Facebook Google+ Twitter

Dwie Toski. Śląska i paryska

  • Autor usunął profil

  • Data dodania: 2012-12-13 15:14

Tak się złożyło, że w krótkim odstępie czasu miałem okazję zobaczyć dwie realizacje „Toski”. Pierwsza z nich była premierowym przedstawieniem w Operze Śląskiej, druga była 97. z kolei przedstawieniem w Opéra Bastille w Paryżu.

Baron Scarpia - Adam Woźniak i Floria Tosca - Ewa Vesin / Fot. Karol FatygaPonieważ taki zestaw zdarzyło mi się dobrać po raz pierwszy, byłem niezwykle ciekawy jak wypadną oba przedstawienia w konfrontacji.

Pierwsze przedstawienie bytomskie było przedstawieniem premierowym. W obsadzie znalazła się Ewa Vesin jako Tosca, rolę Scarpii śpiewał Adam Woźniak, a w malarza Cavaradossiego wcielił się Maciej Komandera. Spektakl do czasu pojawienia się barona Scarpii na scenie sprawiał wrażenie przedstawienia bez nerwu dramatycznego. Przyczyną tego był, jak się wydaje, malarz Cavaradossi, który sprawiał wrażenie spiętego, zestresowanego. Być może dlatego jego głos, w którym powinno się usłyszeć żarliwość, pasję, ale również w pierwszym akcie żart, był mało wyrazisty. Śpiewak obdarzony odpowiednią do tej roli urodą, tego wieczoru wokalnie był nieprzekonujący.

Przeciwieństwem była Ewa Vesin jako Toska. Pięknie śpiewająca, znakomicie odgrywająca swoją rolę, w której byłaby idealna, gdyby nie... fryzura. Krótka fryzura, nieco stylizowana na lata 80., nie pasowała do tradycyjnej, choć oszczędnej, inscenizacji. Był to jedyny drobny mankament związany z rolą Toski. Poza tym Ewa Vesin była znakomita. Zarówno dramatycznie, jak i wokalnie, zaprezentowała absolutnie wysoki poziom. To jej rola wraz z rolą Adama Woźniaka – Scarpii były osią dramatu, który rozgrywał się na bytomskiej scenie.

Spektakl, ilekroć na scenie pojawiali się Vesin i Woźniak, był elektryzujący i porywający. Oboje artyści potrafili stworzyć widowisko pełne napięcia, które kreowali aktorska grą i znakomitym śpiewem. Wiele scen dzięki nim było wyjątkowych jak finałowe Te Deum z pierwszego aktu, aria Vissi d'arte, Vissi d'amore, która nie tylko była rewelacyjnie zaśpiewana, ale też znakomicie zagrana przez Ewę Vesin i Adama Woźniaka. Ten ostatni całą arię przeczekał w zamyśleniu, przy oknie w głębi sceny, aby na koniec z kpiącym uśmiechem podejść do Toski i bić jej brawo. Wspaniała gra Ewy Vesin i Adama Woźniaka sprawiła, że przy przeciętnym wykonaniu partii Caravadossiego zaburzyła się konstrukcja dramatyczna przedstawienia. Dramat „Tosca” tworzą przecież kreacje trzech bohaterów, dlatego śmierć Scarpii w drugim akcie spowodowała spowolnienie tempa i osłabnięcie napięcia narracji dramatu. Było to na swój sposób ciekawe, że choć na scenie rozgrywały się nadal dramatyczne wydarzenia, to emocje wyraźnie opadły i nie osiągnęły już poziomu z dwóch pierwszych aktów.

Przedstawienie paryskie w tym sensie było pełne, z równo rozłożonym napięciem i akcentami pomiędzy trzema osobami dramatu. Niewątpliwie paryska obsada (Floria Tosca – Martina Serafin, Mario Cavaradossi – Marco Berti, Scarpia – Sergiej Murzajew) wokalnie była bez zarzutu, choć moim zdaniem, rola Scarpii była dużo słabsza dramatycznie od bytomskiej, a Toska w wykonaniu Martiny Serafin była wokalnie słabsza od wykonania Ewy Vesin. Brakło jej przede wszystkim pięknych wybrzmień głosu Ewy Vesin z arii Vissi d'arte, ładnego frazowania. Scarpia paryski, dla mnie był nieporozumieniem interpretacyjnym. Pojawił się na scenie z różą i może dlatego bardziej sprawiał wrażenie „zakochanego Scarpii”, niż cynicznego gracza i manipulatora, który te same metody stosuje do zwalczania wrogów politycznych, jak i do zdobywania kobiet.

Siergiejowi Murzajewowi brakło wyraźnie charyzmy, albo padł ofiarą błędu interpretacyjnego reżysera (Wernera Schroetera), który postać barona zmiękczył i pozbawił naturalnej siły dramatycznej. Bo jak można było taką stworzyć poganiając Sbiri machaniem róży! Bytomski Scarpia, zwalisty, łysy, z prostą laską w ręce, był o niebo bardziej przekonujący w cynicznym wyrachowaniu. Zwłaszcza, kiedy śpiewał Va Tosca, w crescendo oddając miotające nim uczucia, jak i gęstniejącą intrygę!

Paryski Cavaradossi to z kolei zupełnie inne wykonawstwo niż w Operze Śląskiej. Dzięki Marco Berti można było usłyszeć jak powinna brzmieć ta rola! Głos był dźwięczny, „soczysty”, pięknie niósł się po niemałej przecież scenie. Z drugiej strony Marco Berti prezentował brzuch wielkości plażowej piłki, co w znacznym stopniu zmniejszało jego siłę przekonywania jako amanta. Jeśli szukać wykonawczego ideału, to wydaje się, że opera odeszła już dawno tylko od śpiewania i elementy teatralne czy dramatyczne są w niej także ważne, może nie na równi ze śpiewem, ale jednak! Przedstawienie paryskie dzięki równemu poziomowi wokalnemu dramatis personae było spójne dramatycznie. Z bytomskiego dwie trzecie były bardzo dobre, momentami świetne, a jedna trzecia nijaka. Trudno ocenić co piękniejsze wokalnie – wyjątkowe chwile czy całość na równym, ale wysokim przecież poziomie. Inną trzeba by dać ocenę śpiewaków, a inną spektaklu jako całości.

Wybrane dla Ciebie:




Komentarze (0):

Jeśli chcesz dodawać komentarze, musisz się zalogować.

Najpopularniejsze

Copyright 2016 Wiadomosci24.pl

Korzystamy z cookies i local storage.

Bez zmiany ustawień pliki są zapisywane na urządzeniu. Więcej przeczytasz tutaj.