Facebook Google+ Twitter

Dziecięcym wózkiem pod prąd

Odrobina kręcenia nosem na kwestię wychowania dziecka w Polsce

Tym razem znowu będzie trochę narzekania i nawet na podobny temat, co w notce o arcybiskupie Michaliku. Z góry jednak zaznaczam, że nie chodzi mi tutaj o marudzenie na religię w ogóle, a na katolicyzm w szczególności, lecz o narzekanie na wszędobylskie naciski społeczne. W naszej kulturze zakotwiczony jest cały szereg tradycji, które co prawda mają swoje źródło w religii katolickiej, ale które z czasem uległy strywializowaniu i stały się wyłącznie rytuałami, oznaczającymi kolejne etapy życia. Problem pojawia się gdy ktoś, z racji wyznawanych poglądów, chciałby aby etapy jego życia wyglądały inaczej. A konkretnie mam na myśli etapy w wychowaniu dziecka. Poniżej postaram się opisać o co mi chodzi. Opis będzie rzecz jasna trochę przerysowany, w celu zaznaczenia tragikomizmu sytuacji, ale poszczególne jego punkty co i rusz wyskakują jak diabeł z pudełka w życiu moim, moich znajomych, oraz przynajmniej w paru przypadkach, o których słyszałem.

Problemy zaczynają się jeszcze na długo przed urodzeniem się dziecka. Otóż widok człowieka w wieku 25-30 lat, rozpoczynającego karierę i mającego już stałego partnera płci przeciwnej, rodzi w umysłach wielu osób ze starszego pokolenia bardzo silne skojarzenie ze słowami "ślub" i "dziecko". Ktoś taki powinien przecież wziąć już ślub. A jeśli ślub, to przecież po to, żeby mieć dziecko. Albo w drugą stronę - ktoś taki powinien już myśleć o dzieciach. A żeby mógł myśleć o dzieciach, musi wziąć ślub. A skoro jedno z drugim jest nierozerwalnie związane, starsze pokolenie zaczyna powoli acz metodycznie napierać: "Powinniście wziąć ślub. Powinniście mieć dziecko. Jak to dziecko bez ślubu?! Oczywiście, że musi być ślub!". I to najlepiej od razu kościelny, jak Bozia przykazała, tylko ze skrzyżowanymi palcami w momencie, gdy się obiecuje, że dzieciak będzie wychowany po katolicku. Wymuszone dawanie słowa, co do którego już z góry wiadomo, że zostanie w przyszłości złamane. Ostatecznie można się wykręcić samym ślubem cywilnym, ale trzeba być przygotowanym, że później przy każdej okazji mamusia z teściową będą przypominać, jaka to im się krzywda dzieje, że ich dzieci żyją w grzechu.

Jedziemy dalej. Dzieciak się urodził. Co teraz? No, oczywiście czas na chrzest... Co? Jak to: "nie będzie chrztu"?! Chcecie dziecko na wieczne potępienie skazać? Że wy idziecie prostą drogą do piekła, to przynajmniej to niewinne niczemu dzieciątko za sobą nie ciągnijcie! Serca nie macie! A jak będzie miało na imię, jak chrztu nie będzie, ha? I co sobie sąsiedzi pomyślą?! Całe miasto będzie nas obgadywać!
Tu jest chyba gorzej nawet niż ze ślubem. Na nic się nie zda tłumaczenie, że lepiej będzie poczekać, aż dziecko dorośnie i samo sobie będzie mogło wybrać w co wierzy, a tymczasem rodzice postarają się nauczyć go ogólnie przyjętej uczciwości, uprzejmości, tolerancji i szacunku dla innych ludzi. Ma być chrzest, oraz przyjęcie z okazji chrztu, na które należy zaprosić wszystkie ciotki i wujków, do tego połączone z wielką wyżerką i chwaleniem się niemowlakiem na prawo i lewo.

Wybrane dla Ciebie:




Komentarze (1):

Sortuj komentarze:

  • Autor usunął profil
  • 17.03.2009 21:05

plus za realistyczny sposób patrzenia na świat :)

Komentarz został ukrytyrozwiń

Dziękujemy za Twoją aktywność w serwisie wiadomosci24. Do zobaczenia niebawem w innym miejscu.

Copyright 2017 Wiadomosci24.pl
#PRZEPROWADZKA: Dowiedz się więcej

Korzystamy z cookies i local storage.

Bez zmiany ustawień pliki są zapisywane na urządzeniu. Więcej przeczytasz tutaj.