Facebook Google+ Twitter

"Django" już w kinach. Tarantino znowu zachwyca

Stało się. „Django” wszedł do kin i nie ma teraz już na co czekać. Trzeba iść. Tarantino + Morricone + Waltz. Znacie? To obejrzyjcie jeszcze raz, z DiCaprio jako bonusem.

 / Fot. Materiały prasoweZacznijmy od tego, że tytuł oryginalny jest zapożyczeniem od "Django" (1966) z Franco Nero i pojawia się tu sam Franco Nero, w scenie, gdy nowy Django (Foxx) literuje mu swoje imię. "Jestem D-J-A-N-G-O [dżango]. D jest nieme" - mówi nowy Django. "Wiem" - odpowiada Nero, stary Django; wychodzi i nie wraca, jak przystało na starego rewolwerowca.

Trudno mi oceniać filmy Tarantino, na siłę starając się o obiektywizm. Można się nimi delektować albo ich nie trawić. Porównywanie „Django” do wszystkich poprzednich filmów Tarantino też wydaje mi się przekombinowane, spróbuję ocenić „Django” wyłącznie na podstawie swoich oczekiwań (po "Bękartach wojny") wobec... legendy samego „Django”.

Jak dla mnie „Django” to drugi film 2012 roku obok „Prometeusza”, który urósł w moich oczach do legendy na grubo przed premierą. Leonardo DiCaprio miał w końcu zagrać u Tarantino, mało tego, miał tu znowu zagrać Christoph Waltz, który w ostatnim filmie Quentina T. stworzył rolę kultową. Co do DiCaprio i Tarantino, trzeba dodać, że to ich drugie podejście do współpracy, do której mogło dojść jeszcze, gdy była mowa o „Bękartach wojny”. Tarantino, jak wieść niesie, chciał wtedy obsadzić DiCaprio w roli postaci mówiącej i po angielsku, i po niemiecku. Jak pamiętamy, były tam dwie takie główne postaci męskie – Hugo Stiglitz (Til Schweiger) i Hans Landa (Christoph Waltz).

Którą z ról planował wtedy dla DiCaprio, teraz to wie chyba tylko on. Można gdybać i ustalić opcję numer 1 – i DiCaprio miałby w niej grać Stiglitza, co znaczyłoby, że DiCaprio i Waltz mogliby się spotkać już wtedy, a w zasadzie „prawie” spotkać, bo Stiglitz i Landa we wspólnych scenach się nie pojawiali. W przypadku opcji numer 2 – DiCaprio miałby wówczas walczyć o rolę Landy, którą finalnie zgarnął Waltz (wraz ze wszystkimi możliwymi nagrodami w tym Złotą Palmą w Cannes za rolę pierwszoplanową i Oscarem za rolę... drugoplanową).

Tak czy inaczej, spotkanie pełnego trójkąta Tarantino-DiCaprio-Waltz obrastało w emocje i zapowiadało się na bardzo interesujące. I teraz po filmie mogę to powiedzieć - jest bardzo interesujące.

Ale zanim do niego dochodzi – powoli. Wprowadzę zarys fabuły.

Powiedzieć o „Django”, że to western, to nie powiedzieć nic. Tarantino opowiada w zupełnie nowy sposób rozdział historii Ameryki zwany niewolnictwem. „Django” przy tej okazji porównywany jest do równoległego „Lincolna” Spielberga. I faktycznie, coś jest na rzeczy, oscarowa dziewiątka nominowanych filmów w ogóle zazębia się ciągle tematycznie. „Bestie z południowych krain” i „Życie Pi” to dwie współczesne baśnie o małej apokalipsie ujęte w alegorycznych wizjach, przetrawionych przez wysublimowane wizje artystyczne. „Operacja Argo” i „Wróg numer jeden” odwołują się do konfliktu między Zachodem i Wschodem na przykładzie świeżych przykładów – Iranu i polowania na Osamę bin Ladena. Teraz „Lincoln” i „Django” opowiadają oba o awanturze o niewolnictwo.

Wybrane dla Ciebie:




Komentarze (2):

Sortuj komentarze:

Oczywiście.! Co do tego niema watpliwosci .!

Komentarz został ukrytyrozwiń

Zgadzam się z Panem Julianem: Tarantino nie zawodzi, film trzeba obejrzeć, choćby ze względu na świetne dialogi i swoisty humor.

Komentarz został ukrytyrozwiń

Jeśli chcesz dodawać komentarze, musisz się zalogować.

Najpopularniejsze

Copyright 2016 Wiadomosci24.pl

Korzystamy z cookies i local storage.

Bez zmiany ustawień pliki są zapisywane na urządzeniu. Więcej przeczytasz tutaj.