Facebook Google+ Twitter

Dlaczego zostałem dziennikarzem? – rozmowa z prof. Bartoszewskim

  • Źródło: Dziennik Zachodni
  • Data dodania: 2006-11-24 08:04

Napisałem sporo rzeczy lepszych i gorszych, ale źródłem prawdziwej satysfakcji jest dla mnie, że nie muszę się niczego, co napisałem, wstydzić, albo marzyć, aby zapadło się pod ziemię.

Fot. Olgierd GórnyDziennik Zachodni: Panie profesorze, czy mogę do pana zwracać się panie redaktorze?
Władysław Bartoszewski: Może pan, aczkolwiek jest to w tej chwili ponadformalny tytuł. Jestem członkiem zespołu "Tygodnika Powszechnego", a ponieważ moje nazwisko zaczyna się na "B", to nawet w stopce jestem w dobrym miejscu.

Zatem, panie redaktorze...
—...ale nie biorę udziału w redagowaniu pisma już od dość dawna.

Był to jednak pana pierwotny zawód. Fascynuje mnie pana wczesna działalność dziennikarska.
—No tak, to był zawód, który wykonywałem i z którego żyłem. Ale na dobrą sprawę przestałem go wykonywać wraz z początkiem stanu wojennego. To znaczy z chwilą internowania. Akurat 25-lecie tamtego wydarzenia teraz nadchodzi. Ech, pamiętam to internowanie - siedziałem wtedy z ludźmi ze Śląska, m.in. z Walerianem Pańką. Zatem po internowaniu do prasy w zasadzie już nie wróciłem. Pisywałem do różnych pism, ale w żadnej mierze nie było to źródłem mojego zarobkowania.

Dziś, gdy rozmawiamy sobie spokojnie, trudno wyobrazić mi sobie pracę dziennikarza np. w 1942 roku. A wtedy był pan sekretarzem miesięcznika "Prawda". Albo potem - gdy redagował pan organ AK "Biuletyn Informacyjny".
—Pracowałem w prasie tajnej. Wtedy nie było żadnego dziennikarza w takim sensie, w jakim rozumiemy ten zawód dzisiaj. Jak ktoś pisał do prasy tajnej, a pisało wiele osób o różnych zawodach - byli nauczyciele, politycy, radni miejscy, działacze organizacji społecznych, harcerze - to mógł być uważany za dziennikarza. Prawda jest taka, że pisali ci, którzy po prostu umieli pisać. Ja zacząłem moją pracę piórem w katolickim środowisku skupionym wokół znanej bardzo w bielsko-bialskim regionie Zofii Kossak. Przyznam zresztą, że - poza książkami Gustawa Morcinka, które czytałem będąc uczniem gimnazjum - całe moje wiadomości o Śląsku czerpałem właśnie z tego środowiska. Tak czy inaczej spotykałem na swojej drodze wiele osób związanych ze środowiskiem dziennikarskim.

I to dzięki ludziom, którzy byli obok, postanowił pan być dziennikarzem?
—Przyznaję, że moim zamiarem przedwojennym było uprawianie dziennikarstwa. Mówiłem o tym mojej rodzinie, chciałem studiować coś z humanistyki i szkołę dziennikarską. Ironia losu sprawiła, że ze szkołą dziennikarską zetknąłem się w specyficzny sposób. Moim szefem mianowicie w Mikojałczykowskiej "Gazecie Ludowej" był Witold Giełżyński, który przed wojną był jakiś czas rektorem Wyższej Szkoły Dziennikarskiej (to był ojciec znanego dziś powszechnie Wojciecha Giełżyńskiego).

A jak ważna była wtedy - w czasie wojny - praca dziennikarza? Informacja?
—Niezależnie od mojego poczucia wagi pracy, którą wykonywałem - a każdy człowiek, a już na pewno młody mężczyzna zawsze bardzo chce być motywowany w sposób sensowny - z pewnością prasa odgrywała wtedy ważną rolę. Jednak gdy porównamy sytuację Polaków na Wschodzie, sytuację Polaków w Reichu, to tylko w Generalnym Gubernatorstwie sieć tajnej prasy była tak bardzo rozbudowana. Mówię to nie tylko na podstawie własnych obserwacji, ale na podstawie później uzyskanych wiadomości od ludzi z innych terenów.

W GG istniały w miarę sprzyjające warunki do rozwoju prasy. Nasycenie elementem wrogim było tam dużo mniejsze niż gdzie indziej - Niemcy stanowili np. w Warszawie (nie mówię o garnizonach wojskowych) grupę liczącą 20 tysięcy, a całe miasto miało nawet milion mieszkańców. Zatem sytuacja prasy rzeczywiście nie była taka zła. W praktyce więc Polacy, którym los dał przeżywanie wojny w GG, wiedzieli dużo więcej o tym, co się działo na świecie, niż Polacy żyjący w Katowicach, Poznaniu, Łodzi czy Bydgoszczy. Około połowy znanych tytułów prasy tajnej - 600-700 - ukazywało się w stolicy i regionie warszawskim.

Bo jak rozumiem, tam też można było łatwiej uzyskać informacje.
—Tak, tu były centrale przeróżnych organizacji, tutaj też skupiały się źródła uzyskiwania informacji. Prasa, która wychodziła w GG, była niewątpliwie bardzo warszawocentryczna. Źródła informacji prowadziły przez centralne kanały kontaktów z rządem polskim i dowództwem za granicą.

W swoim blogu napisał pan: "Napisałem sporo rzeczy lepszych i gorszych, ale źródłem prawdziwej satysfakcji jest dla mnie, że nie muszę się niczego, co napisałem, wstydzić, albo marzyć, aby zapadło się pod ziemię". Nie wiem, ilu wspaniałych dziennikarzy stać na takie wyznanie.
—Mimo to myślę, że w pańskim pokoleniu takie wyznanie nie jest wielką sztuką. Ale w moim pokoleniu, które weszło w życie zawodowe w warunkach ograniczenia swobód, cenzury państwowej, układów redakcyjnych, biura prasy Komitetu Centralnego PZPR i innych instancji tego typu, to wyznanie rzeczywiście wydawać się może niezwykłe.

Jak pan tego dokonał?
—Miałem trochę szczęścia. Powiem przewrotnie: najbardziej pomogło mi, że prawie cały stalinizm przesiedziałem. Bo ja wyszedłem z kryminału dopiero po śmierci Berii. Czyli w warunkach, kiedy zaczęło się przecierać na nieboskłonie. A będąc w więzieniu, miałem wybór tylko taki: albo być przyzwoitym, normalnym więźniem politycznym, albo być świnią. Albo byłem z "nami" albo z "tamtymi". Zresztą "oni" sami stworzyli taki system - mordując ludzi, zamykając ich w więzieniach, skazując na śmierć - żeby dla przyzwoitego człowieka nie było innego wyboru. Trzeba było zachowywać się solidarnie. Zatem łatwo było wtedy właściwie wybrać.

Taki trudny czas, a pan mówi: łatwo było.
—Nie wiem w każdym razie, czy zdołałbym zachować to dziewictwo, gdybym był w zawodzie pod codziennym naciskiem ze strony wrogów. A tak? Po prostu nie robiłem świństw i już. I uważam to za całkowicie normalne.

Ale w końcu wyszedł pan z więzienia i trafił w normalne, pełne pułapek, otoczenie.
—Gdy wyszedłem z więzienia, uznano mnie w 1955 roku za niesłusznie skazanego, czyli należałem do tej grupy tzw. pokazowych, których uznano za niesłusznie skazanych. Dano mi możliwość powrotu do pracy w prasie. Ale ja się bałem, że wplątają mnie w jakieś rządowe pismo, w którym będę podlegał wszelkim rygorom. Zgodziłem się na jedno: zaczepiłem się na 3,5 roku w ilustrowanym tygodniku historyczno-architektonicznym pod tytułem "Stolica". W redakcji było 28 osób, z czego członków partii - jeden. Czyli redaktor naczelny, typowy leniwy partyjny, któremu nic się nie chciało robić. Oczywiście, gdy ja zacząłem trochę działać, coś pokrzykiwać, to mnie natychmiast wyrzucili. Potem już nigdy nie pracowałem w mediach politycznych, bo następnym moim prawdziwym szefem był Jerzy Turowicz.

Rozumiem, że w swojej karierze miał pan poczucie represjonowania za słowo. Wrócę tu na chwilę do 15 listopada 1946 roku, gdy aresztowano pana za działalność w PSL-u. Nie bał się pan pisać w "Gazecie Ludowej" - organie PSL-u - szkiców o Polskim Państwie Podziemnym?
—Takie poczucie miałem, oczywiście. Ale w 1946 roku byłem właściwie bardzo zadowolony, że zostałem zatrzymany. Bo zaaresztowano mnie za legalną działalność w legalnym piśmie, które było organem partii urzędującego wicepremiera. Tak naprawdę więc w ten sposób udało się odwrócić uwagę władzy od innych rzeczy, które miałem za uszami. Ale nie byłem ani pierwszym, ani ostatnim czynnym zawodowo dziennikarzem, który został aresztowany. Trzeba pamiętać, że wtedy działałem w partii (PSL-u) w pionie wydziału prasy, jeździłem więc po wsiach i wygłaszałem płomienne mowy. Wołałem do ludzi z odpowiednim naciskiem na pierwsze słowo: "Wszystko, co tu widzicie, zawdzięczacie wyłącznie Związkowi Radzieckiemu!" I tłum wył, czując ironię. Gdy mnie zamknęli, mieli mi to za złe. Pytali: "Jak pan mógł mówić tym tonem?" A ja na to: "Przepraszam, ale nie jestem muzykalny." Dostawałem w mordę, ale od tego się przecież nie umiera.

Podobno nie lubi pan pytania o to, jak być w życiu przyzwoitym. Bo wszyscy o to pana pytają. Dlatego zapytam, jak być przyzwoitym dziennikarzem?
—Myślę, że w warunkach wolnego rynku wykonywanie tego zawodu utrudniają inne niż za moich czasów rzeczy - np. konkurencja. Mnie życie utrudniała szereg lat cenzura, czyli "oni". Naszą ambicją było wtedy przebić się z oryginalniejszym sposobem relacjonowania rzeczywistości. Ale wracając do dzisiejszych czasów: myślę, że zawsze trzeba starać się konkurować z kolegami kwalifikacjami i umiejętnościami. Nie podpierać się dopingiem i nie podkładać nogi.


Prof. Władysław Bartoszewski
ur. 19 lutego 1922 r. w Warszawie, autorytet, mąż stanu, polityk, działacz społeczny, historyk, pisarz, więzień Auschwitz, żołnierz Armii Krajowej, działacz Polskiego Państwa Podziemnego, uczestnik Powstania Warszawskiego, kawaler Orderu Orła Białego. Wiele lat uprawiał dziennikarstwo, redagował tajne pisma w czasie wojny, cały czas czynny zawodowo.

Rozmawiał: Marek Twaróg - Dziennik Zachodni

Wybrane dla Ciebie:




Komentarze (0):

Jeśli chcesz dodawać komentarze, musisz się zalogować.

Najpopularniejsze

Copyright 2016 Wiadomosci24.pl

Korzystamy z cookies i local storage.

Bez zmiany ustawień pliki są zapisywane na urządzeniu. Więcej przeczytasz tutaj.