Facebook Google+ Twitter

Dywagacje niepoważne czyli " leeeć, pośle - leeeeć"

Ponieważ nie przysłano mi w terminie badań amerykańskich uczonych na temat zależności między podróżami posłów a bogatą kasą biednych wyborców, postanowiłam zasygnalizować temat podróży w sposób bardziej ogólny.

Bez niczyjej pomocy przypomnieć jestem w stanie kilku wielkich polskich wędrowców. I tak: Centkiewicz niejaki szwendał się długo przed Kamińskim po zamarzniętych rejonach globu, Fiedler dla odmiany żywicę z zamiłowaniem w Kanadzie wąchał, Mickiewicz zaś błądził po akermańskich stepach opiewając je później udatnie w sonetach.

Ostatnio czerpiemy barwne opowieści o świecie z wynurzeń niejakiej blondynki w Radiu Zet. Oraz Martyny, która łazi gdzie sponsor zafunduje. A również następcy Halika który, przemierzając świat boso, kaktusy i skorpiony lekce sobie waży.

Wszystko to raczej typowe, wręcz banalne.

Mamy jednak mało znaną, lecz dość liczną grupę ludzi, których pędzi w świat po prostu obowiązek. Nie żadna tam chęć wsadzania nosa, gdzie jeszcze nikt swojego nie wsadził. I nie po to, aby potem plotkować o tubylczych obyczajach lub psuć apetyt na chipsy telewidzom wspomnieniami jedzonka przeżutego uprzednio przez miejscowych.

Powodem najbardziej wiarygodnym owych peregrynacji wydaje się być chęć bicia rekordu w korzystaniu z pełnej kasy. Sejmowej. ( Bo jak nie wiadomo, o co chodzi, to chodzi o pieniądze). Na razie udostępniono nam, czyli sponsorom skromne doniesienie prasowe.

Oto cytat:
„Przez 17 miesięcy kadencji Sejmu posłowie wyjeżdżali już 500 razy. W tym roku na ich zagraniczne wojaże pójdą ponad cztery miliony złotych". Pismaki tendencyjnie i negatywnie manipulują tą wiadomością, nie pisząc o jakże ważkich powodach poselskich podróży. Ponieważ nasi przedstawiciele latają po świecie nie dla rozrywki bynajmniej, lecz z powodu wielkiej pracowitości. Zakres ich obowiązków jest imponujący.

I tak:
A to spotykają się ze związkowcami w krajach, gdzie rządzą kacyki, a to składają kwiaty byłemu hiszpańskiemu generałowi, a to lecą bronić misia koala przed wysychaniem eukaliptusa, a to jadą z czołobitnym adresem do dyktatora w południowej Ameryce. I bardzo słusznie. Tam gdzie wszyscy plują, tam nasi z ukłonem: wszak my nie gęsi i swój język mamy.

Bywają też spotkania na tematy zasadnicze i życiowe, ale jakby trochę niewłaściwie zaadresowane. Mówi pan Stefaniuk: „Rozmawialiśmy tam o prawach kobiet”. W Kenii oni rozmawiali o tych prawach! A o czym tu mówić? Wiadomo, że w Kenii kobiety maja wszelkie prawa, na które im mężowie pozwolą. Pan Stefaniuk lekko adresy pomylił, bo o prawach kobiet rozmawiać należy w Indiach.

Żeby dziewczynki – te nie uduszone zaraz po urodzeniu - miały prawo rodzić wyłącznie chłopców. Wchodziłoby więc w grę jakieś proste przeniesienie naukowych metod planowania rodziny, co mamy opanowane do perfekcji. Tam właśnie – w kraju zagłodzonych krów trochę kitu na ten temat można by wcisnąć. Dla bojowniczek o życie poczęte doradzam Chiny. Rozległe pola ryżowe do długotrwałej działalności antyaborcyjnej. Liczebność tego pracowitego narodu zapewnia owocne kontakty na wiele lat.

Jeśli zaś idzie o dobro życia już napoczętego, a nawet nadwątlonego, powinni nasi dobrowolni podróżni prowadzić konsultacje na temat metod wychowawczych bezprizornych. Poprawiłoby to stosunki międzynarodowe, a może i mięso udałoby się sprzedać? Na miejsce rozmów doradzałabym Krym, bo futra taszczyć nie trzeba i widok z trzech stron na lazurowe morze.

W Afryce raczej już niczego zrobić się nie da – wszystko mają – ciepły klimat, safari, amebę, przyrost naturalny w postępie geometrycznym i fantastyczną metodę pozbywania się AIDS poprzez bezpłatne obdarowywanie nim partnerów. Ludziska mnożą się tam po bożemu nawet na pustyni, gdzie żadnemu z naszych parlamentarnych podróżnych zapuszczać się ze szklanką wody nie doradzam, bo się piachu do butów nasypie.

Szalenie mi się w tych pracowitych wojażach podoba, że (cyt.) „podniebne podróże wybrańcy narodu odbywają w luksusowych warunkach.” I bardzo słusznie. A gdzie niby po tych wszystkich spotkaniach maja odpocząć?
„Biznes class w samolotach LOT-u, którymi najczęściej latają parlamentarzyści, przysługuje marszałkowi i wicemarszałkom Sejmu na wszystkich trasach.” – To też oczywiste. Na poziomie paru tysięcy metrów, poziom jedzenia, picia i spania musi marszałkowski.

Żal mi jednak nieco pozostałych, prostych posłów narażonych na obniżony standard. Jakież to niesprawiedliwe! Wprowadzają przecież solidarne państwo i maja takie same żołądki! Czemuż więc mają jeść gorzej?
Najważniejszym jednak przedmiotem mego zafrasowania pozostaje sprawa bezpieczeństwa: ciągle są na świecie źli ludzie porywający samoloty, unoszące w przestworzach bardzo ważne osoby. Ratunek trudno byłoby zorganizować. Ponieważ nasz wspaniały, seksownie łysy komandos przed kamerą nikogo od tyłu nie wyp.........* (przypisy na końcu), a jego wyćwiczone chłopaki po afgańskich górach się rozlazły.

W powyższych rozważaniach sygnalizując z grubsza rozległy temat podróży zagranicznych pracowitych parlamentarzystów, pozwolę sobie w trosce o ich bezpieczeństwo wyrazić życzenie: cieszcie się panie i panowie egzotyką pod palmami, ananasami w garści, złocistą plażą, lazurowym niebem a nawet rekinami wielkiej rafy. Żyjcie długo i szczęśliwie. Ale – błagam - pozostańcie tam, gdzie was fantazja i nasza forsa poniesie. Resztę wpłacimy sobie my, biedni wyborcy rozrzutnych posłów na urlopy u zaprzyjaźnionych działkowiczów. A posłów ci u nas dostatek. Ubytku na sejmowej liście płac nie będzie.

*z samolotu rzecz jasna





Wybrane dla Ciebie:




Komentarze (1):

Sortuj komentarze:

No to mamy kolejną pozycję w aktywności parlamentarzystów. "Na odlocie" :-)

Komentarz został ukrytyrozwiń

Dziękujemy za Twoją aktywność w serwisie wiadomosci24. Do zobaczenia niebawem w innym miejscu.

Najpopularniejsze

Copyright 2017 Wiadomosci24.pl
#PRZEPROWADZKA: Dowiedz się więcej

Korzystamy z cookies i local storage.

Bez zmiany ustawień pliki są zapisywane na urządzeniu. Więcej przeczytasz tutaj.