Facebook Google+ Twitter

- Dobry teatr wzrusza - mówi Aleksandra Ford, dyrektor Teatru Literackiego. Cz.2

Dobry teatr wzrusza, usuwa chaos emocjonalny, porządkuje myśli, odpowiada na pytanie „co jest w życiu najważniejsze?”, „kim jesteśmy?” - mówi Aleksandra Ford podczas naszego spotkania w Teatrze Literackim w Warszawie 10 lutego br.

w swoim żywiole podczas spektaklu "Królewna Śnieżka" / Fot. Jerzy JastrzębskiGrała Pani w wielu filmach, sztukach teatralnych, które z nich uznaje Pani za najważniejsze?
Jeśli chodzi o sztuki teatralne, to czasem jest tak, że bardzo dużo pracy psychologicznej wkłada się w mniejsze zadanie aktorskie, a łatwiej udźwignąć dużą pracę np. główną rolę w spektaklu. Grałam w dwuosobowej sztuce Jacka Janczarskiego „Umrzeć ze śmiechu”, byłam dwie godziny na scenie, miałam fascynujące dialogi i monologi i czułam, że swoją energią unoszą publiczność. Właśnie wtedy pomyślałam, że kocham ten zawód bardziej, niż wszystko inne i warto mu się poświęcić. Ale takie duże zadania aktorskie, mają także swoje cienie.Przez cały dzień myśli się tylko o wieczornym spektaklu i odpowiedzialności jaka ciąży na aktorze. Ta odpowiedzialność sprawia, że nie można się skupić na żadnej innej czynności. Wtedy myśli się czasem, jak długo to jeszcze potrwa? Jak długo będę jeszcze niewolnikiem swojego zawodu? Nasuwa się wtedy wniosek, że aktor jest niezadowolony tylko dwa razy w życiu: Kiedy gra, i kiedy... nie gra.

Z takich dużych ról pamiętam jeszcze realizację „Tabu” Boheńskiego. Musiałam nauczyć się na pamięć całej książki pisanej prozą. Dużym wyzwaniem była też „Śmierć Ofelii” Stanisława Wyspiańskiego. Pamiętam, że był to tak długi tekst do nauczenia się wierszem, iż pewien aktor założył się ze mną, że nigdy tego tekstu nie opanuję na pamięć . Przez cały miesiąc wstawałam o szóstej rano, i uczyłam się dwie godziny dziennie. Po miesiącu mogłam zaprezentować ten tekst publiczności. Właśnie wtedy wiele osób podeszło do mnie i powiedziało, że pokochało poezję.

Diabelsko trudny do nauczenia się i zagrania, był monodram „Kaspar” wg Petera Hantke. Musiałam nauczyć się wielu oderwanych od siebie zdań, jakby dadaistycznie ułożonych, które jako całość ukazywały chaos medialny, który ze wszystkich stron osacza człowieka. Prywatnie byłam zainteresowana ile oderwanych od siebie zdań jest w stanie opanować człowiek. Okazuje się, że dużo. Udało mi się. Ale pamiętam, że najwięcej napiętych emocji, błyskotliwości i inteligencji, kosztowała mnie rola Pani Soerensen w „Niemcach” Leona Kruczkowskiego. Ta kobieta walczyła o życie swojego dziecka z Niemcem i do dzisiaj pamiętam jej cierpienie, z którym się utożsamiałam.

W filmie „Kilka dni na ziemi niczyjej” zagrałam głuchoniemą autochtonkę i musiałam mimiką, gestem i językiem ciała, zagrać zmieniające się uczucia od nienawiści przez nieufność, aż
Aktorka w przerwie miedzy spektaklami / Fot. Jerzy Jastrzębskido miłości. Dużą rolą była rola Marii Berlingowej w „Generale Berlingu”.

Wybrane dla Ciebie:




Komentarze (0):

Jeśli chcesz dodawać komentarze, musisz się zalogować.

Najpopularniejsze

Copyright 2016 Wiadomosci24.pl

Korzystamy z cookies i local storage.

Bez zmiany ustawień pliki są zapisywane na urządzeniu. Więcej przeczytasz tutaj.