Facebook Google+ Twitter

Dla Davis Group czas nie istnieje!

To prawdziwy fenomen festiwalowy. Ludzie o drugiej w nocy wracają do Słupska i okolicznych miejscowości... pieszo! I mało kogo to zniechęca. Od wczoraj będą musieli czekać do przyszłego roku, do IV Festiwalu Legend Rocka. Rock wróci za rok.

Sweet / Fot. Ryszard K. HetnarowiczSweet / Fot. Ryszard K. HetnarowiczOstatni dzień tegorocznej edycji tej imprezy w Dolinie Charlotty rozpoczął się od dobrego wprowadzenia w nastrój wspólnej zabawy. Publiczność żyła przebojami Sweet i uczestniczyła w charakterystycznym dla tej grupy show. Pamiętne "Action" zachęcało przecież do... działania!

- Glamrockowe brzmienia zawsze wprawiają w doskonały nastrój a odrobina scenicznego szaleństwa też zachęca do wstania z miejsca - zapewnił Janusz Krężołek, który wraz z żoną Moniką przyjechał na festiwal z Zielonej Góry i niemal cały niedzielny koncert... przetańczyli pod sceną. Zastygali w bezruchu jedynie na czas solowych popisów muzyków z zespołu Spencer Davis Group.

Colin Hodgkinson / Fot. Ryszard K. HetnarowiczNie tylko oni! Amfiteatr wstrzymywał oddech kilkakrotnie, by po chwili wybuchnąć aplauzem dla muzyków, którzy łącznie mają ponad 300 lat! Tak było przy popisowym solowym numerze - śpiewanym i granym na basie - Collina Hodgkinsona. Jego wykonanie "San Francisco Bay Blues" zasłużenie przeszło do legendy. Zachwyty wzbudzały także solówki i wokale lidera grupy, gitarzysty Millera Andersona i klawiszowca Eddiego Hardina, który powściągliwym wykonaniem bluesowych ballad potrafił już pierwszymi akordami wprowadzić widzów w prawdziwie liryczny nastrój.

Spencer Davis Group / Fot. Ryszard K. HetnarowiczCały recital przepełniała niemal młodzieńcza radość z granej muzyki, a ta była wręcz perfekcyjna - zarówno pod względem technicznym jak i aranżacyjnym. Gra i postać Hodgkinsona tak przypadła publiczności do gustu, że nie tylko nie chciano Davis Group puścić ze sceny, lecz również sprzedane zostały wszystkie płyty zespołu z jego udziałem.

Ale zachwyceni byli nie tylko widzowie. Zaraz po zakończeniu koncertu podszedł na zapleczu do basisty Pete Agnew - jego "kolega po instrumencie" z Nazareth - i... poprosił o płytę z autografem.
- Paru innych basistów też próbowało zrobić to co on. Ale to nie takie proste - skomentował Pete.

Spencer Davis / Fot. Ryszard K. HetnarowiczJimmy Morrison / Fot. Ryszard K. HetnarowiczPotem już estradą w amfiteatrze zawładnęli muzycy z Nazareth. Widzowie nie mieli problemu ze wspólnym śpiewaniem "Zip Sausage", "Country Girl" czy "Red Light Lady". Są one doskonale znane niemal wszystkim fanom tej grupy. Poczucie więzi publiczności z artystami wzmacniały także dowcipne komentarze Dana McCafferty'ego a entuzjazm wzbudzały brawurowe solówki gitarzysty Jimmy'ego Murrisona. Rzecz jasna nie obyło się bez bisów.

Długo jeszcze po zejściu idoli ze sceny, przy barierkach oddzielających widownię od zaplecza artystycznego, stała grupa wielbicieli dopraszając się skandowaniem o autografy i możliwość spotkania bez granicy w postaci rampy. I te prośby zostały spełnione. Inni stali w tym czasie na widowni i spoglądali na pustoszejącą scenę. Tak trudno było rozstać się z rockiem. Powróci do Doliny Charlotty dopiero za rok.
 / Fot. Ryszard K. Hetnarowicz

Wybrane dla Ciebie:




Komentarze (0):

Jeśli chcesz dodawać komentarze, musisz się zalogować.

Najpopularniejsze

Copyright 2016 Wiadomosci24.pl

Korzystamy z cookies i local storage.

Bez zmiany ustawień pliki są zapisywane na urządzeniu. Więcej przeczytasz tutaj.