Facebook Google+ Twitter

„Diablo” Włodarczyk po sukcesie nie baluje jak "Tiger" Michalczewski

  • Źródło: Dziennik Zachodni
  • Data dodania: 2007-05-19 10:06

Pobudka po siódmej rano, toaleta, śniadanie o ósmej trzydzieści i od dziesiątej do roboty – trener Fiodor Łapin rozplanował dokładnie każdy dzień przygotowań Krzysztofa „Diablo” Włodarczyka do obrony tytułu mistrza świata wagi juniorciężkiej federacji IBF.

Sam pięściarz przyznaje, że jeszcze nigdy w życiu tak ciężko nie pracował, a wszystko przez nieszczęsny wyrostek robaczkowy, którego wycięcie spowodowało opóźnienia.

– Zawsze mamy jakiś kłopot, albo wyrostek, albo wypadek na nartach wodnych – Łapin przypomina historię sprzed pierwszego pojedynku „Diablo” ze Stevem Cunninghamem. – Wtedy, w sierpniu ubr., Krzysiek jechał za motorówką, podbiło go tak, że dostał nartą w czoło. Szef Hammer KnockOut Promotions, Andrzej Wasilewski wciągnął go do łódki i zobaczył, że cała twarz jest zalana krwią. Na czole miał potężną ranę, którą trzeba było zszyć. W czasie obozu w Chicago Krzysiek musiał sparować ze specjalną maską na twarz... / Fot. Fot. Dziennik Zachodni
– I wszystko dobrze się skończyło, teraz też tak musi być – uzupełnia opowieść trenera mistrz świata.


Polowania nie było


Walka „Diablo” odbędzie się 26 maja w katowickim „Spodku”. Obóz w Szczyrku jest ostatnim etapem przygotowań, wcześniej Włodarczyk szukał siły w Zakopanem. – Nigdy w życiu tak często nie przerzucałem żelastwa na siłowni. Już nie mogłem na nie patrzeć, ale było warto. Bo mam taki power, jakiego jeszcze nigdy nie czułem, po prostu czuję wielką moc – twierdzi Włodarczyk.
I wie co mówi. Najlepiej przekonał się o tym sparingpartner Andre Purlette. To solidny bokser, który pięścią potrafi „kopnąć”, jak koń kopytem, co widać w jego bilansie: 39 zwycięstw, 35 ko i tylko dwie porażki, a także na twarzy „Diablo”, tu i ówdzie pobijanej. Ale w minioną sobotę, na kilka sekund przed końcem czwartej rundy Polak grzmotnął Amerykanina prawą ręką tak, że ten padł nieprzytomny na matę.

– Co tu się wtedy działo... Akurat dzieliliśmy salę z dziewczynami, które grały w siatkówkę, przyszło też sporo kibiców, chcących zobaczyć Krzyśka w akcji. Szybko wskoczyłem na ring, wyciągnąłem mu ochraniacz na zęby i położyłem w bezpiecznej pozycji. Liczenia nawet nie zaczynaliśmy, bo doszlibyśmy do tysiąca, a on dalej by leżał... Gdy wstał obserwowaliśmy jego zachowanie, ale sparingu nie przerwaliśmy, między liny wszedł Chris Thomas, który był pod takim wrażeniem, że właściwie już do końca uciekał przed Włodarczykiem. A Andre jest już w Stanach – opowiada Łapin.

Ten cios podbudował Włodarczyka, który dość dawno nikogo w taki sposób nie potraktował, a przecież w tym przypadku miał na rękach ciężkie, osiemnastouncjowe rękawice.
– To nie było polowanie, bo jak poluję, to mi wtedy takie coś nie wychodzi – ze śmiechem przyznaje pięściarz. – Po prostu tak machałem przed nim lewą ręką, a potem puściłem prawą...
Znalezienie następcy Purlette’a nie było łatwe. Chociaż honorarium poszybowało wyjątkowo wysoko, to kolejni rywale odmawiali. Wreszcie zgodził się Łukasz Janik.

Krzyk przed telewizorem


Ośrodek COS w Szczyrku to świetnie miejsce do przygotowań.
– Mamy wszystko, czego nam potrzeba. Można się dotlenić, kuchnia jest znakomita – mówi Łapin, obserwując, jak opatulony w dres Janik w lejącym deszczu pokonuje kolejne okrążenia na bieżni.
W tym czasie Włodarczyk z narzeczoną Małgorzatą wychodzą na krótkie zakupy do sklepu. Po powrocie szkoleniowiec ciągle żartując niby zagląda do torby i udaje, że szuka piwa.
– Jakaś kobieta w samochodzie najpierw nas minęła, potem się zatrzymała, poczekała aż się zrównamy i życzyła mi powodzenia. Potem ze sklepu wyszedł jakiś kibic i gratulował mi zdobycia tytułu – opowiada Włodarczyk, który zdążył się już przyzwyczaić do popularności.

On sam jednak walki, w której zdobył tytuł, nie lubi. Łapin tylko raz odtworzył mu ją z kasety.
– Krzysiek nie wierzył w to, co widział. Wrzeszczał przed telewizorem „atakuj, atakuj, na co czekasz” – śmieje się szkoleniowiec. – Wreszcie miał czarno na białym, jak pięknie wchodził do półdystasu i jak ciągle to marnował. Najtrudniej wykorzenić pewne nawyki, a Krzysiek niestety ma ten, że ufa w swój jeden cios, zamiast bić seriami – dodaje poważniej trener, a jego podopieczny potwierdza to kiwnięciem głową.

Pizza po obiedzie


W porze obiadu, w środę akurat serwowano zupę ogórkową, schab z grilla lub wątróbkę, ziemniaki, ryż i sałatki, COS znów ożywa. Pojawiają się kolejni pięściarze, którzy wystąpią na gali. Rafał Jackiewicz dopytuje się w recepcji o podłączenie do internetu, natomiast Damian Jonak myślami jest już chyba przy walce z Michaiłem Szubowem o młodzieżowy pas mistrza świata WBC w wadze lekkośredniej. – To będzie mój pierwszy 10-rundowy pojedynek. Chciałbym, żeby wreszcie nadszedł już ten dzień walki, bo pięć tygodni przygotowań to naprawdę długi okres – opowiada pięściarz ze Śląska, który wygrał wszystkie 12. walk, a 9. z nich zakończył przed czasem.

W Szczyrku Jonak toczy wewnętrzne sparingi z Jackiewiczem, świeżo upieczonym maturzystą.
– Dobrze się znają, a to jest korzystne, bo zmniejsza ryzyko, że któryś z nich odniesie kontuzję – przyznaje Łapin, oglądając się za Włodarczykiem, którego czekają kolejne sparingi.
Ten zabiera jeszcze z patery owoce i uzgadnia szczegóły kolejnych zajęć. – Krzysiek waży teraz 91-91,5 kg, ale pod koniec dnia, po treningach i sparingach, traci 3 kilo – wylicza szkoleniowiec. – Dobrze, że amerykańscy sparingpartnerzy nie zmienili mu stylu żywienia. W tamtym roku nie mogłem się im nadziwić, trzeba było dodatkowo zamawiać frytki i hamurgery, a bywało i tak, że po zdrowym obiedzie maszerowali do pizzerii, albo na hot-dogi. „Rudemu”, bo tak nazywamy Krzyśka, też mówili: jedz, bo musisz mieć masę. Jak im zacząłem tłumaczyć, że przy naturalnej wadze ciosy są mocniejsze, a zbędne kilogramy wpływają na zmniejszenie siły, to się dziwili – kręci głową Łapin.

Szklaneczka i koniec


Przez długą część przygotowań Włodarczykowi towarzyszyła w Szczyrku nie tylko narzeczona, ale i czteroletni syn Czarek.– Mieszkał z Gosią w pokoju, bo jednak muszę się codziennie porządnie wyspać przed kolejnym ciężkim dniem, ale jego obecność była wspaniała. Teraz pojechał do babci, ale do mnie dzwoni i opowiada, że rozwalił szafkę oraz pyta, czy na treningach robię „bach, bach”. Chyba będzie z niego bokser... Jak zechce, to nie będę go od tego odwodził – mówi „Diablo”.

Łapin, który wyraził zgodę na obecność rodziny pięściarza, potwierdza, że była to dobra decyzja.
– Przynajmniej go pilnują – tłumaczy z tajemniczym uśmiechem.
– Przecież wiadomo, że jak się spędza kilkanaście tygodni w zamkniętym gronie, to różne głupie myśli przychodzą człowiekowi do głowy. Zaczynamy sobie robić jakieś kawały, czasami nas nosi. Obecność najbliższych ułatwia życie i rozładowuje stres przed walką – dodaje Włodarczyk.
Na świętowanie przyjdzie czas po walce. Do legend przeszły już balangi, jakie po obronie tytułu urządzał Dariusz Michalczewski.
– Każdy jest inny... Ja też często mówię, że jak wygram to pójdę na całość, ale wszystko się kończy na szklaneczce whisky. Po prostu nie lubię alkoholu, rzygać mi się chce na myśl, że potem będzie mnie bolała rano głowa i będę się źle czuł. Po morderczych przygotowaniach i wygranej walce chcę mieć dobre samopoczucie – mówi „Diablo”.


Czeka na sześć zer


W „Spodku” na szali będą leżały nie tylko mistrzowski pas, ale i duże pieniądze. – Odejmijcie od tego wynagrodzenie dla trenerów, menedżerów, koszty przygotowań. To wszystko ma swoją cenę. Kariera boksera jest krótka, wierzę jednak, że może w następnej walce wreszcie zobaczę na czeku cyfrę, a po niej sześć zer, i to w dolarach – śmieje się Włodarczyk, który nie ukrywa, że chciałby zmierzyć się z Jeanem Markiem Mormeckiem w starciu o trzy pasy: WBA, WBC i IBF.
Na razie jednak najważniejszy jest występ w „Spodku”. – Jak zwykle w szatni będzie mi towarzyszył jeden lub dwóch kolegów, a potem ruszę tunelem przy dźwiękach jakiejś agresywnej muzyki. Będę szedł między kibicami, ale nie będę ich widział, potem złapię wzrokiem kogoś w pierwszym rzędzie, ale nie będę tego pamiętał, spojrzę prosto w oczy Cunninghama i wreszcie się zacznie... A potem? Jak wszystko dobrze pójdzie to spełnię swoje marzenie i pojadę z rodziną na wycieczkę po Laosie, Kambodży i Wietnamie – zwierza się „Diablo” i idzie na kolejny sparing.
O 20 czeka go kolacja, a potem czas na odpoczynek. – Zamknę oczy i będę już toczył walkę z Cunnighamem. I będzie to wielka walka – dodaje jeszcze po chwili.
– Wielka, to będzie ta w „Spodku” – dorzuca Łapin klepiąc go po plecach.


Bilety i program


Bilety na „Mapei Night of the Champions” do 20 maja (do godziny 23.59) można jeszcze kupować w internecie na stronie www.kupbilet.pl. Sprzedają je także kasy „Spodka”. Ceny wejściówek: 35, 50, 60, 80, 90, 120, 150, 180, 360, 600 i 1000 zł. Trzy ostatnie kategorie łączą się z pełnym cateringiem, wstępem do pokoju VIP-ów i innymi atrakcjami np. Casinos Poland.

Impreza rozpocznie się o godzinie 18, skończy grubo po północy. W programie jest osiem walk: Krzysztof Włodaczyk f – Steve Cunningham (USA) o pas mistrza świata wagi juniorciężkiej IBF, Damian Jonak – Michaił Szubow (Rosja) o młodzieżowe mistrzostwo świata WBC w lekkośredniej, Rafał Jackiewicz – Jole Mayo (Chile) o pas IBC w półśredniej, Artur Binkowski – Toto Mubenga (RPA), Marcin Najman – Piotr Sapun (Białoruś), Sergiej Babicz (Ukraina) – Iwor Marinczew (Bułgaria) wszystkie w ciężkiej, Jarosław Hutkowski – Petko Marinow (Bułgaria) w półciężkiej, Krzysztof Skorupka – Imrich Borka (Słowacja) w juniorciężkiej.

Wybrane dla Ciebie:




Komentarze (0):

Jeśli chcesz dodawać komentarze, musisz się zalogować.

Najpopularniejsze

Copyright 2017 Wiadomosci24.pl

Korzystamy z cookies i local storage.

Bez zmiany ustawień pliki są zapisywane na urządzeniu. Więcej przeczytasz tutaj.