Facebook Google+ Twitter

Danton i jego intymno - polityczne sprawy

"Sprawa Dantona" to jeden z najlepszych spektakli wrocławskiego Teatru Polskiego. Co sprawia, że jest wyjątkowy? Dosłownie wszystko - nietypowe ukazanie wydarzeń historycznych, erotyczne sceny, piły mechaniczne zamiast gilotyny. Cudo!

O czym to właściwie jest?

Idąc do teatru może nam się wydawać, że wybieramy się na sztukę traktującą o wielkich przywódcach, wielkich zamiarach, wielkich czynach - Wielkiej Rewolucji Francuskiej. Jednak już po kilku minutach zorientujemy się, że tak naprawdę nie chodzi tutaj o żaden wielki przewrót w dziejach historii - no chyba, że o przewroty i fikołki w sypialni rewolucjonistów. Sztandarowe symbole zostały ukazane w nietypowym świetle. Danton i Robespierre to czołowe postaci, wokół których rozgrywa się akcja spektaklu. Możemy poznać nie tylko ich poglądy, idee, które głosili, ale również podejrzeć ich w sytuacjach intymnych, jak na przykład kąpiel, golenie nóg czy seks z małżonką. Ciekawi są również inni bohaterowie, jak Desmoulins czy Legendre, którzy nadają sztuce kolorytu.

Brawo Klata!

Wielkie uznanie należy się reżyserowi, który stworzył na scenie tak nieprzeciętne dzieło. W bardzo ciekawy sposób zmieszał on przeszłość z teraźniejszością. Mały czołg z tajnymi informacjami dla Dantona, czekoladki Merci jedzone przez Louise, piły mechaniczne użyte przez Komitet Ocalenia Publicznego – przykłady można by mnożyć.

Na uwagę zasługują sceny, w których mogliśmy poznać główne postaci od trochę innej strony – powiedziałbym nawet, że od tej ciekawszej. Wchodząc do sali teatralnej, naszym oczom ukazuje się mężczyzna w wannie – Maksymilian Robespierre.

Następnie pojawia się Danton z maszynką i pianką do golenia. Zaczyna się golić. Przez chwilę nie wiedziałem, co się wokół mnie dzieje. Myślałem, że jestem we wrocławskim teatrze, a tutaj okazuje się, że wszedłem do czyjegoś pokoju. Ten Klata to potrafi czynić cuda! Kilkanaście minut później byłem świadkiem erotycznego zbliżenia, a właściwie serii takich zbliżeń – Dantona z Louis, Desmoulinsa z Lucile i… Robespierra z Desmoulins. To było coś niesamowitego!

W niektórych momentach wydawało mi się, że za białymi perukami kryją się współcześni politycy, którzy ważne miejsca, jak np. sąd, sprowadzają do nikczemności, a czasem nie wiedzą, co to znaczy mieć w rękach los narodu. Reżyser doskonale wplótł w spektakl niedoskonałości XXI wieku. Warte zauważenia jest również zastosowanie supernowoczesnych pił mechanicznych, które z pewnością bardziej działają na wyobraźnię widzów niż gilotyna. Ogromne wrażenie wywarł na mnie też chaos porewolucyjny. Krzątanina, rozbierający się mężczyzna, biegający ludzie, dziwne odgłosy, zamieszanie… Wszystko to wywołuje ogromne emocje, a po dłuższej chwili powoduje, że zaczynamy tracić świadomość i nie potrafimy się odnaleźć. Genialny moment!

Gdzie to się właściwie dzieje?

Interesująca była też scenografia autorstwa Mirka Kaczmarka. Akcja spektaklu odbywała się pośród baraków zbudowanych z dykty, kartonu i blachy. Dodatkowo, wyraźne podzielenie sceny na dwie części hiperbolizowało odmienność Dantona i Robespierre'a. Wspaniale zostało to ukazane podczas ich rozmowy, kiedy przemawiali, stojąc na dachach. Jeden po prawej, drugi po lewej, a między nimi ogromna przepaść – zarówno ta rozumiana dosłownie, jak i ta ideologiczna. Warto również wspomnieć o wiórach leżących na podłodze. Widzowie, wchodząc na salę, musieli po nich przejść. Można się tutaj doszukać pewnej metafory – po obietnicach wielkich zmian, po czynach rewolucjonistów zostaną tylko szare trociny, na których osiądzie kurz zapomnienia.

Porczyk, Preis i Ilczuk czyli aktorska śmietanka

Kolejnym, bardzo mocnym elementem „języka” teatru jest fenomenalna gra aktorska. W zasadzie na scenie pojawia się wielu aktorów, jednak moją uwagę przykuło głównie czworo.
Po pierwsze Kinga Preis (Eleonore - Marianna) – rzec by można polska diwa teatralna. Udowodniła ona, że nawet grając rolę epizodyczną, można stać się symbolem całego spektaklu. Od czasu do czasu przechadzała się w czerwonej sukni, grając na bębenku i przesadnie akcentując francuskie „r”. Wypowiadane przez nią słowa były pozornie śmieszne, komiczne, ale ich głębsze znaczenie malowało obraz bezlitosnej gry politycznej i walki.

Po drugie Anna Ilczuk, doskonała w roli Louise Danton. Bardzo dobrze pokazała to, co tak naprawdę łączyło Dantona z żoną. Genialne ukazała, że tego uczucia nijak nie można było nazywać prawdziwą miłością. Po trzecie Bartosz Porczyk, czyli przekonany o swoim talencie pisarskim Desmoulins. Ośmielę się powiedzieć, że jest on jednym z najlepszych, jeżeli nie najlepszym aktorem Teatru Polskiego we Wrocławiu. Postać, w którą się wcielił to idealnie pasujący do stereotypu homoseksualisty wydawca rewolucyjnej gazety. Gesty, mimika twarzy, sposób poruszania się, ton głosu – nie do podrobienia! Jego głośne łkanie w więziennej celi pod sufitem, podobnie zresztą jak taniec przed sędzią, wywoływały uśmiech na twarzy każdego. Jestem pełen podziwu dla tego artysty!

Popkulturowa rewolucja

Warto wspomnieć jeszcze o kostiumach, za które odpowiedzialny był Mirek Kaczmarek. Biało-szare peruki i ubrania stylizowane na XVIII wiek fantastycznie kontrastowały z użytymi rekwizytami i ogólną wymową spektaklu. Właśnie dzięki takim strojom, możliwe było tak wyraźne zderzenie pomiędzy światem rewolucyjnym a współczesną popkulturą. Było to dość nietypowe, aczkolwiek bardzo trafne posunięcie.

Children of the revolution

Oprócz tego kluczową rolę w „Sprawie Dantona” odegrała muzyka dobrana przez Macieja Kabatę. W trakcie spektaklu mogliśmy usłyszeć „Children of the revolution”, „Marsyliankę” czy „Do you really want to hurt me”. Za każdym razem utwory dokładnie pasowały do tego, co akurat miało miejsce na scenie. Istotny wpływ na całość przedstawienia miała piosenka Beatlesów „Revolution 9”, która idealnie odzwierciedlała chaos porewolucyjny i pozwalała lepiej zrozumieć skutki tego typu przewrotów. Troszkę nie pasowało mi tylko włączenie do tego popowo-rockowego kanonu „Etiudy rewolucyjnej” Chopina. Wydaje mi się, że było to trochę nieprzemyślane posunięcie.

Do teatru marsz!

Byłbym głupcem, mówiąc, że nie warto wybrać się do teatru na „Sprawę Dantona”. Doskonała, fenomenalna, genialna, boska – epitety można by mnożyć w nieskończoność. Spektakl ten jest godny polecenia zarówno młodemu miłośnikowi teatru, jak i wytrawnemu teatromanowi. Niech nikogo nie zniechęca 160 minut spędzonych na widowni, bo jak powiedział niegdyś na temat sztuki Seneka Młodszy - ważne nie jak długo trwa, ale jak jest zagrana.

Wybrane dla Ciebie:




Komentarze (0):

Jeśli chcesz dodawać komentarze, musisz się zalogować.

Najpopularniejsze

Copyright 2017 Wiadomosci24.pl

Korzystamy z cookies i local storage.

Bez zmiany ustawień pliki są zapisywane na urządzeniu. Więcej przeczytasz tutaj.