Facebook Google+ Twitter

Pozycja materiału w rankingach:

46174 miejsce

Drugie oblicze mistrza - Glass kameralnie

Glass i jego zespół kameralny pokazali widowni w Lublinie, co znaczy prawdziwy geniusz w muzyce.

 / Fot. Wojciech Kornet, materiały organizatoraTrudno sobie teraz wyobrazić, jak odebrany zostałby środowy koncert Philipa Glassa, gdyby nie było pierwszej, wtorkowej części. I odwrotnie. Jedna decyzja o dwudniowym występie wpłynęła na percepcję, ocenę artysty i emocje - przynajmniej moje, a myślę, że i większości publiczności. Gdyby nie Retrospektywa, nie byłoby punktu odniesienia dla koncertu kameralnego, gdyby nie koncert kameralny, pozostałoby dość jednolite wrażenie o jego muzyce. Retrospektywa była strukturalna, dynamiczna i pulsująca - koncert Kameralny był, co zrozumiałe, wyciszony, kontemplacyjny, liryczny i minimalistyczny. Mistrzowskie akordy, tworzące ściany dźwięków na pierwszym koncercie, zastąpiła stonowana paleta pojedynczych dźwięków, grających na najgłębszych emocjach publiczności. Pierwszy koncert odwołał się do naszych zmysłów, drugi sięgnął głębiej, do serc i dusz.

 / Fot. Wojciech Kornet, materiały organizatoraNa Metamorfozy z albumu "Solo Piano" czekałam najbardziej - co najlepsze, zabrzmiały dwie najlepsze, połączone właściwie w jedną całość - "Metamorphosis II" i "Metamorphosis IV". Czarny fortepian wydał z siebie cudowne, kojące dźwięki, choć miałam wrażenie, że momentami Glass nie trafiał, całość była pięknym otwarciem.

Później nastąpił długi koncert Wendy Sutter, znakomicie wyglądającej w szmaragdowej sukni do ziemi i z błyszczącym na palcu złotym pierścionkiem. Przez ponad dwadzieścia pięć minut, z krótkimi przerwami, zagrała raz niepokojące, raz tęskne melodie - dokładnie siedem songów z płyty "Songs and Poems for Cello", które napisał dla niej Glass.

Pierwszą część, nie oddzielaną co prawda przerwą, ale wyodrębniającą się z całości, zakończyły "Tissues" z filmu "Naqoyqatsi", grane w zmiennych konfiguracjach przez całą trójkę - brzmiały fortepian, wiolonczela Wendy Sutter, a Mick Rossi zmieniał instrumenty co chwila, grał na bębenkach, gongu, marimbie, dzwonach rurowych, grzechotkach... Glass z Rossim przędli rytm, na którym Wendy rozwijała swoje niespokojne harmonie.

Wybrane dla Ciebie:




Komentarze (0):

Dziękujemy za Twoją aktywność w serwisie wiadomosci24. Do zobaczenia niebawem w innym miejscu.

Copyright 2017 Wiadomosci24.pl
#PRZEPROWADZKA: Dowiedz się więcej

Korzystamy z cookies i local storage.

Bez zmiany ustawień pliki są zapisywane na urządzeniu. Więcej przeczytasz tutaj.