Facebook Google+ Twitter

Pozycja materiału w rankingach:

7521 miejsce

Dlaczego umowy frankowe będą unieważniane?

Im dłużej myślę o tzw. kredytach frankowych, tym bardziej dochodzę do wniosku, że jeśli sprawa nie zostanie rozwiązana systemowo, sądy nie będą miały innego wyjścia, jak tylko unieważniać umowy z bankami.

 / Fot. Wprost.plDlaczego tak uważam? Pominę milczeniem kwestie klauzul zakazanych, które do dziś są przez banki w umowach z klientami bezprawnie stosowane. To nie podlega dyskusji i szkoda czasu na przekonywanie, że bank powinien się stosować do prawomocnego wyroku sądu. To kwestia czasu kiedy kwestia uznaniowości banków w przypadku ustalania oprocentowania, spreadów itd. zostanie rozwiązana.

Skupię się nad argumentami, które muszą pojawić się przy okazji rozważania nad narzędziami spekulacyjnymi, które bank nazwał kredytem hipotecznym.

1. Banki nie miały waluty, którą pożyczały. Możemy się spierać w jakim stopniu banki miały pokrycie na udzielone kredyty. Powinniśmy się jednak zgodzić - nie miały pokrycia na 100% udzielonych kredytów. Śmiem twierdzi, że nie miały ich nawet na 20%. Ale to sprawdzi w odpowiednim momencie nadzór gdy sprawa wypłynie w sądach. Szeregowy frankowy "kredytobiorca" był przekonany, ze bank w jego imieniu zaciągał kredyt hipoteczny w banku szwajcarskim. Brał z niego franki, sprzedawał w Polsce i dzięki temu miał środki, żeby przekazać klientowi. Nic bardziej mylnego. Bank żadnego kredytu nie zaciągał. Robił to na kartce papieru - na niby.

Ktoś zapyta - co to za różnica? Czy by brał, czy nie, frank miałby i tak tę samą cenę. Otóż niekoniecznie. Można sobie bowiem wyobrazić, że nieograniczony żadną umową z bankiem emitującym walutę, w której udziela kredytu, polski bank mógłby udzielić pożyczek w wysokości znacznie przekraczającej ilość franków szwajcarskich znajdujących się w obiegu. Klienci, którzy mieliby spłacać taką pożyczkę, musieliby pozyskiwać franki, których na rynku by nie było. Popyt podniósłby znacząco cenę franka (co de facto się stało). Nie twierdzę, że efekt, o którym mówię w skali miliona kredytów miał znaczenie, wskazuję jedynie, że do takich absurdów mogło dojść, przez co cała ta operacja wydaje się wadliwa, co sąd przy ewentualnej sprawie musi wziąć pod uwagę.

2. Trybunał Sprawiedliwości UE stwierdził m.in., że w umowie kredytu indeksowanego według kursu waluty obcej, kurs tej waluty służy jedynie do określenia wysokości raty kredytu. Bank nie świadczy usługi wymiany waluty, a więc tzw. spreadowi walutowemu (różnicy pomiędzy kursem sprzedaży i kursem kupna waluty), którego ciężar musi ponieść kredytobiorca, nie odpowiada żadne świadczenie banku.

Oznacza to mniej więcej tyle (co potwierdza ostatni wyrok tzw. szczeciński, gdzie sąd określił, że w przy tytule wykonawczym bank może ściągać od kredytobiorcy tylko kwotę w złotych polskich, na którą opiewa umowa kredytowa), że musimy oddać tyle ile wzięliśmy w złotych polskich, a na franki może być przeliczana co najwyżej pojedyncza rata. Innymi słowy: gdy spłacamy raty kredytowe, to bank indeksuje odpowiednio do kursu waluty (czyli tak jak obecnie), ale gdy przyjdzie nam ochota przedterminowej spłaty kredytu, to powinniśmy spłacić dług jaki mamy w CHF po kursie z dnia zaciągnięcia kredytu.

Rozwiązanie to może być paradoksalnie dość korzystne dla banków biorąc pod uwagę, że w perspektywie mają sądowy nakaz przewalutowania kredytów po kursie dnia natychmiast. Oznaczałoby to bowiem, ze wielka część klientów pogodziłaby się z wyższymi aktualnie ratami wynikającymi z wysokiego kursu franka, w zamian za świadomoś, że hipoteka nie jest obciążona już kwotą wielokrotnie wyższą niż wartość nieruchomości i znacznie większą, niż w momencie zaciągania kredtu. To pozwoliłoby rozciągnąć owe mityczne "straty banków" (które de facto są tylko utratą oczekiwanych korzyści w przyszłości) na wiele lat. Banki mogłyby tego nie odczuć, bo wielu klientów nie jest w stanie spłacić nawet tej niższej kwoty jednorazowo i decydowałaby się na to tylko w przypadku sprzedaży nieruchomości i refinansowania kredytu. A jak często sprzedaje się dom czy mieszkanie? Cała operacja dla banków trwałaby zapewne kilkanaście lat i problem rozwiązałby się bez większego bólu sam.

3. Wielu bankowych lobbystów coraz mniej śmiało próbuje forsować tezę "widziały gały co brały". Że klient biorący kredyt w obcej walucie stawał się tak naprawdę graczem giełdowym grającym na zmianach kursu obcej waluty. Pomińmy kwestię absurdalności tego stwierdzenia (tak jakby klient nic nie robił tylko przewalutowywał kredyt w te i we wte, a bank na to pozwalał) i zastanówmy się nad sensem tej wypowiedzi. Otóż, jeśli klient rzeczywiście stawał się graczem giełdowym i spekulantem, to jednocześnie przestawał być kredytobiorcą hipotecznym. Albo - albo. Kredyt jest po to, żeby szeregowy Kowalski mógł bez szerszej wiedzy z zakresu bankowości, spreadów, rekomendacji, cirów, swapów i innych skomplikowanych terminów zaciągnąć kredyt, mieć odpowiedni kapitał, okres kredytowania, oprocentowanie i gwarancję w miarę stabilnych rat. Tu natomiast został mu sprzedany produkt z tzw. ryzykiem kursowym.

4. Tu przechodzimy do kolejnego punktu: ryzyko kursowe. Co ono oznacza? Oczywiście to, że klient uznaje, że kurs waluty może się zmieniać w jakimś zakresie. W jakim? To doradcy bankowi wyjaśniali. Oczywiście opowiadali głupoty i wystarczy przejrzeć rekomendacje znanych banków z lat 2005-2007 aby to zrozumieć. Niemniej - można przyjąć, że rozsądne ryzyko w przypadku instytucji zaufania publicznego, z nadzorem publicznym, autorytetem banku centralnego i Ministra Finansów nie dopuści ryzyka porównywalnego z instytucjami nieobjętymi nadzorem finansowym - różnego rodzaju pożyczkom pod zastaw, chwilówek itp. Ryzyko wg Kowalskiego może wynieść 10, 20, może 30% w całym okresie kredytu. Mogę przepłacić 30% w ciągu 30 lat, ok, podjąłem takie ryzyko. Trudno. Ale po to są instytucje, które nad bankiem czuwają, żeby to nie bylo 100% w ciągu kilku lat, bo nie jestem graczem giełdowym (od tego są osobne przepisy) i mogę liczyć na działania tych instytucji, na których funkcjonowaniu się nie znam (interwencje walutowe, polityka monetarna, przyjęcie Euro itd.). Kredyt to nie rosyjska ruletka. Żadna instytucja państwowa nie dopuści do sytuacji, w której ryzyko oznacza nabój w komorze rewolweru przystawionego do skroni. W tak dzikim kraju jeszcze nie żyjemy. Nawet operacje giełdowe są bezpieczniejsze. Dlaczego?

5. Tu przechodzimy do kolejnego punktu: "kredyt" we franku był w istocie grą na opcjach walutowych pod zastaw nieruchomości. Zakładałem się z bankiem, że przez dłuższy okres kredytowania frank będzie tańszy niż w dniu podpisania umowy. Bank zakładał się, ze będzie droższy. Nie miałęm czym grać więc bank dał mi kredyt, a właściwie nieruchomość, którą będę mógł zastawić. Bank wygrał. Kasyno zawsze wygrywa. Widziały gały co brały? Otóż nie, bo nikt tak tego nie przedstawiał. Gdyby przedstawiał, wielu ludzi by takiego czegoś nie przyjęło. O czym zatem myśleli? O kredycie i stabilnych ratach, jak na kredyt przystało, a już na pewno nie na uwięzieniu w mieszkaniu, którego ze względu na niemożliwość spłacenia nie będą mogli sprzedać. Na giełdzie i w grze na walutach, poza całą kwestią przepisów, które muszą być spełnione gdyby o tym była tu mowa, jest możliwość postawienia tzw. STOP LOSS. Czyli mówię: przy franku na poziomie 3.50 przestaję grać, bo stracę wszystko! Proszę zamknąć moją pozycję, realizuję straty. Trudno, ale mam spokój. Koniec. W przypadku tzw. "kredytów we franku" nie ma STOP LOSS jak w przypadku normalnego kredytu w złotym polskim ograniczonego do wartości aktualnego długu, bo bank przelicza dług z franka na złoty. Jeśli nagle z dnia na dzień frank skoczy na 10 zł to ludzie zostaną z nieruchomościami z obciążeniem pięciokrotnie przewyższającym ich wartość. Pół biedy, gdyby odpowiadali za to tylko samą nieruchomością. Ale bank może zaspokoić się z wszystkiego co mamy. Oznacza to, ze 700.000 ludzi wraz z rodzinami może być bankrutami z dnia na dzień! To będzie problem nie tylko dla nich, ale i dla całego systemu bankowego w Polsce, w którego interesie powinno być rozbrojenie tej bomby.

Niestety banki, a zwłaszcza ich prezesi i kadra zarządzająca w Polsce (nie dotyczy to tylko banków) myśli na rok, dwa do przodu myśląc o najbliższym wyniku finansowym i najbliższej premii. Nie obchodzi ich to co będzie za lat 5 czy 10. Interesuje ich premia, którą dostaną lub nie w grudniu czy styczniu. A premia będzie niższa, gdy będzie trzeba uwzględnić jakieś straty.

Banki do działania w Polsce może zmusić prawdopodobnie tylko sąd. Jeśli tak się stanie, będzie już za późno. Mleko się rozleje a ludzie masowo zaczną pozywać banki o unieważnienie umów.

Ostatnia sprawa. Dlaczego przy ewentualnym tytule wykonawczym, gdy klient nie jest w stanie spłacać kredytu, bank wystawia go na wartość aktualnego zadłużenia w przeliczeniu na polskie złote, po aktualnym kursie? Przyjmijmy, wcale nie tak do końca hipotetycznie, że jutro frank skoczy do 5 zł. Klienci, którzy nie są w stanie obsługiwać swojej raty na kredycie na 100.000 franków oddają nieruchomość. Bank wystawia tytuł wykonawczy na pół miliona zł. Ściąga bezlitonie - 200.000 z mieszkania, 300.000 z samochodów, nieruchomości i wszystkiego co klient jeszcze posiada. Bierze swoje 500.000. Wczoraj wziąłby 350.000, ale dziś wystawia tytuł na pół miliona i go realizuje bo w ciągu dnia frank podrożał do 5 zł. A w kolejnym dniu, frank spada do 3.50 i bank jest na jednym dniu 150.000 do przodu. Czy zwróci te pieniądze kredytobiorcy? Wolne żarty! Oczywiście, że nie zwróci. Nawet nie kupi franków w dniu egzekucji 500.000 zł bo mu franki do niczego nie są potrzebne. Przecież ich od nikogo nie pożyczał.

Dlatego wszelkie tytuły wykonawcze mogą dotyczyć tylko kwoty zawartej na umowie. A na umowie jest kwota w polskich złotych.

Paweł Janus
Fundacja Postawy Obywatelskie Poznań

Wybrane dla Ciebie:




Komentarze (1):

Sortuj komentarze:

Od czasów Bretton Woods banki otrzymały do rąk cudowną formułę transmutującą powietrze w złoto , znaną do tej pory jedynie alchemikom i magom .

Zakłada ona, że banki pożyczając pieniądze muszą dysponować jedynie 10% sumy kredytu. Procent ten w ostatnich latach został nawet pomniejszony.

Większość transakcji w bankach na charakter bez gotówkowy. Są to liczby wirtualne przelewane z konta na konto od których banki maja prowizję.

I tak klient banku ubiegający się o pożyczkę w frankach nie dostaje tych pieniędzy do ręki tylko zostają one przelane na konto sprzedającego mieszkanie najchętniej dewelopera , który wybudował budynki z kredytu.
Na dodatek banki owe 10% franków służących jako zabezpieczenie kredytu pożyczały sobie na wzajem. Wytworzył się znany mechanizm oscylatora bankowego, w którym zyski od obrotu wirtualnym pieniądzem rosły nie liniowo a geometrycznie.
Ludzie w bankach za namawianie do kredytów we frankach otrzymywali ekstra prowizję.

Mechanizm ten znany jest od lat. Miał on za zadanie zwolnic państwo z dodrukowywania pieniędzy koniecznych do wzrostu gospodarczego.

Tylko jest jedn,a mała różnica . W bogatych krajach banki dzielą się ryzykiem . Kredytobiorca w każdej sytuacji mógł ogłosić swoja upadłość finansowa i przestać spłacać zaciągnięte kredyty. Po kilku latach karencji miał prawo zaciągnąć kolejny kredyt.
U nas niespłacony kredyt przechodzi na dzieci, wnuczków, zniewalając po wsze czasy.

Komentarz został ukrytyrozwiń

Jeśli chcesz dodawać komentarze, musisz się zalogować.

Najpopularniejsze

Copyright 2016 Wiadomosci24.pl

Korzystamy z cookies i local storage.

Bez zmiany ustawień pliki są zapisywane na urządzeniu. Więcej przeczytasz tutaj.