Facebook Google+ Twitter

Pozycja materiału w rankingach:

3717 miejsce

Deep Purple - "inFinite"

Tą płytą Deep Purple zmierzchają pewien okres w dziejach muzyki. Hard rockowe dinozaury odchodzą w wielkim stylu, majestatycznie, z rozmachem żegnając całą planetę. A przynajmniej tak zapowiedzieli, nie pierwszy już raz...

Deep Purple - 'inFinite' (LP 2017) http://blog.dnevnik.hr/zinhof/2017/04/1632075777/a-hrefhttptinypiccomref2held34-targetblankimg-srchttpi62tinypiccom2held34jpg-border0-altimage-and-video-hosting-by.html / Fot. blog.dnevnik.hr/Jeżeli "inFinite" stanie się faktycznym domknięciem historii znanej jako Deep Purple, będzie epitafium koronującym ich panowanie jako dzieło zasługujące na moc uznania. I nie ma w tym krzty przesady, zaślepienia, ani czołobitności. Purpurowy Okręt ominął mielizny, zdradliwe prądy i wiry, nie wpadł w głodne otchłanie czyhających morskich potworów. Pod banderą "inFinite" odnotowuje się więcej dobrego niż złego.

Dwudziesty w kolejności album studyjny Deep Purple to rzecz kompozycyjnie "cięższa" i "trochę bardziej progresywna" niż "Now What?!" (LP 2013), wedle słów Dona Aireya, godnie zastępującego nieodżałowanej pamięci Jona Lorda. Klawiszowiec zaznaczył przy tym, że "inFinite" może być "niespodzianką dla wielu ludzi"¹. Jednak już pierwsze słuchanie nowej płyty jest miłym powrotem w znajome okolice. Wszystkie elementy zaskoczenia zawierają się w zróżnicowanym i nieszablonowym podejściu do wypracowanych przez lata formuł. Chyba można śmiało powiedzieć, że nie było lepiej od czasu "Perfect Strangers" (LP 1984).

"inFinite" otwiera utwór, który poprzedzał ukazanie się płyty jako wybrany pierwszy singiel. "Time for Bedlam" to zdecydowanie najmocniejszy punkt na tym krążku, powerplay i mój faworyt. Utwór z krwistym riffem i motoryką przyprawiającą o mrowienie podobnie jak stare 'killery' w rodzaju "Highway Star" czy "Space Truckin'". Gillan ściera w proch i pył wszystko w granicach słyszalności. Z diabolicznie przewrotnym zaśpiewem dopełniającym melorecytacji i inkantowanych słów: "Escaping the clutches of eternal damnation/I was justified" (Wyrywając się ze szponów wiecznego potępienia/Byłem usprawiedliwiony).

Następny kawałek to "Hip Boots" o podobnym ciężarze gatunkowym, choć bardziej rozbujany. Swoją obecność zaznacza Airey, którego wszędzie zdaje się być pełno, rozbrykany i adorujący słuchacza wirtuozerią. Ogólnie kompozycja zawiera wyraźne konotacje pierwocin rockowego grania. Po czym następuje "All I Got Is You" i panowie poczynają czarować brzmieniem lekkim i swobodnym, estetyzowanym, wymuskanym, wypieszczonym, ocierającym się o nostalgiczny sound eleganckiego dancingu i melancholijny swing. Niemal zorkiestrowane frywolne jam session i wiele w tym prawdy, albowiem jak powiedział sam Gillan, zachowano tutaj naturalny klimat studyjnego grania. Don Airey wspina się na wyżyny mistrzostwa, Steve Morse dopełnia nastrojów dając dowód, że jest właściwym człowiekiem na właściwym miejscu. Tym samym moje dogmatyczne przekonanie o wyższości klasycznego składu (tzw. Mark II) Deep Purple nad całym szeregiem metamorfoz, uległo wreszcie pewnemu zachwianiu.

"One Night In Vegas", rzecz by można - widokówka dźwiękowa. I faktycznie jest to udana ilustracja muzyczna do historii "faceta, który wyruszył do Las Vegas, upił się, poznał dziewczynę i ożenił po 10 minutach znajomości" - opowiada Ian Gillan na łamach Burrn²! Melodyka utworu z silnie zarysowaną "knajpianą" taperską partią instrumentarium klawiszowego, przywodzi na myśl obrazek rozbuchanego miasta hazardu i niczym nie skrępowanej swobody. Jeden z tych kawałków zasadzających się na sprawdzonych chwytach, które wszyscy uwielbiają. Następujący "Get Me Outta Here" to już końska dawka efektownego nudziarstwa. Zdaje się, że wyznaczono ten utwór dla wycieczek własnych i próbowano eksperymentować. Z pewnością wzbudzi zainteresowanie zawodowych muzyków.

Deep Purple, sesja zdjęciowa w Hamburgu (2017). 3BEDfHGwBR4 / Fot. screenshot by Pawel Jankowski (YT)Słuchając "The Surprising" trudno wyzbyć się wrażenia, że kompozycja musiała być pomyślana jako dłuższa suita. Chyba ten utwór miał na myśli Airey, mówiąc o bardziej progresywnym obliczu Deep Purple na "inFinite". O swoim talencie przypomina Ian Paice.

I zmiana nastroju, "Johnny's Band" porywa odbiorcę na powrót do bardziej tradycyjnego wymiaru rocka. Kawałek dość luzacki, trochę przerywnikowy, chociaż bez większych fajerwerków. Roger Glover w swoim żywiole. "On Top of the World" ucina familijną atmosferkę i zaprasza do niespiesznej niemal heroldycznej melodeklamacji, która przeradza się w pewnym momencie w monolog zupełnie wyhamowujący utwór na przestrzeni jednej minuty. Dość osobisty wyjątek z życiorysu Gillana.

Wybrane dla Ciebie:




Komentarze (0):

Jeśli chcesz dodawać komentarze, musisz się zalogować.

Najpopularniejsze

Copyright 2017 Wiadomosci24.pl

Korzystamy z cookies i local storage.

Bez zmiany ustawień pliki są zapisywane na urządzeniu. Więcej przeczytasz tutaj.