Facebook Google+ Twitter

Pozycja materiału w rankingach:

13271 miejsce

Demokratyczne państwo prawa czyli wódka bezalkoholowa

Demokracja to rządy ludu jako jedynego suwerena, który w każdej chwili może swe poglądy zmienić. Prawo kojarzone jest z pewną stabilnością i przewidywalnością. Ogień i woda.


Sama woda to niemota.
I ryby tego dowodzą.
Sama wóda to głupota.
Patrz jak pijaczkowie chodzą.
A że ja niemym ni głupim być nie chcę
Więc okowitę razem z wodą chłepcę

(zerżnięte – trochę nieudolnie – z Goethego)

W przestrzeni publicznej pojawiają się różne dziwaczne pojęcia. Jednym z nich jest zapisane w naszej Konstytucji „demokratyczne państwo prawa”. Ludzie niby poważni kupują toto i rozumieją zgodnie ze zdeterminowanymi swymi cechami charakteru, wychowaniem, edukacją i diabli wiedzą czym jeszcze, wyobrażeniami. I za każdym razem wychodzi coś innego. Demokracja to rządy ludu jako jedynego suwerena, który w każdej chwili może swe poglądy zmienić. Prawo kojarzone jest z pewną stabilnością i przewidywalnością. Ogień i woda. Polane paliwem emocji dają płomień pożerający nasze przyzwyczajenia, relacje międzyludzkie i ambicje narodowe. Ludzie skaczą sobie do oczu w obronie „wartości”, o których wiedzą tyle co pies o astronomii i zwyczajnie rozpieprzają to, co przez długie lata sami budowali. I żaden polityk nie chce im powiedzieć, że demokratyczne państwo prawa, to taka wódka bezalkoholowa, o której może i fajnie gada się w różnych reklamach, ale której wyprodukować się nie da.

Jak to jest z demokracją?
Każde rządzenie polega na podejmowaniu decyzji. Jeśli rządy maja być uczciwe, to rządzący powinien podejmować decyzje przystające jakoś do pewnego zbioru wartości (uczciwość absolutna jest równie nieosiągalna jak pojęcie dobra dla Adama i Ewy przed zerwaniem jabłka w Raju). Jeśli ma to być rządzenie sensowne, to rządzący winien mieć wiedzę o sytuacji w chwili podejmowania decyzji i za decyzję tę jakoś odpowiadać. Lud rozumiany jako zbiór obywateli warunków tych nie spełnia. O żądaniu jakiejkolwiek odpowiedzialności możemy zapomnieć. Nie istnieje też zbiorowa moralność (a więc i zbiorowa uczciwość). Sokratesa na przykład skazano na śmierć w sposób demokratyczny. Jednak zarówno moralność (uczciwość) jak i wiedza czy odpowiedzialność mogą być bardzo sensownie przypisywane ludziom. Kłopot w tym, że nie da się tego prosto przenosić na grupy ludzi, co widać było np. po zachowaniu Niemców za rządów Hitlera. Pisał o tym również Le Bon w swojej „Psychologii tłumu”. Opowieści o „zbiorowej mądrości Polaków” podobnie jak jakiegokolwiek innego narodu to na współczesnym poziomie wiedzy zwyczajne oszustwo. Istnieją wprawdzie badania nt. mało znanych (np. na poziomie kwantowym) oddziaływań między jednostką a grupą, ale do ich praktycznego stosowania droga jeszcze daleka. Co zatem można zrobić? W moim odczuciu można odwołać się do moralności i mądrości pojedynczego obywatela. Jedyną możliwą droga jest dać temu obywatelowi narzędzia do oceniania sytuacji i (skutków) podejmowanych – nie tylko przy urnie – decyzji. Zastrzeżenie „nie tylko przy urnie” jest, niestety, ważne. Sprawowanie władzy poprzez głosowanie w wyborach prezydenta czy parlamentarzystów to za mało. Pisano o tym w wielu miejscach, więc ja pozwolę sobie odesłać Czytelnika np. do publikacji związanych z ruchem JOW-wów. Istotne jest to, by obywatel miał szansę samodzielnie ocenić np., ustawę czy wyrok sądowy. I nie polegał za bardzo na opinii mediów, które chętnie go w myśleniu wyręczą. Mocodawcy tych mediów może i wypiją za zdrowie utrzymujących ich obywateli, ale ani nie zmniejszy to kolejek do lekarza, ani w żaden inny sposób nie poprawi ich (obywateli) sytuacji. Podstawowym warunkiem rozumienia przez obywatela o co w tym bajzlu chodzi jest, by Państwo gadało do niego językiem, który on choć trochę kuma. Pisanie aktów prawnych zawierających niedodefiniowane pojęcia to znakomity pomysł dla krętaczy używających prawa jako narzędzia do okradania lub uwalania niewygodnych ludzi, ale fatalny dla normalnego człowieka, który chciałby jakoś łączyć prawo ze sprawiedliwością czy uczciwością. Nasza Konstytucja zawiera wiele takich niedodefiniowanych pojęć. Czy da się ją w tym względzie poprawić? Tak i to relatywnie łatwo. Do spisywania trzeba po prostu zatrudnić ludzi znających logikę. Przy okazji mogliby zadbać o jej (Konstytucji) niesprzeczność. Nie chodzi o to, by ludzie ci mówili co do Konstytucji wpisać, ale by wskazywali jak to wyartykułować, aby ustrzec się radosnej tfurczości rozmaitych miłośników prawniczej czy „etycznej” nowomowy. Zespół taki mógłby być zalążkiem jakiejś części Trybunału Konstytucyjnego (por. niżej) badającej formalną poprawność artykułowania prawa i równie formalną jego zgodność z Konstytucją. Pisanie prawa językiem zrozumiałym dla przeciętnego człowieka to warunek sine qua non jego uczestniczenia w demokracji (czyli rządach ludu). Nie jest to, oczywiście, warunek dostateczny, ale takowego nikt jeszcze nie wymyślił i pewnie nigdy nie wymyśli, bo innym warunkiem koniecznym jest chęć obywatela do udziału w decydowaniu o losach jego Państwa.

Naród wszystko może mieć, ale naród nie chce chcieć. To trywialne stwierdzenie jest istotą większości problemów z demokracją. W starożytnej Grecji jednym z narzędzi zmniejszania tego kłopotu był czerwony sznur, na którym niesfornych lub zapominalskich obywateli Aten doprowadzano na miejsce głosowania. Współcześnie przerobiono go na grzywnę za nieuczestniczenie w wyborach. Zdaje się, że coś takiego funkcjonowało kiedyś na Węgrzech. Nie przeceniam jego znaczenia („nieważne kto głosuje, ważne kto liczy głosy” jak mawiał klasyk), ale warto byłoby podumać jak oderwać czasem człeka od ważnej, oczywiście, niewątpliwie, dyskusji przy piwie (zwykle o d....e Maryny) czy kanapowego oglądania serialu. Pojęcia nie mam jak to zrobić, ale przy okazji deklarowanej przez wszystkie rządy budowy społeczeństwa obywatelskiego jacyś uczeni psychologowie coś tam pewnie wymyślą. Ja pozwolę sobie wskazać na inne, trochę bardziej „oddolne” formy zachęcania ludzi do „chcenia” bycia obywatelami. Idzie o maksymalną jawność stosowania prawa (np. na rozprawach sądowych) i dopuszczenie grup obywateli do aktywnego uczestniczenia w tym procesie (np. poprzez artykułowanie i przedkładanie tzw. subsydialnych aktów oskarżenia, występowania w charakterze obrońcy, likwidację przymusu posiadania „licencjonowanego” pełnomocnika itp.). Walczyło o to sporo ludzi (ja jako tako znam m.in. portale Zdzisława Raczkowskiego i obecnego posła Jerzego Jachnika, ale stron takich jest więcej), ale rezultaty, mimo ogromu włożonej pracy są w zakresie zmiany prawa praktycznie zerowe. Udało się jednak zmobilizować część opinii publicznej do zainteresowania się problemem syfu w naszym systemie, co samo w sobie jest już sporym osiągnięciem. Te sprawy mogą być dla tzw. społeczeństwa obywatelskiego kluczowe. Wydaje się, że realizacja takich postulatów miałaby duże znaczenie dla równie często wymienianego społeczeństwa opartego na wiedzy, bo prawo, choć trudno je zaliczyć do nauki, jakąś wiedzą jednak jest. Oba typy („obywatelskie” i „oparte na wiedzy”) społeczeństwa są dla demokracji ważne. A bez formułowania prawa językiem równocześnie i prostym i precyzyjnym idei tych zrealizować się nie da.

Czy prawo stabilne to prawo debilne? W sensie absolutnym pewnie tak. Gdybyśmy dziś mieli prawo sprzed kilkuset lat, to pewnie wielu z nas byłoby niewolnikami, a heretyków i czarownice palilibyśmy na stosach (gdyby nie brakło drewna, oczywiście). Na szczęście zwolenników takiej absolutnej stabilności prawa nie jest zbyt wielu. Zwolennicy bezwzględnego szanowania w common law rozmaitych wyroków sprzed kilkuset lat nawet w Anglii czy USA coraz częściej robią za błaznów lub wycwanionych oszustów. Prawo musi się zmieniać stosownie do zmian społecznych, politycznych czy choćby postępu naukowego i technicznego. Dla obywatela ważne jest jednak tempo tych zmian. Zbyt wolne generuje napięcia społeczne; zbyt szybkie tworzy chaos. Nie da się, niestety, precyzyjnie powiedzieć jakie to tempo ma być, ale większość ludzi zgodziłaby się chyba z poglądem, że szybkie zmiany nie powinny np. dezorganizować życia gospodarczego (podatki), a zbyt powolne umożliwiać np. mataczenie czy wyprowadzanie z firm nieopodatkowanych zysków. To, oczywiście, truizmy, które niby wszyscy znają, ale nie protestują, gdy politycy stabilnością prawa żonglują.

Piszę ten tekst zmęczony i zniesmaczony przedłużającym się sporem o Trybunał Konstytucyjny. Piszę z zażenowaniem, bo nie wiem jak ocenić mam sytuację, gdy jedna strona zarzuca drugiej naruszanie prawa i nie przedkłada na to żadnych formalnych dowodów, a strona obwiniona takich dowodów nie żąda. Co gorsza nie widzę żadnej możliwości sensownego zakończenia tego sporu. Tak na dobrą sprawę, to obie strony dyskutują o tym, czy – a jeśli tak, to w jakim zakresie – prawo ma być przestrzegane. Ja od biedy mogę zrozumieć dyskusję między wysokiej klasy aferzystą, a prokuratorem na temat długości odsiadki. Obie strony mają tu swoje argumenty i rzeczywiście do umów takich dochodzi. Ale w dyskusjach tych prawo jest tylko tłem dbającym o to by np. prokurator nie „wypadł z roli” i za bardzo nie skumał się z podejrzanym. W sporze o Trybunał Konstytucyjny chodzi o prawo jako regulator życia kilkudziesięciu milionów ludzi. Tu nie ma miejsca na przepychanki. Jeśli obecne regulacje prawne są poprawne, nie dobre czy złe, ale właśnie poprawne, czyli formalnie niesprzeczne, a znaczenie użytych słów jest takie samo dla obu stron, i da się wykazać, że np. Sejm takie właśnie prawo narusza, to trzeba dowód tego faktu ludziom pokazać. Dowód formalny, nie luźne opowieści o tradycjach, zgadywanie, co też ustawodawca „miał na umyśle” (por. szkolne zgadywanki pt. „czym myślał poeta” na lekcjach polskiego) np. w chwili uchwalania Konstytucji itp.. Gdyby prawo pisane było językiem pozwalającym na jakieś „mechaniczne” przetwarzanie dowód taki za (s)krzynkę dobrej gorzały napisałby student drugiego roku matematyki. Jeśli druga strona znajdzie w tym dowodzie byki, to trzeba przeprosić i wycofać zarzuty. Jeśli byków nie ma, to przeprosić powinien Sejm. I wycofać wadliwe uchwały. Spór prowadzony w takim jak dziś stylu przypomina magiel miejski i kompromituje wszystkich biorących w nim udział, a zwykłych ludzi przerabia na „mięso armatnie” obu „wysokich układających się stron”. Ja rozumiem, że dziś nasze (i nie tylko nasze) prawo pisane jest językiem bardziej nadętym niż sensownym i że szybko zmienić się tego nie da. Akceptuję też wynikającą z tego faktu konieczność traktowania prawa jak kołdry wydzieranej sobie przez zmarznięte i pokłócone małżeństwo. Staram się usprawiedliwiać emocjonalne wypowiedzi naszych polityków i ich wyborców. Boję się jednak, że okrywająca nas wszystkich, rzeczywiście brudna i dziurawa, kołdra obecnego prawa zostanie podarta bezsensownie. Nie boleję nad tym, że prawo to jest zmieniane, bo sam, niestety, jego „wartości” doświadczyłem. Chciałbym jednak widzieć jakąś nadzieję na zmiany sensowne. A bez zmiany języka artykułowania tego prawa nadziei takiej nie mam. Na dziś wystarczyłoby mi wyraźne wskazanie tego faktu przez jakichś znaczących polityków, bo wiem jaką niechęć społeczną budzi każda próba delegowania ważnych decyzji na automaty. Ludzie nie boją się latać samolotami sterowanymi przez automatycznego pilota, ale nie wyobrażają sobie wydanego przez automat, w błahej nawet sprawie, wyroku sądowego. To są realia. I ja o tym wiem. Politycy też, pewnie nawet znacznie lepiej niż ja. Wiedzą też o tym, że stworzenie w zupełnie sensownej perspektywie czasowej „automatycznego sądu” jest możliwe. Współczesne programy potrafią już tworzyć teorie naukowe, a informatycy zastanawiają się jaką etykę wbudować w coraz szybciej rozwijającą się sztuczną inteligencję. Programów do automatycznej weryfikacji niesprzeczności zbiorów zdań (np. kodeksów czy tekstów konstytucji) i dowodów wyrwany do odpowiedzi, nawet dobry, informatyk szybko nie policzy. Wszystko to już jest. Nie ma jednak „woli politycznej” by przekonanie, iż „sąd sądem, a sprawiedliwość musi być po naszej stronie” przerobić na hasło „”i niechaj prawo prawo znaczy, a sprawiedliwość sprawiedliwość”. Pytanie o to dlaczego tej woli nie ma jest w dyskursie o Polsce nieobecne, a dla oceny intencji polityków może okazać się bardzo ważne.

Co ma robić Trybunał Konstytucyjny? Zgodnie z niemieckim wzorcem chodzi tu o badanie zgodności prawa z Ustawą Zasadniczą (Grundgesetz), która miała przerobić totalitarne Niemcy nazistów na „demokratyczne państwo prawa”. Pierwszy taki trybunał powstał właśnie w Niemczech po II wojnie światowej. Wcześniejsze, np. austriackie, pomysły były znacznie skromniejsze i w zasadzie nikt ich nie naśladował. My poszliśmy śladem Niemców zastępując w motywacji powołania TK nazistowską III Rzeszę naszą „demoludową” PRL. Niestety ani Niemcy, ani żadne chyba inne państwo, nie określiły dokładnie roli takiego organu poprzestając na przypisaniu mu wspomnianego wyżej „badania zgodności”. Kłopot polega na tym, że badać trzeba zarówno „zgodność formalną” w sensie niesprzeczności, jak i zgodność ustawy z intencjami twórców Konstytucji. Tę pierwszą można spokojnie „zwalić” na automat lub zespół trochę lepiej opłacanych matematyków. Z tą drugą kłopotów jest więcej. Jeśli prawo ma spełniać rolę regulatora życia społecznego, to rozumienie przez dowolnych dwóch obywateli użytych do jego artykułowania słów winno być przynajmniej podobne (najlepiej takie samo). Trzeba więc znaleźć taki poziom szczegółowości opisu, który będzie możliwy do zaakceptowania przez wszystkich zainteresowanych. Celowo piszę „zainteresowanych”, a nie „obywateli”, bo przeciętny obywatel to „rozumienie prawa” długo jeszcze delegował będzie na prawników (np. adwokatów). Od funkcjonariuszy Państwa (np. sędziów) można jednak czegoś takiego oczekiwać i nakazać im potwierdzenie tego własnym podpisem z konsekwencjami zawodowymi (np. utratą stanowiska) za „olanie” swego podpisu. Mielibyśmy więc jakąś gwarancję, że wszyscy sędziowie TK tak samo rozumieją prawo. Nie byłaby to gwarancja absolutna (gdzie takie są?!), ale wyeliminowałoby to sporo nieporozumień. Formalną poprawność rozumowań prowadzących do orzeczeń kontrolować jest (w sytuacji gdy używamy języków dobrze określonych) łatwo i w zasadzie ten problem prawników dotyczyć nie musi. Gorzej z dopasowanie prawa do szybko zmieniającego się świata. Tu może się zmieniać zarówno samo prawo jako „tłumaczenie” pewnej aksjologii (systemu wartości takich jak prawda, życie, Bóg itp.), które aksjologii tej nie zmienia, jak i sama aksjologia. Oba rodzaje zmian mogą wymagać zmiany Konstytucji. O ile jednak w pierwszym przypadku można milcząco przyjąć zgodę Narodu na podejmowanie (po ew. szczątkowych konsultacjach społecznych) decyzji o zmianach przez swych reprezentantów, to w drugim wypadałoby chyba bezpośrednio (np. w referendum) zapytać o zmiany wszystkich obywateli. Co bardziej wycwanieni politycy i tak nie mają się czego obawiać; w najbardziej nawet „obywatelskim” i „światłym” społeczeństwie zawsze znajdą się media przerabiające wilków niewinne baranki lub odwrotnie. Bez złudzeń; cwaniacy zawsze spadną na cztery łapy. Zysk społeczny proponowanych zmian polegałby na eliminacji z polityki matołów i cwaniaków mniejszych. Zmniejszyłaby się w ten sposób pewnie również część dochodu narodowego marnotrawiona przez decyzje tych ludzi i dyskomfort obywatela w kontaktach z Państwem.

W istniejących państwach demokracja i prawo podobnie jak alkohol i dodatki w drinku występować mogą w różnych proporcjach. Dawniej ludzie starsi i kobiety preferowali drinki z mniejszą zawartością alkoholu, dziś kobiety poszły chyba sporo do przodu. W polityce zdaje się też. Miałem kiedyś nadzieję, że poprawi to kulturę politycznych dyskusji. Boję się, że była to nadzieja płonna. A rozmowa o sprawach ważnych daje się sensownie prowadzić tylko na w miarę „spokojnym poziomie”. Czy dziś uda nam się tak właśnie spokojnie o prawie pogadać? Nie wiem. Może warto, by ktoś odpowiednio ważny zaapelował o zastąpienie emocji argumentami i uporządkowanie naszych sporów. Bez takiego uspokojenia wkrótce będziemy się naparzać jak angielscy i rosyjscy kibole po meczu ich drużyn. I z równie ważnych powodów. I jeszcze usprawiedliwienie. Pod adresem „prawodawców” formułować można, oczywiście, znacznie więcej wymagań. Ja ani nie mam ambicji ani kwalifikacji by szczegółowo o tym pisać. Ten tekst to luźne uwagi człowieka, który się o nasze „demokratyczne państwo prawa” kilka razy potknął i chciałby dziś wskazać trochę tego, czego wcześniej nie zauważył. Ja nie mam złudzeń; „demokracji ludowej” na zwykłą demokrację w jednym pokoleniu (w dodatku bez stosownych reform nauczania) przerobić się nie da, ale bez podejmowania prób nie uda się to nigdy.


Komentarze (6):

Sortuj komentarze:

@Pan Marek Chorążewicz. Tak właśnie jest. Tzw. większość w demokracji decyduje, ale za nic nie odpowiada. W następnych wyborach co najwyżej "zmieni zdanie". A co do naszej kochanej UE; ostatnio uznała roboty za "osoby elektroniczne". Wygląda na to, że decyzja ta - choć normalnym ludziom wydawać sie może absurdalna - jest jednak całkiem sensowna. Rzecz w tym, ze wszystkie legalnie zatrudnione osoby płacić muszą rozmaite podatki. np. na ubezpieczenie społeczne. Osoby elektroniczne też. Okazuje się, więc, że nie taka ta Unia durna. Czy jednak uczciwa?

Komentarz został ukrytyrozwiń

/Nie wiem dlaczego większość ludzi widzi tu tylko "wartości", a pomija ich uporządkowanie./

Też nie wiem. Ale to nie ja. Pisałem o wartościowaniu, czyli ocenianiu, czyli porządkowaniu również.


/Ja całkowicie zgadzam się z tezą, że aksjologia powinna mieć inne źródło. ale nie wiem jak to en masse zapewnić./

"En masse" mozna zapewnić mit. Wyłącznie. Problem jest zatem techniczny, a prawda leży, tam gdzie leży. ;)

Komentarz został ukrytyrozwiń

Z tą aksjologią kłopot jest ogromny. Nie wiem dlaczego większość ludzi widzi tu tylko "wartości", a pomija ich uporządkowanie. Był przecież okres gdy np. za "obrazę majestatu władcy" poprzez (słuszne, tj adekwatne do jego czynów) nazwanie go np. morderca można było stracić życie. Tu "wartość" dobrego imienia była ewidentnie wyższa niż wartość życia. Dziś coś podobnego obserwujemy w niektórych religiach. I LUDZIE AKCEPTOWALI TO W ŚREDNIOWIECZU I AKCEPTUJĄ DZIS. Truizmem jest stwierdzenie, że aksjlogia się zmienia, ale zbyt często zapominamy, ze zmiany dotyczą nie tyle samych "wartości", co ich uporządkowania. No i tu jest właśnie kłopot. Prawda jest, że konstrukcja każdego systemu wartości powinna mieć podstawy (pochodzenie) transcendentne (np. boskie). Jak jednak wytłumaczyć niektórym ludziom zachodzące w tej konstrukcji zmiany? Nie można przecież powiedzieć, ze np. Bóg zmienił zdanie. Niektórzy spece od m.in. aksjologii np. teologowie zmiany tłumaczą naszą niedoskonałością, tzn. stwierdzają, że dziś rozumiemy Boga lepiej niż wczoraj, ale dobrej ZASADY (tj zawsze skutecznego sposobu) tłumaczenia tych zmian chyba nie ma. A naszą współczesna aksjologie codzienna kształtują często media i środowisko, bo rodzina bywa niewydolna. Ja całkowicie zgadzam się z tezą, że aksjologia powinna mieć inne źródło. ale nie wiem jak to en masse zapewnić. I co można zrobić, zeby ta aksjologia na codzień "pracowała". To jest problem na osobny tekst.

Komentarz został ukrytyrozwiń

W "państwie prawa" też się "da". O ile leży to w interesie i możliwościach prawodawcy.

Dopiero wtedy, gdy wkraczamy na pole aksjologii, możliwe jest wartościowanie.
Ale aksjologia też musi mieć swoje zródło. Najlepiej niesprawdzalne ;)

Komentarz został ukrytyrozwiń

"(...)demokratyczne państwo prawa, to taka wódka bezalkoholowa, o której może i fajnie gada się w różnych reklamach, ale której wyprodukować się nie da. "

Otóż "demokratyczne państwo prawa" różni się od "państwa prawa" tym, że w tym pierwszym da się wyprodukować wódkę bezalkoholową, tak samo jak ze ślimaka dało się zrobić rybę śródlądową w UE. Wystarczy decyzja zgodna z wolą większości...

Komentarz został ukrytyrozwiń

Otwarte pozostaje pytanie, czy "bełkot języka prawniczego" jest skutkiem głupoty, czy celowego działania..?

Wezmy przykład "obrazy uczuć religijnych".
Kto w ogóle wpadł na pomysł, aby umieścić takie sformułowanie?

" Kto obraża uczucia religijne innych osób, znieważając publicznie przedmiot czci religijnej lub miejsce przeznaczone do publicznego wykonywania obrzędów religijnych.."

zamiast

" Kto znieważa publicznie przedmiot czci religijnej lub miejsce przeznaczone do publicznego wykonywania obrzędów religijnych.."

I zaczęła się, do oczywistego przewidzenia przecież, "dyskusja" nad tym, co oznacza albo nie oznacza "obraza uczuć religijnych". Czyli nad czymś, co nie ma w świetle przepisu żadnego zanaczenia.

Jeśli to głupota - musiałaby być wielka...

Komentarz został ukrytyrozwiń

Jeśli chcesz dodawać komentarze, musisz się zalogować.

Najpopularniejsze

Copyright 2016 Wiadomosci24.pl

Korzystamy z cookies i local storage.

Bez zmiany ustawień pliki są zapisywane na urządzeniu. Więcej przeczytasz tutaj.