Facebook Google+ Twitter

Pozycja materiału w rankingach:

1353 miejsce

Dziadek z Wehrmachtu – Józef Tusk i inni

  • Źródło: Dziennik Bałtycki
  • Data dodania: 2006-08-04 14:51

Afera zwana "wehrmachtową" jest uważana za jeden z przełomowych momentów zeszłorocznej prezydenckiej kampanii wyborczej. Dziennikarka Barbara Szczepuła udowadnia teraz, że Józef Tusk nie służył w Wehrmachcie na ochotnika.

Józef Tusk, dziadek Donalda Tuska - Dziadek Donalda Tuska był w Wehrmachcie! - taki zarzut usłyszał w kampanii wyborczej 2005 roku kandydat na prezydenta.
Zgrzyt żelaza po szkle. Wiadomo, jak kojarzy się w Polsce Wehrmacht, szczególnie pokoleniu, które przeżyło wojnę.
Donald Tusk zaprzeczył.
- Nie wiedziałem – przekonywał potem. - W domu nigdy się o tym nie mówiło, nie miałem też poczucia, że rodzina ukrywa jakąś tajemnicę.
- To niemożliwe, żeby nie wiedział – upierali się przeciwnicy polityczni. – Jest przecież historykiem, wydawał książki o przedwojennym Gdańsku, w którym mieszkali jego dziadkowie.
- Gdy dziadek żył, interesowałem się Piłsudskim i pisałem pracę magisterską o legendzie Marszałka. Gdy zacząłem wydawać albumy o Gdańsku, dziadka już nie było – mówił Tusk.
Co wiemy o swoich dziadkach? Co o rodzicach? Zwykle bywa tak, że gdy chcą nam opowiedzieć coś o sobie, nie mamy czasu, myślimy o swoich sprawach, swoich kłopotach, studiach, pracy… W pokoleniu solidarnościowym była jeszcze konspira, drukarnie, bibuła, ulotki, życie towarzyskie i uczuciowe, narzeczone, żony, potem dzieci.
Ale czy dziadkowie chcieli wszystko opowiadać? Czy nie woleli nie wracać myślą do czasów pogardy i wyrzucić z pamięci „obraz dni, które czaszki białe toczy przez płonące łąki krwi”, jak pisze poeta.
* * *
Czy warto wracać do kwestii dziadka w Wehrmachcie? Jakie to ma znaczenie dla nas, dziś, hic et nunc? Czy wnuk odpowiada za to, co robił dziadek?
Im bardziej zgłębiałam temat, im więcej rozmów przeprowadziłam z tymi, którzy wcieleni zostali w latach czterdziestych ubiegłego wieku do niemieckiego wojska, a są to na Pomorzu przede wszystkim Kaszubi i Kociewiacy oraz obywatele Wolnego Miasta Gdańska, tym bardziej przekonywałam się, że wracać trzeba.
* * *
Nie jest łatwo przekonać ich do rozmowy w dziennikarzem.
- Będę rozmawiał, ale tylko pod warunkiem, że nie poda pani mojego nazwiska – mówi pan A., były żołnierz Wehrmachtu.
- Dlaczego?
- Mam dzieci i wnuki, nie chcę, by były napiętnowane.
- A pan?- pytam pana J.
- Mam 85 lat i jestem sam jak palec. Nigdy z nikim o tym nie mówiłem. Tylko moja świętej pamięci żona potrafiła mnie zrozumieć. Tak jak ja pochodziła ze Skarszew. Jednego jej brata zabili Niemcy, drugiego wzięto do niemieckiego wojska… Ja się tego tak strasznie wstydzę, choć przecież nie ma w tym mojej winy. Pozostała wielka, niegojąca się rana… Teraz myślę często o tamtych czasach. Lipiec 1942 roku - wcielenie, mama płacze, szkolenie w Szczecinie, verfluchte Polen, potem Prowansja. Boże, co za koszmar, czy kiedyś przez myśl mi przeszło, gdy w gimnazjum w Starogardzie uczyłem się o Cezannie, że zobaczę Arles i Aix-en-Provence jako niemiecki żołnierz? Na lekcjach francuskiego czytaliśmy „Tartarina z Tarascon”, a teraz zakładam ładunki wybuchowe na moście przez Rodan - koło Tarascon właśnie! Potem walki w okolicach Strasburga. Amerykanie nacierają. Nas, Pomorzaków, zostawiono jako tylne ubezpieczenie… Trafiam do „niewoli” amerykańskiej, która jest wybawieniem i wyzwoleniem. Ale jest i upokorzenie: francuskie kobiety wymyślają nam od „boszów” i plują w twarz…
* * *
We wstępie do albumu ze starymi zdjęciami Gdańska Donald Tusk pisał w roku 1996:
Dziadek po kądzieli, Franz Dawidowski, mówił o sobie z dumą: Danziger. Jednemu z synów dał na imię Jurgen, drugiemu Henryk, nie Heinrich i posłał go do polskiej szkoły w Sopocie. Dziadek był piłkarzem w klubie polskich kolejarzy Gedania, w czasie wojny naziści zesłali go na przymusowe roboty, po ’45 wybrał Polskę. Jego brat służył w Wehrmachcie, szwagier zginął od kuli polskiego żołnierza, siostra znalazła grób w Bałtyku jako jedna z ofiar „Gustloffa”, statku z gdańskim uchodźcami storpedowanego w 1945 roku przez sowiecką łódź podwodną.
Dziadek po mieczu, Józef Tusk, już drugiego września został aresztowany przez gestapo i wojnę spędził w obozach koncentracyjnych. Był polskim kolejarzem, miał kaszubskie korzenie, czuł się gdańszczaninem, ale z babcią rozmawiał po niemiecku równie swobodnie, jak po polsku. Wszyscy oni czuli się przede wszystkim „heisige”, tutejszymi i dopiero wojenny paroksyzm historii zmusił ich do wyboru miedzy Niemcami a Polską.
* * *
- Skąd pochodzi pani rodzina? – pytali mnie na wstępie gdańszczanie i Kaszubi, których pytałam o Wehrmacht. – Czy pani to zrozumie?
Moi rodzice przyjechali do Gdańska z Kresów. Tam, to znaczy w Tarnopolu, w Samborze, we Lwowie, wszystko było ich zdaniem (a zwłaszcza zdaniem mojej babci, bo dziadek zginął w sowieckim łagrze w republice Komi), ładniejsze i milsze: ludzie bardziej serdeczni, krajobrazy bardziej urozmaicone, domy i kościoły prześliczne. Rosłam w przekonaniu, że to miasto nad morzem, zburzone w dodatku straszliwie, jest obce i nieprzyjazne. Pamiętam kobiety, które na ulicy ściszonym głosem rozmawiały po niemiecku. - Autochtonki – po raz pierwszy usłyszałam wówczas to określenie.
Dopiero po latach gdańskie książki Brunona Zwarry, Stefana Chwina, Pawła Huellego, Guntera Grassa oraz albumy Donalda Tuska i Grzegorza Fortuny oswoiły to miasto i pozwoliły mi lepiej je zrozumieć.
* * *
Co wieczór z Góry ścigał mnie donośny głos ojca dobiegający ze strychowego okna naszego mieszkania: „bowke”, kolacja! - pisał Donald Tusk w roku 1997 - Przez lata całe nie zastanawiałem się, co tak naprawdę znaczy „bowke”, „lorbas” czy „pomuchelkop” i dlaczego inni chłopcy z podwórka nie są dla swoich rodziców bowkami i lorbasami. Ale kiedy pierwszy raz zapytano mnie o to, poczułem wstyd odmieńca, którego właśnie zdemaskowano. Podobny niepokój ogarniał mnie, gdy dziwiono się, że moja babcia mówi po niemiecku i z pewnym trudem przyjmowałem tłumaczenie rodziców, że kiedyś w Gdańsku wszyscy, nawet Polacy, rozmawiali po niemiecku. Takie tłumaczenia należały zresztą do rzadkości, bowiem starsi niechętnie sięgali w rodzinnych rozmowach do czasów przedwojennych.
* * *
W 1945 roku, gdy z rozkazu marszałka Rokossowskiego płonął Gdańsk i babcia Anna Dawidowska, matka mamy Soni i Donalda, płakała, domagając się wyjazdu, dziadek po prostu się uparł i oznajmił, że nigdzie nie jedzie, choć Stalina nie znosił i bał się równie mocno, co Hitlera - pisałam w 1992 roku w reportażu „Cień Hitlera, cień Stalina i skrzypce”
Z Hitlerem zetknął się osobiście.
Dziadek Franciszek, wtedy jeszcze oczywiście nie żaden dziadek, ale cieśla Dawidowski, wywieziony został przez Niemców na roboty do Kętrzyna. Pracował tam przy budowie „Wilczego Szańca”. Pewnego dnia zawaliło się rusztowanie, na którym stał. Spadł tak nieszczęśliwie, że uszkodził sobie kręgosłup i stracił oko. W szpitalu leżał w tej samej sali, w której kurowały się ofiary zamachu na Hitlera i pewnego dnia pojawił się tam sam Fuehrer z przyjacielskimi pozdrowieniami. Franciszek Dawidowski wpadł w panikę, co robić, myślał, co robić? Nie poda ręki, zabiją go jak psa, poda – nie będzie mógł do końca życia patrzeć na siebie bez obrzydzenia. Udam nieprzytomnego, wymyślił wreszcie, dosłownie w ostatniej chwili, bo Fuehrer gawędząc z rannymi zbliżał się nieuchronnie do jego łóżka. Podszedł, spojrzał na poturbowanego mężczyznę z opatrunkiem na oku, poklepał go po policzku… i poszedł dalej.
Dziadek odetchnął z ulgą, ale policzek palił go jeszcze przez lata.
- Wszyscy stąd wyjeżdżają! – krzyczała Anna Dawidowska do swego męża Franciszka w 1945 roku. – Zobacz, co się dzieje – postawiła na stole talerz zupy z kartoflanych łupin i pokazała czerwoną łunę za oknem. - Rosjanie nas zabiją albo spalą żywcem.
Wtedy dziadek położył się do łóżka i zaczął udawać, że ma tyfus. Babcia musiała skapitulować, bo chorzy na tyfus jechać nie mogli.
- Kto przeżył czterdziesty piąty rok w Gdańsku, nie mógł nie wiedzieć, czym był komunizm.
Jawna niechęć dziadka do Stalina oburzała dzieci. Szczególnie Sonia nie znosiła takich deklaracji. W szkole uczono przecież, kto był wrogiem, kto przyjacielem.
- A twojej babci Anny – ciągnął dziadek Franciszek – tylko dlatego nie zgwałcili krasnoarmiejcy, że zdołałem im wmówić, że ma kiłę.
- Przed wojną bito nas za to, że byliśmy Polakami – mówiła mama. - Teraz biją nas za to, że jesteśmy Niemcami.
- Kim my właściwie jesteśmy? – pytały dzieci oglądając fotografie jakiegoś obcego i pięknego miasta, z podpisami: Freistadt Danzig, Langfuhr, Oliva, Brosen, Zoppot…
Ojciec znalazł odpowiedź.
- Przede wszystkim nie pozwól nikomu się wyśmiewać – powiedział do syna. - Wal i koniec! I tę metodę stosował Donald z mniejszym lub większym powodzeniem przez całe lata.
* * *
- Mojego ojca wcielono do Kriegsmarine – mówi mi Renata K., Kaszubka, której rodzina mieszkała w okolicach Żukowa. - Pływał na U-bootach po Morzu Śródziemnym, a potem dostał się do niewoli - już nawet nie pamiętam - angielskiej czy amerykańskiej i siedział w obozie w Afryce. Natomiast brat mojej mamy, uciekł przed poborem do lasu. Przetrwał tam do końca wojny. Nocami podkradał się pod zabudowania i mama wynosiła mu jedzenie. Gdyby go Niemcy złapali, rozstrzelaliby go natychmiast za dezercję, a mamę i całą rodzinę wysłaliby do Stutthofu. Mama opowiadała, że nawet wieczornego pacierza, który zawsze odmawiano w domu wspólnie klęcząc przed świętym obrazem, nie mówiono po polsku, tylko zgodnie z zaleceniem władz po niemiecku. Gdyby ktoś z sąsiadów usłyszał polski i doniósł – wszyscy wylądowaliby w obozie. A ludzie byli różni. Donosili nawet, że sąsiad bez zezwolenia zabił świnię. Za to też ludzi wywożono do Stutthofu. Mój kuzyn niestety został wcielony do Waffen SS. Nie ośmielił się po wojnie wrócić do Polski.

Za tydzień następny odcinek: „Polski fanatyk”

Barbara Szczepuła


Komentarze (3):

Sortuj komentarze:

narod
  • narod
  • 12.02.2012 11:43

tak odpowiada dziadek spedal poske wnuk tez sprzeda...to ma we krwi take to polaki slazaki,,,trojmiasto gdansk...polaki ..niewalczyliscie poddaliscie sie ...frajerzy

Komentarz został ukrytyrozwiń
Malina Potocka
  • Malina Potocka
  • 26.03.2011 22:26

A kto z rodzonych Pomorzan nie miał dziadka lub pradziadka w Wehrmachcie? Ze świecą takich szukać. To nie GG, rzeczywistość tutaj była inna. Wybór był prosty: podpisujesz volkslistę albo twoja rodzina idzie do obozu. A kto już podpisał volkslistę, ten miał prawie gwarantowane wcielenie do Wehrmachtu, szczególnie w ostatniej fazie wojny, kiedy Niemcy potrzebowali na gwałt ogromnych ilości mięsa armatniego przeciw Armii Czerwonej. Oczywiście spora część potomków tych, którzy podpisali, nic o tym dziś nie wie. Wstydliwa tajemnica rodzinna. Dziadkowie niechętnie o tym mówią, ale tak naprawdę POWINNI. To nie wina Kaszubów czy Ślązaków, że wybierali życie swoich dzieci, rodziców czy swoje. Oczywiście nie zawsze w ten sposób udało się komuś ocaleć. Brat mojej babci, przed wojną polski harcerz, słowa nie znający po niemiecku, zginął na froncie wschodnim w mundurze Wehrmachtu, nie mając nawet 17 lat. Dziadek z kolei jak tylko skończył 16 lat został wcielony do Wehrmachtu, przy najbliższej okazji jednak nawiał do aliantów (jak bardzo wielu Kaszubów, o czym niestety rzadko się mówi) i do końca wojny walczył u ich boku na froncie zachodnim. Jego ojciec działał w tym czasie w "Gryfie Pomorskim", choć wcześniej podpisał z całą rodziną volkslistę. Różnie to się układało... Kurski z tym dziadkiem Tuska ośmieszył się, przynajmniej w oczach wielu tych, którzy o swoich korzeniach i realiach życia na ziemiach wcielonych do Rzeszy coś niecoś wiedzą. Szkoda tylko, że jego populistyczna wypowiedź trafiła na podatny grunt w tej części Polski, która ma inne doświadczenia wojenne (nie mówię wcale, że mniej drastyczne). Szkoda, że tak wielu ludzi w Polsce ciągle myśli stereotypami Kaszub=Niemiec. Dla prawdziwego Kaszuby to obraza. Gdańsk to oczywiście trochę inna historia - tutaj zniemczenie ludności kaszubskiej było spore, ale nie można generalizować. Ja nie wiem jak tam było konkretnie z dziadkiem Tuska i szczerze mówiąc nie interesuje mnie to. Nie nam sądzić ludzi, którzy stanęli twarzą w twarz z potęgą militarną III Rzeszy. Obyśmy nigdy nie musieli dokonywać takich wyborów, jakie oni musieli.

Komentarz został ukrytyrozwiń
Ktos ze Slaska
  • Ktos ze Slaska
  • 22.09.2010 08:17

Tez mialem dziadka w wermachcicie. Niestety nie wrocil z niego. Kurski tez jest z trojmiasta - kim byl jego dziadek? Zazdrosc ze stary Tusk przezyl? - Chyba tak. Bo w tych czasach lapowka za odroczenie nie wchodzila w gre. Jeedynie "suzba zastepcza" - w Stutchoff. A jak to sie ma do papieza i jego epizodu w SS ktorzy to zolnierze uruchomili machine zla? Ja juz kare ponioslem za wermacht. nie chodzilem z dziadkiem na spacer, nie sluchalem jego bajek. itp itd.

Komentarz został ukrytyrozwiń

Jeśli chcesz dodawać komentarze, musisz się zalogować.

Najpopularniejsze

Reklama
Copyright 2014 Wiadomosci24.pl

Witryna korzysta z plików cookies oraz informacji zapisywanych i odczytywanych z localStorage, aby dopasować interesujące treści oraz reklamy. Korzystanie z serwisu bez zmiany ustawień przeglądarki, w szczególności w zakresie cookies, oznacza, że pliki będą umieszczane na urządzeniu końcowym. Możesz zmienić ustawienia przechowywania i dostępu do cookies i localStorage używając ustawień przeglądarki lub używanego urządzenia. Szczegóły w Polityce Prywatności.

Zamknij