Facebook Google+ Twitter

Dobrze, lepiej, Prodigy

Po pięciu latach przerwy legendy brytyjskiego rave'a powracają całkowicie bezboleśnie do swych korzeni z płytą "Invaders must die". Palce lizać.

Prodigy - Invaders Must Die / Fot. Okładka płytyProdigy byli w moim życiu od kiedy pamiętam - od topornych kaset odtwarzanych na psującym się walkmanie po fascynację nośnikiem CD i czystością muzyki jaka dobiegała ze słuchawek. Od kontrowersyjnego "Smack My Bitch Up " aż do "Spitfire", gdy miałem dosyć nowej formuły zespołu i odkurzałem nagrania sprzed lat. Nie dziwi zatem moja emfaza, bo już po usłyszeniu pierwszych paru minut nowego wydawnictwa wiedziałem - wrócili. Ci lepsi, bo brzmiący jak za pierwszych lat działalności.

Liam Howlett, Keith Flint oraz Maxim Reality to trio zapierające dech w piersiach - ktokolwiek znalazł się w wielotysięcznym tłumie tuż przed sceną wie, jak potężną dawkę energii potrafią oni wysłać w ciągu nawet jednej piosenki. Nie ma co ukrywać - to właśnie występy live są ich główną zaletą, doskonale się do nich przygotowują, zarówno od strony muzycznej, jak i... kondycyjnej.

Co zadziwiające - energia ta uzewnętrznia się w takiej samej ilości, a może nawet i większej na "Invaders must die" - krążku który śmiało nazywam następcą "The Fat of the Land" z 1997 roku - amigowo brzmiące akordy przywodzą te najmilsze muzyczne wspomnienia, a mocny rytm przeplata się z doskonale wpasowującymi się wstawkami wokalnymi. Samo ustawienie tracklisty daje dużo do myślenia - słuchacz zaczyna przygodę od piosenki tytułowej, a zaraz po niej Liam funduje nam psychodeliczny odlot na kawałku "Omen". Czy później jest lepiej? Oczywiście! Fani Hitchcocka odnajdą podobieństwa do filozofii mistrza - napięcie wzrasta aż do ostatniego "Stand Up", które w pierwszym momencie zaskakuje odbiorcę, a po chwili pozwala mu się uśmiechnąć i zrozumieć geniusz całej kompozycji.

Po płytę warto sięgnąć nawet nie będąc zaciekłym fanem tej oryginalnej brytyjskiej grupy, bo sprawdza się ona również na każdej większej imprezie jako jeden z pewniaków do rozgrzania tłumu. Warto, bo to Prodigy. Warto, bo wrócili w wielkim stylu.

Tracklista:
The Prodigy member Liam Howlett at SonneMondSterne-Festival Germany - Aug.2005 / Fot. http://www.flickr.com/photos/herrstern/2667324306/sizes/o/
1. Invaders Must Die
2. Omen
3. Thunder
4. Colours
5. Take Me To The Hospital
6. Warrior's Dance
7. Run With The Wolves
8. Omen Reprise
9. World's On Fire
10. Piranha
11. Stand Up

Oficjalna strona zespołu

Wybrane dla Ciebie:




Komentarze (1):

Sortuj komentarze:

mam płytkę! jest czadowska! plusior, że o nich napisałeś! bo warto :)))

Komentarz został ukrytyrozwiń

Jeśli chcesz dodawać komentarze, musisz się zalogować.

Najpopularniejsze

Copyright 2016 Wiadomosci24.pl

Korzystamy z cookies i local storage.

Bez zmiany ustawień pliki są zapisywane na urządzeniu. Więcej przeczytasz tutaj.