Facebook Google+ Twitter

Druga dekada Open'era otwarta!

Cztery dni Openera w nowej dekadzie jego istnienia przebiegły w ramach znanego już scenariusza: hektolitry deszczu, brodzenie w błocie, fantastyczna festiwalowa atmosfera, dobra muzyka i... kilka artystycznych innowacji wysokiej jakości.

11. rok swojej pracy organizatorzy Open'era świętowali w nieco odświeżonej i bogatszej formule, która, jeśli zdoła się utrzymać, ma szansę poprawić jeszcze notowania imprezy i przyciągnąć nową publiczność. Strzałem w dziesiątkę okazały się spektakle "Aniołów w Ameryce" - przez cztery dni festiwalu od godz. 12 przez 6 godzin odbywały się spektakle, na które niezwykle trudno było się dostać (nie miałam tego szczęścia), które zebrały entuzjastyczne recenzje. Podobnie wypełnione były przestrzenie drugiego teatru, w którym rozgrywała się nowoczesna sztuka "Before Your Eyes", równie pochlebnie oceniana przez tych, którzy dotarli i zobaczyli na własne oczy. Publiczność dostała bogatą ofertę - poza teatrami, jak co roku zbudowano kameralne kino ze świeżymi dokumentami. Swoje ubrania pokazywali również młodzi projektanci, a w jednym z hangarów, zamiast nieodłącznych DJów, stworzono przenośną wersję Muzeum Sztuki Nowoczesnej z bardzo ciekawą wystawą, traktującą w różny sposób o muzyce. Ci więc, którzy nie lubią brodzenia w błocie i festiwalowych ulew, mieli się gdzie schronić i czym karmić zmysły przez te cztery dni.

Dla wytrwałych przygotowano jednak niezły zestaw muzyczny. Dzisiaj napiszę o tych, którzy zrobili na mnie największe wrażenie, dzień po dniu:

Bon Iver w czasie koncertu na Open'erze. / Fot. Piotr Skrzypek/W241. Bon Iver - oczywistością było, że świeżo upieczeni zdobywcy nagrody Grammy wzbudzą ogromne zainteresowanie wśród publiczności swoim i tak za późnym przyjazdem do Polski. Zajęło im to zdecydowanie o kilka lat za długo, niemniej jednak warto było czekać na tak piękny występ: w organicznie zaaranżowanej przestrzeni, na tle płóciennych girland i z efektownym, minimalistycznym oświetleniem zielonych lamp tranzystorowych. Naturalizm muzyki łączył się idealnie z dekoracją, powstała nowa rzeczywistość, nowa jakość na scenie: muzycy z lekkością improwizowali, przeformułowywali kompozycję, nadając im jeszcze bardziej efemeryczną i delikatną formę, niż tę znaną z płyt. Fenomenalnie wypadł też kontrast tych niebywale subtelnych i misternych, utkanych z wielu drobnych elementów kompozycji, ze sporadycznymi crescendami, z wybuchami lekko jazzujących improwizacji, eksploatujących bogate instrumentarium zespołu i jego potencjał wokalny (tyle świetnych falsetów w jednym zespole!). Bon Iver uczynili chłodny wieczór niezwykle przyjemnym doznaniem (w końcu to zespół na dobrą zimę), dowodząc swojej wielkości i przybijając pieczęć na prestiżu. Cała lista była wybrana i zagrana przecudnie, ale najbardziej emocjonującym i przyprawiającym o dreszcze momentem było odegranie z rosnącym napięciem "The Wolves" z pomocą publiczności - skończone kakofonią wokali i dźwięków, hałaśliwie i dramatycznie, przepięknie po prostu.

Wybrane dla Ciebie:




Komentarze (0):

Jeśli chcesz dodawać komentarze, musisz się zalogować.

Najpopularniejsze

Copyright 2017 Wiadomosci24.pl

Korzystamy z cookies i local storage.

Bez zmiany ustawień pliki są zapisywane na urządzeniu. Więcej przeczytasz tutaj.