Facebook Google+ Twitter

Dwa oblicza Khmerów

Zachód usłyszał o Khmerach, kiedy w połowie XIX wieku francuski odkrywca Henri Mouhot wydał książkę o swoich podróżach w Indochinach. Opisał w niej kompleks świątyń, na który natknął się w środku dżungli na północ od jeziora Tonle Sap.

Angkor Wat / Fot. Łukasz MuziolMouhouta szczególnie zafascynowała olbrzymia budowla, którą określił jako wspanialszą niż wszystko, co Europie zostawili Rzymianie i Grecy. Angkor Wat, centralna świątynia królestwa Khmerów. Kiedy dotarł do Angkor, potężne niegdyś królestwo dawno już nie istniało. Świątynie były w katastrofalnym stanie, niektóre z nich kompletnie zarośnięte przez niszczycielską dżunglę, zaś inne - mimo opieki lokalnych buddyjskich mnichów - w każdej chwili groziły zawaleniem. Francuzi niemal natychmiast zorganizowali kilka ekspedycji archeologicznych, które przeprowadziły pierwsze prace odkrywczo-konserwacyjne. Okazało się wtedy, że na przestrzeni kilkuset kilometrów kwadratowych kiedyś znajdowało się ponad tysiąc świątyń.

Największe królestwo średniowiecznych Indochin

Dziś Angkor to symbol wspaniałej historii Khmerów i największa atrakcja turystyczna Kambodży. Setki tysięcy turystów rocznie przybywa do pobliskiego miasteczka Siem Reap, by każdego świtu setkami tuk-tuków wyruszać w kierunku świątyń. Na szczęście rozmiary kompleksu sprawiają, że - poza najpopularniejszymi miejscami - nie jest tłoczno. Nawet w obleganym Angkor Wat jest wiele zacisznych zaułków, gdzie chroniąc się w cieniu przed morderczym upałem i klikaniem aparatów japońskich turystów, można wyobrazić sobie, jak wyglądało to miejsce w czasach swojej świetności.

Bayon / Fot. Łukasz MuziołTo stąd od XII wieku królowie Khmerów zarządzali swoimi ziemiami rozciągającym się na terytorium dzisiejszej Tajlandii, Kambodży i południowej Birmy. Siedząc na podwyższonym tronie w centralnej komnacie przyjmowali ambasadorów sąsiadujących królestw, w tym potężnego imperium chińskiego, z którym dbali o jak najlepsze stosunki. Chiński dyplomata Zhou Daguan był pod tak wielkim wrażeniem splendoru siedziby Khmerów, że po powrocie przedstawił cesarzowi zachowany do dziś szczegółowy opis życia w Angkor. Słynny jest jego literacki opis wielkiej parady, podczas której za setkami młodych kobiet i rzędami złotych karet, stojąc na okrytym złotem słoniu podążał król Indravarman III ze świętym mieczem w dłoni.

Wiodącym od głównej bramy w stronę budynku świątyni kilkusetmetrowym kamiennym traktem kiedyś spokojnie spacerowali mnisi różnych wyznań. Podczas, gdy Europa tonęła
w mrokach wczesnego średniowiecza, targana krwawymi wyprawami krzyżowymi, tu panowała pełna wolność religijna. Władcy naprzemiennie wyznawali hinduizm i różne odmiany buddyzmu, co doskonale widać w architekturze świątyń. Angkor Wat, dedykowana bogowi Wisznu, przedstawia Mount Meru - hinduską siedzibę bogów, natomiast zbudowaną później świątynię Bayon wieńczą 54 wieże z wyrzeźbionymi z czterech stron twarzami Buddy. Razem 216 twarzy, z których każda ma inną minę i zdaje się bacznie obserwować spacerujących pośród nich turystów.

Ta Phrom / Fot. Łukasz MuziołZ kolei wizyta w ruinach świątyni Ta Phrom zmusza do refleksji nad zagadkowym upadkiem królestwa. Już od XIV wieku Angkor był nękany przez wojowniczych Tajów. Po ich najeździe w 1431 roku, w czasie którego splądrowane zostały królewskie pałace i świątynie, Khmerowie postanowili opuścić te ziemie i przenieść się na południe, do doliny rzeki Mekong. W nowym miejscu ich królestwo nigdy nie odzyskało dawnej świetności, a większość pozostawionych świątyń z czasem zamieniła się w ruiny i zarosła tropikalnym lasem. Ta Phrom, po "odkryciu" przez Francuzów, pozostawiono nietknięte jako świadectwo niszczycielskiej siły dżungli. Na grubych murach świątyni rosną potężne drzewa, których korzenie wiją się po ścianach oplatając budynek w morderczym uścisku. Wszelkie dziury i pęknięcia przesłonięte są gęstymi pajęczynami, a przed zachodem słońca często można dostrzec przemykające po rumowisku węże.

Zbrodnie w imię ideologii

Zwiedzając Angkor Wat nie sposób nie zauważyć, że prawie wszystkie kamienne posągi bogów są pozbawione głów. To ślad lat siedemdziesiątych XX wieku, kiedy na świecie po raz kolejny zrobiło się głośno o Khmerach - tym razem Czerwonych. Ci radykalni komuniści byli z zasady wrogami wszelkich religii, więc po zdobyciu władzy nakazali natychmiastową dekapitację posągów w świątyniach.

Cele w Tuol Sleng / Fot. Łukasz MuziołNajwięcej pozostałości po tym tragicznym w skutkach okresie jest w stolicy Kambodży, Phnom Pehn. To miasto najdłużej opierało się ofensywie komunistycznej partyzantki, a jego upadek 17 kwietnia 1975 roku przyjmuje się za początek czteroletnich rządów Czerwonych Khmerów. Phnom Pehn w momencie kapitulacji liczyło 2,5 miliona mieszkańców, z których większość dotarła tu uciekając przed walkami. Ludzie ci zostali uznani przez nowy reżim za wrogów, obywateli drugiej kategorii. Nazwano ich Nowymi Ludźmi. Natychmiast rozpoczęto ewakuację miasta i bezlitosną "reedukację" - wszystkich mieszkańców wysłano do kołchozów, gdzie katorżniczo pracowali realizując maoistyczną ideę rolniczego proletariatu.

Tuol Sleng to kilka prostych trzypiętrowych budynków w centrum miasta mieszczących dziś muzeum ludobójstwa. W tym miejscu Czerwoni Khmerzy stworzyli więzienie polityczne S-21, do którego trafiło niemal dwadzieścia tysięcy "wrogów ludu". Przeżyła garstka - około dwunastu osób. Wysokie palmy rosnące na dziedzińcu były świadkami jednych z najokropniejszych zbrodni w historii ludzkości, wymyślnych tortur, morderstw i doszczętnego upodlenia osadzonych. Więźniowie spędzali tu zwykle 2-3 miesiące, w trakcie których przyznawali się do dywersji i szpiegostwa na rzecz obcych wywiadów, za co czekała ich kara śmierci.

Czaszki znalezione na Polach Śmierci / Fot. Łukasz MuziołW muzeum wciąż znajdują się jednoosobowe cele, o powierzchni dwóch metrów kwadratowych, w których więźniowie spędzali tygodnie pomiędzy przesłuchaniami, przykuci do podłogi lub ściany. Na ścianach wiszą setki portretów robionych każdemu nowemu osadzonemu - w oczach tych, w większości niewinnych, ludzi widać paniczny strach. W jednym z pomieszczeń znajduje się mapa, na której Kambodża wyłożona jest ludzkimi czaszkami, a Mekong i jezioro Tonle Sap są krwistoczerwone. Można przeczytać wspomnienia strażników, również poniekąd więźniów tego szaleństwa - gdyby którykolwiek nie okazywał wystarczająco dużo zapału w znęcaniu się, to następnego dnia sam mógłby znaleźć się w celi. Można zapoznać się ze złożonymi pod wpływem tortur zeznaniami. Jedno z nich kończy się słowami: "nie jestem istotą ludzką, jestem zwierzęciem".

Kres zbrodniom położyła inwazja armii wietnamskiej w 1979 roku. Jednak Czerwoni Khmerzy nie zniknęli - wrócili do swojej dawnej partyzanckiej taktyki i do połowy lat dziewięćdziesiątych nękali kraj atakami z baz w dżungli na granicy z Tajlandią. Wycofując się zaminowali olbrzymie połacie kraju, żeby uniemożliwić ludziom bezpieczne poruszanie się i pracę na roli. Według różnych szacunków ich rządy pozbawiły życia od miliona do trzech milionów Khmerów.

Jakie będzie trzecie wcielenie?

Kiedy w 1998 roku media obiegły zdjęcia Pol Pota - Brata Numer Jeden okrutnego reżimu - spokojnie umierającego w obozie partyzantów, wydawało się, że za popełnione zbrodnie nikt nie poniesie odpowiedzialności. Dekadę później, właśnie rozpoczyna się proces pozostałych przywódców Czerwonych Khmerów, co daje nadzieję na sprawiedliwość dla ofiar i ich rodzin.

Poipet - granica z Tajlandią / Fot. Łukasz MuziołKambodża, choć od dziesięciu lat panuje tu pokój, wciąż boryka się z poważnymi problemami. Bieda jest miejscami przerażająca - szczególnie na prowincji, ale i w Phnom Pehn, gdzie tuż pod murem ociekającego złotem Pałacu Królewskiego żebrzą wyniszczeni chorobami ludzie, często bez dolnych kończyn. W niektórych rejonach kraju wciąż trwa rozminowywanie, a każdego miesiąca kilkadziesiąt osób - głównie rolników adaptujących nowe pola ryżowe - ginie, bądź zostaje kalekami. Wciąż sporo jest nielegalnej broni. Kierowcy wiozący turystów do masowych grobów na słynnych Polach Śmierci potrafią zaproponować, za jedyne 30 dolarów, rozrywkę w postaci strzelania z kałasznikowa.

Wielką szansą na pokonanie tych trudności jest rozwijająca się w olbrzymim tempie turystyka. Wydaje się, że Khmerzy są zdeterminowani, by tym razem świat usłyszał o nich jako o gospodarzach jednego z najbardziej fascynujących krajów w Azji. Mają ku temu wszelkie predyspozycje - historyczne świątynie, orientalno-kolonialne miasta, plaże mogące równać się z tajskimi, gościnność, otwartość i szerokie uśmiechy.

W oczekiwaniu na aluminiowe puszki po napojach turystów / Fot. Łukasz MuziołDodatkowo są wyjątkowo przedsiębiorczy, na co dowodem niech będzie poniższa konwersacja odbyta z - na oko ośmioletnią - dziewczynką w Siem Reap, która doskonałym angielskim oferowała na sprzedaż małe mosiężne słoniki:



- Skąd jesteście?

- Z Polski.

- Kupisz słonika, jak powiem co jest stolicą Polski?

- Niech będzie.

- Warszawa.

- Świetnie!

- Jak kupisz dwa, to powiem co jest stolicą Madagaskaru!

Wybrane dla Ciebie:




Komentarze (12):

Sortuj komentarze:

qxzbjg
  • qxzbjg
  • 13.07.2011 14:35

BdnG3a <a href="http://icygkbzkdhwf.com/">icygkbzkdhwf</a>, [url=http://koaleduljskl.com/]koaleduljskl[/url], [link=http://rddgyicdbrgq.com/]rddgyicdbrgq[/link], http://qfbxydjtfbyj.com/

Komentarz został ukrytyrozwiń

Świetny tekst! Gratulacje!

Komentarz został ukrytyrozwiń

super Łukasz. Ja też czekam na artykuł Beaty :)

Komentarz został ukrytyrozwiń

Dzięki wszystkim za komplementa :)

Beato, mam nadzieję, że dalej szykujesz - o Indochinach można pisać bez końca. Ciekaw jestem, co się zmieniło od 2005 roku, szczególnie czy przejechanie 150km "national highway" numer 6 z poipet do siem reap dalej zajmuje 10 godzin (i to bynajmniej nie z powodu korków). Czekam na Twój artykuł :))

Komentarz został ukrytyrozwiń

+

kurcze

super tekst.

Komentarz został ukrytyrozwiń

"+" - za ciekawy i dobrze napisany tekst!

Komentarz został ukrytyrozwiń

kolejny interesujący temat dobrze przez Ciebie opisany (+)

Komentarz został ukrytyrozwiń

(+) Bardzo ciekawy tekst. Swoją drogą z tym kompleksem świątyń wiążą się ciekawe historie. Ponoć pewien szanowany francuski minister kultury został kiedyś przyłapany na próbie wywiezienia rzeźb odłupanych z jednej z tych świątyń. Niestety nie pamiętam szczegółów, tę historię opisywano chyba na Discovery.

Komentarz został ukrytyrozwiń

+ Dobre!

Komentarz został ukrytyrozwiń

świetny, interesujący tekst, duży plus

Komentarz został ukrytyrozwiń

Jeśli chcesz dodawać komentarze, musisz się zalogować.

Najpopularniejsze

Copyright 2017 Wiadomosci24.pl

Korzystamy z cookies i local storage.

Bez zmiany ustawień pliki są zapisywane na urządzeniu. Więcej przeczytasz tutaj.