Fields of the Nephilim, a zorganizowanie ich koncertu w Polsce już kilka razy nie wyszło.

Czego można wam życzyć na przyszłość? Jakie są wasze marzenia i plany?
– Na pewno tego, żebyśmy mogli spokojnie tworzyć i dotrzeć do jak największej liczby słuchaczy, zdać się na ich osąd. To jest dla nas najważniejsze, by mieć tę szansę, pokazać się.

Czy jest szansa, że usłyszymy was jeszcze na Castle Party?copyright by P Machalek / Fot. P Machalek
– Niestety, to nie zależy od nas. Chcielibyśmy wystąpić, jako, swego czasu, stali bywalcy. Trzeba zapytać organizatora czy zechciałby wrócić do tamtych klimatów.

Oficjalna strona zespołu.
Profil MySpace.

Wybrane dla Ciebie:




Komentarze (0):

Jeśli chcesz dodawać komentarze, musisz się zalogować.

Najpopularniejsze

Copyright 2016 Wiadomosci24.pl

Korzystamy z cookies i local storage.

Bez zmiany ustawień pliki są zapisywane na urządzeniu. Więcej przeczytasz tutaj.