Odrobina kręcenia nosem na kwestię wychowania dziecka w Polsce
Historia z pierwszą komunią ma swój sequel w postaci bierzmowania. Impreza jest już skromniejsza, a dziecko starsze i mniej skłonne do współpracy. A i my jesteśmy już trochę bardziej zmęczeni tym wszystkim.
Na szczęście po bierzmowaniu pozostaje nam już tylko czekać. Pewnego dnia nasza pociecha przyprowadzi nam do domu pociechę jakiejś innej pary rodziców i oznajmi, że się pobierają. Nastąpi zapoznanie się z drugą parą rodziców i, jeśli będziemy mieli szczęście, okażą się oni ludźmi o poglądach podobnych do naszych, i podobnej historii użerania się z tradycją. Wtedy w porządku - jeśli dzieci również podzielają nasze poglądy, ślub będzie tylko cywilny, a wychowanie kolejnego pokolenia przebiegnie już trochę łatwiej, bo przynajmniej rodzice i teściowie nie będą się aż tak bardzo wtrącać. Jeśli dzieci w ramach młodzieńczego buntu nawróciły się na wiodące w kraju wyznanie, to trudno. Przynajmniej użerać się z tradycją nie będą, tylko ją zaakceptują. Najgorzej, jeśli druga para rodziców to zatwardziali katolicy, a dzieci - nie. Wtedy cała historia powtórzy się na nowo.
Podsumowując, bycie młodym, liberalnym i niewierzącym, wcale nie oznacza, że człowiek luźno podchodzi do swoich poglądów i w zasadzie "co mu tam" że dziecko będzie miało chrzest, a później religię w szkole i tradycyjną pierwszą komunię. W zasadzie dla mnie, jako młodego, liberalnego i niewierzącego, jest dość ważne, żeby moje ewentualne dziecko nie miało chrztu. Nazwijmy to taką ateistyczną tradycją - brak chrztu. Posiadanie dziecka i tak wiąże się z wieloma innymi "ale": kwestiami ekonomicznymi, pytaniami czy podołam, czy nadaję się do tego psychicznie i czy mam wystarczająco silną wolę, by wychować dziecko w odpowiedzialny sposób. Konieczność wyboru, czy mam trwać przy swoich poglądach i kopać się z koniem, czy też poddać się naciskom otoczenia i uczestniczyć w rytuałach, w które nie wierzę i które czasami są mi po prostu wstrętne, wcale nie ułatwia wyboru.