Facebook Google+ Twitter

Doctor L.U.C

Na firmamencie rodzimej popkultury pojawił się wyjątkowy artysta. Póki co nie spełnia moich oczekiwań w stu porcentach, jednak dam mu jeszcze jedną szansę udowodnienia, że to właśnie ON...

Kiedy pierwszy raz usłyszałem o pomyśle solowej płyty L.U.C-a, wokalisty wrocławskiego Kanału Audytywnego, pomyślałem sobie, że to musi być to! Pomysł na płytę, idea przyświecająca tekstom, wprawiły mnie w zachwyt. L.U.C postanowił przedstawić historię zagubionego w czasie i przestrzeni przybysza z obcej planety , istoty o pokomplikowanej, płynnej tożsamości, która co rusz musi stawiać czoła rozmaitym, zazwyczaj absurdalnym przeciwnościom losu, wywierającym strukturalne piętno na kruchej psychice bohatera. Jestem zapalonym fanem tego typu opowieści (najpiękniejszym popkulturowym symbolem takiej tematyki jest „Doctor Who”, kultowy serial angielskiej BBC, który od trzech tygodni, dzięki wspaniałomyślności TVP, możemy go oglądać na ekranach naszych telewizorów). Nowoczesne bajki pozwalają znakomicie uchwycić ponowoczesnego ducha, właściwe naszym czasom zagubienie, kulturowy eklektyzm. Wszystkie najważniejsze filozoficzne odkrycia dwudziestego wieku (psychoanaliza, dekonstrukcja, poststrukturalizm) znajdują wyraz w takich, błahych na pierwszy rzut oka, historyjkach. Popkultura jako lustro odbijające nasze największe fascynacje i najgłębsze lęki? Oczywiscie, że tak!...

L.U.C, po wydaniu solowej płyty, postanowił wzbogacić swoje dzieło o wymiar multimedialny. W zeszłym tygodniu we wrocławskim klubie „Firlej” odbyła się premiera spektaklu „Haelucenogenoklektyzm”, który – zgodnie z deklaracją artysty – ma być rozwinięciem pomysłów zawartych na płycie. Miałem przyjemność obejrzenia tego przedstawienia (w rzeczywistości było to dla mnie pierwsze zetknięcie z twórczością L.U.C-a) i muszę przyznać, że odrobinę się zawiodłem.

Rozumiem, że wszelkie „multimedialne” igrediencje są we współczesnej sztuce czymś nieodzownym, jednak należy je – jak wszystko – wykorzystywać w sposób przemyślany. Część wizualizacji zaprezentowanych na „Haelucenogenoklektyzmie” była wspaniała (mówię tu głównie o tych momentach, kiedy artysta, chowając się za ekranem, „przenosił” się do ekranowej rzeczywistości), jednak znalazło się tam również wiele niepotrzebnych śmieci. To mój główny zarzut odnoście twórczości L.U.C-a: brak zdolności selekcji. Pomysłów było wiele, jednak ich natłok odbierał siłę pojedynczym, często genialnym wątkom historii. Wyglądało to tak, jakby artysta zagubił się we własnych pomysłach. Miał opowiadać historię zagubienia, a zagubił się sam, przez co wcale nie zyskał na autentyczności, wręcz przeciwnie.

Inflacja pomysłów, przerost formy – to wszystko irytuje. L.U.C jest artystą niesłychanie zdolnym (fascynująca jest jego zdolność mądrego, a zarazem błyskotliwego rymowania), jednak brakuje mu jeszcze umiejętności trzymania tego wszystkiego w ryzach. Kiedy czyta się powieści Masłowskiej, czuć, że pisarka, pomimo opisywania językowego śmietnika, potrafi trzymać całość mocną ręką. L.U.C wręcz przeciwnie – stwarza jeden świat tylko po to, żeby zaraz go porzucić i przejść do opowiadania całkiem innej historii. Brak linearności nie może być w XXI wieku zarzutem, jednak wszystkie fabularne „skoki” powinny być jakoś strukturalnie umotywowane, a ja miałem wrażenie, że część wątków „Haelucenogenoklektyzmu” inspirowana była jedynie chęcią wykonania jakiegoś efekciarskiego gagu. Właśnie efekciarstwo było największą zmorą spektaklu. Szkoda, bo tematyka przebogata i można ją było wyeksploatować w sposób bardziej przemyślany. Niestety: np. wspaniała, niezwykle inspirująca figura „wyludnionego miasta” została szybko porzucona tylko po to, aby L.U.C mógł śmiesznie przetworzonym głosem kosmity odczytać fragmenty książki dla działkowców. Śmieszne? Raczej nie.

Widać, że L.U.C ma poważne, „artystowskie” aspiracje. Nie wystarczy jednak „wystawić spektakl” (och jak to szumnie brzmi!), by stać się pełnowartościowym artystą. Wydaje się, że raper miota się pomiędzy popkulturą a „sztuką właściwą” (to odrobinę drażni, podobnie, jak drażnią w jego tekstach te wszystkie „trudne słowa”, które – jak sądzę – mają przekonać odbiorcę o wyjątkowej inteligencji twórcy). Widać, że L.U.C umie się miotać, widać (i słychać), że ma mnóstwo świetnych pomysłów, jednak nie wie jak mądrze połączyć je w przekonujące, jednolite dzieło. Mimo wszystko należy docenić jego samozaparcie, niewątpliwy talent, olbrzymi wkład pracy (wykonanej z pomocą przyjaciół). „Pierwsze koty za płoty” – jak mówią...

Trzymam kciuki za L.U.C-a, mam nadzieję, że nie ustanie w poszukiwaniach i stworzy coś kompletnego, przekonującego. Należy mu się to. Podjął bardzo ciekawą, nieobecną na polskim gruncie tematykę – już za to należy mu się hymn pochwalny. Być może przy kolejnej produkcji nie będzie się już tak spieszył i zrobi coś, co przyniesie mu należną chwałę i sławę. Życzę mu tego z całego serca.


Wybrane dla Ciebie:




Komentarze (0):

Jeśli chcesz dodawać komentarze, musisz się zalogować.

Najpopularniejsze

Copyright 2017 Wiadomosci24.pl

Korzystamy z cookies i local storage.

Bez zmiany ustawień pliki są zapisywane na urządzeniu. Więcej przeczytasz tutaj.