Facebook Google+ Twitter

Debiut Sohna i rozmowa z w24

7 kwietnia, dokładnie za miesiąc, nakładem legendarnego 4AD wyjdzie debiutancki krążek nowego talentu w kategorii muzyki elektronicznej - SOHNa. Tutaj znajdziecie zapis naszej rozmowy, przeprowadzonej w styczniu w Wiedniu.

 / Fot. sohnNo dobrze, to na początek, dlaczego porzuciłeś Londyn dla Wiednia?

Sohn: Przestałem lubić Londyn, a jako muzyk nie należałem do do żadnej grupy, społeczności, więc donikąd to nie zmierzało, poza tym, że czasem gdzieś grałem koncerty na gitarze, pod różnymi pseudonimami. Tymczasem kiedy przyjechałem do Wiednia wszystko wyglądało obiecująco - szybko poznałem wielu artystów, zaprzyjaźniłem się z zespołami i w końcu, pod wpływem impulsu, po prostu zdecydowałem, że czas chrzanić Londyn. Spakowałem walizki i przeniosłem się tutaj. Zacząłem zarabiać pieniądze i udało mi się zostać.



Czy wiedziałeś już wtedy o wiedeńskiej alternatywnej scenie?

Tak, zanim tu przyjechałem, znałem kilka osób w Wiedniu, potem wszystko nabrało tempa.

Wiedeń zaskoczył?

Właściwie nic nie wiedziałem o tym mieście, więc byłem kompletnie zaskoczony. To był bardzo naiwny krok. Czuję się Wiedeńczykiem, zawsze kiedy wsiadam do samolotu, opuszczam dom.

Jak wyglądała ścieżka od gitary do muzyki, którą zajmujesz się teraz?

Od zawsze tworzyłem muzykę, ale od czterech - pięciu lat zacząłem interesować się elektroniką. Spotkałem klawiszowca, który gra teraz na keyboardzie w SOHN. Okazało się, że ma w domu całą masę bardzo starego sprzętu. Zaczęliśmy z tym eksperymentować i efekty tych eksperymentów nadały kształt naszej muzyce, po raz pierwszy w mojej karierze poczułem, że brzmienie, które uzyskaliśmy, jest naprawdę interesujące, wyjątkowe. Potem znalazłem managera w Londynie, starego znajomego, zgodził się nam pomóc, półtora roku temu, i oto jesteśmy.

A kontrakt z 4AD? Zasługa managera?

Tak, wszystko potoczyło się to bardzo szybko - jak tylko wrzuciliśmy dwa pierwsze kawałki online, przedstawiciele 4AD od razu zareagowali, ich booking agent odpowiedzialny za Niemcy, UK i USA spotkał mojego managera zaraz potem. Myślę, że tak to działa w tym biznesie, ktoś coś usłyszał, podaje dalej, i w ciągu miesiąca trzydziestu producentów dzwoni do ciebie i chce podpisać kontrakt. O mały włos nie podpisaliśmy kilku z nich. I całe szczęście, że jednak zdecydowaliśmy się poczekać.

Przykład kolejnej kariery zrobionej w sporej mierze dzięki sieci.

Tak, ale nasz manager też jest bardzo dobry, znał kluczowych ludzi bardzo wcześnie. Ale wiedział tez, do kogo się zwrócić, znał gusta ludzi w branży. Poza tym jest managerem Jamiego Woona, więc ta muzyka to jego specjalność, świetnie zna angielskie realia.

Można cię porównać do Jamesa Blake'a i Jamiego Woona. Odpowiada ci ta szufladka?


Ci kolesie są prawdziwi, są wielcy, zdobyli sławę i się o nich pisze.

No tak, ale to nie czyni muzyka.

Nie, ale ja powoli jestem na tej samej trajektorii, na której oni znaleźli się kilka lat temu. Powoli robię się sławny. I to jest dość przerażające.

Mam wrażenie, że Jamie Woon nie do końca sobie poradził ze swoją szansą.

No tak, Jamie pracuje teraz nad nowym albumem. Zobaczymy. Moim zdaniem bardzo dużo zależy od wytwórni, dla której nagrywasz, i tutaj miałem ogromne szczęście, bo jedyne, czego chce ode mnie 4AD, to płyta. Nie obchodzi ich, jak długo zajmie mi jej przygotowanie. Nie będą się wtrącać do procesu, zależy im wyłącznie na tym, żebyś to kiedyś skończył. A jak im dasz tę płytę na koniec, pokochają ją. 4AD to ciągle taki rodzinny label, grupa ludzi mieszkających w domku i troszcząca się wyłącznie o muzykę.

Brzmi jak bajka z lat 70-tych.

To dokładnie tak wygląda! Pracownicy biura słuchają muzyki strasznie głośno, komentują ją, zachwycają się. Gdybym poszedł do Columbia Records, przesłuchaliby album i zaczęli się zastanawiać, czy to duże ryzyko. Właściciel 4AD jest raczej jak osiemnastolatek z plecakiem pełnym płyt, kiedy słucha nowych rzeczy, cieszy się jak dziecko. Ta wytwórnia to grupa miłośników, którzy jakimś dziwnym trafem wylądowali w tym biznesie.

To dlatego możesz sobie pozwolić na tak powolną pracę nad "Tremors".

O tak. To znaczy, tak właściwie już skończyłem, niedługo wszystko ogłosimy. Sporo się zmienia, teraz czeka nas praca nad okładką, kampania, i tak dalej. Jestem szczęśliwy.

Dumny?

Tak... tzn nie nie mam takiego stosunku do tego albumu, poczucia dumy. Uwielbiam go jednak i wciąż mogę go słuchać, co po tak długim procesie nagrywania jest jakimś osiągnięciem (śmiech).

Twój występ w Linz był wyjątkowo minimalistyczny, właściwie nie było was widać na scenie, dzięki czemu stworzyliście bardzo intymną atmosferę. To trochę jak puryzm według Johna Zorna. Nic cię nie rozprasza.

To bardzo świadoma decyzja. Nie chcę być większy od mojej muzyki. To bardzo ważne, że siedzę gdzieś w środku, ale pozostawiając miejsce dla ludzi, żeby i oni mogli wejść w ten świat. Nie chcę ich prowadzić, nie chcę im niczego narzucać, dawać im poczucia, że coś, czym ilustruję występ, jest nie dla nich.

W kontekście rynku brzmi to trochę ryzykownie.

Robię to, co wydaje mi się właściwe. Nie chcę iść na kompromisy, bazując na tym, co mogłoby się innym spodobać.

Czy odkryłeś jakieś ciekawe, nowe instrumenty w ostatnich miesiącach?

Nie siedzę w nowej technologii. Moja specjalność to stary sprzęt. Przy okazji, pracuję ze sporą grupą innych muzyków, jako producent, oraz współpracuje z producentami, dzięki czemu bez przerwy uczę się, jak inni to robią. I to jest wyjątkowo ciekawa lekcja. Co ciekawe, w międzyczasie udało mi się zdobyć opinię kogoś, kto ma bardzo specyficzne brzmienie - i zdarza się, że producenci z dużych wytwórni zgłaszają się do mnie, mówiąc, że chcą uzyskać moje brzmienie (śmiech). Ale nie zawsze się udaje. Głównie dlatego, że wszyscy pracują teraz w bardzo sterylnym stylu, a mój styl pracy jest dość gówniany. Kompletnie mnie nie interesują interferencje, nie przejmuję się nimi, jak coś wydaje dziwne hałasy, pracuję z tym hałasem. Producenci i muzycy zbyt często nie są dość wyluzowani, by pozwolić sobie na złe brzmienie - każdy snare, każdy kick musi brzmieć idealnie. Ja zwykle podpinam różne rzeczy ze sobą i sprawdzam, jak to zadziała, czasem jest koszmarnie, czasem wychodzi coś ciekawego. Nie da się tego zaplanować, zaprojektować, to instynktowna praca. Używanie starego sprzętu wymaga elastyczności, twój efekt będzie zależał od twojej reakcji na to, co się dzieje. Większość jednak pracuje ze sprzętem, który znają na wylot, wiedzą dokładnie, czego kiedy potrzebują, i wiedzą, jak to uzyskać. Ja preferuję ciągły eksperyment (śmiech).

Co ciekawe, efekt tego eksperymentu brzmi wyjątkowo gładko i idealnie - mamy więc paradoks. To pokazuje, jak zróżnicowane są możliwe ścieżki tworzenia i jak ograniczona jest wyobraźnia wielu muzyków, dla których istnieje tylko jedna, właściwa droga do odpowiedniego rezultatu.

Niestety, tu ciągle chodzi o pieniądze. Artyści boją się ryzyka już na etapie tworzenia, ich głównym kryterium jest rynek, czy to się sprzeda, czy to się opłaci, czy ktoś będzie chciał tego słuchać. W procesie tworzenia włączony jest zwykle ktoś, kto będzie ci podpowiadał, czy to jest dobre, czy tak można, czy warto. Ja mam szczęście, że nikt nie ingeruje w moją wizję, nikt nie ewaluuje środków, którymi się posługuję.

A jeśli zgadzasz się pracować nad czyjąś muzyką, jakie masz kryterium wyboru? Komu dajesz zielone światło?

Muszą być po prostu fucking good! Muszą mnie zaskoczyć. Mieć coś, czego nie znam, nie potrafię sam zrobić.

Na koniec - jak wspominasz swój koncert na Tauronie w Polsce rok temu?

Na początku nie spodziewaliśmy się wielu osób, nie mieliśmy dużej publiczności na samym początku, a później wszyscy zbiegli się spod innych scen. Było rewelacjnie!


Płyta "Tremors" SOHNa ukaże się dokładnie za miesiąc, 7 kwietnia. Mam przeczucie, że będzie to jeden z najważniejszych debiutów 2014 roku.

Wybrane dla Ciebie:




Komentarze (0):

Jeśli chcesz dodawać komentarze, musisz się zalogować.

Najpopularniejsze

Copyright 2016 Wiadomosci24.pl

Korzystamy z cookies i local storage.

Bez zmiany ustawień pliki są zapisywane na urządzeniu. Więcej przeczytasz tutaj.