Facebook Google+ Twitter

Dzieciństwo Marka Kraussa

Gdy wróciłem do domu, po wieloletnim pobycie w sanatorium, nie umiałem ani czytać, ani pisać. Nie poruszałem się samodzielnie. Miałem 13 lat, był rok 1968.

Nauczycielki, które uczyły mnie w szkole podstawowej. Obok kolega z klasy. / Fot. marek kraussMiałem 13 lat kiedy wróciłem do Warszawy z garwolińskiego ośrodka dla dzieci i młodzieży upośledzonej umysłowo. W domu czekała na mnie mama. Ojca nie było (rodzice byli w separacji). Zamieszkałem w wieżowcu na ulicy Jarosława Dąbrowskiego 86 m. 58.

Mama pracowała w GUS jako urzędnik. W ciągu dnia nie miała czasu, dlatego oddała mnie do przedszkola. Ojciec pracował jako dziennikarz w "Życiu Gospodarczym". Zabierał mnie na różne wycieczki np. do kina. Byłem też w redakcji, gdzie poznałem Jerzego Urbana. Chodziliśmy na domowe obiadki na ulicę Poznańską i na lody produkcji włoskiej na Hożą.

Gdy mama wracała z pracy zabierała mnie przeważnie do kina (pierwszym filmem, któryNajlepsza szkolna przyjaciółka. Miała na inię Iwona. / Fot. marek krauss zobaczyłem w kinie była amerykańska "Rzeka bez powrotu"). Mama lubiła chodzić na działkę, na ulicę Odyńca, po kwiaty i warzywa. Ponieważ nie mieliśmy pralki, mama oddawała nasze rzeczy do pralni. W wolnych chwilach chodziłem na telewizję do sąsiadki. Pamiętam jak narzekała i pytała dlaczego Polska bierze udział w wojnie wietnamskiej. Sąsiad z kolei puszczał filmy dokumentalne.

Marek Krauss ojcem. / Fot. marek kraussZacząłem uczyć się stawiać pierwsze samodzielne kroki. Żeby przejść na drugą stronę jezdni musiałem prosić kogoś o pomoc, czasem stałem kilkadziesiąt minut zanim się odważyłem przejść. Autobus linii 125 miał wówczas pętlę na Starym Mieście. A tam spodobały mi się ruchome schody, zdarłem na nich kolana.

Poszedłem do specjalistycznej szkoły podstawowej, która mieściła się w kamienicy na ulicy Racławickiej (róg Puławskiej). Chodziłem na zajęcia do III klasy. W szkole poznałem kolegów i koleżanki o różnych upośledzeniach. Jeden chłopak rysował długopisem jabłka a potem je jadł. Koledzy chodzili na papierosy na pagórek koło kościoła (na ulicy Dolnej). Modne były wtedy długie i szerokie spodnie. Podczas lekcji w szkole miałem problemy ponieważ pisałem powoli. Zacząłem pisać ukośnie aby szybciej notować.

Na jednej lekcji nauczycielka kazała coś narysować. Mój rysunek był naprawdę ładny. Nauczycielka nie chciała mi uwierzyć, że to ja go narysowałem. Postawiła mi dwóję. Później pokazałem jej moje rysunki i mnie przeprosiła. Dzięki temu byłem lubiany przez kolegów. Któregoś dnia, w drodze do szkoły, byłem świadkiem jak stara kobieta
rzuciła się pod samochód na ulicy Puławskiej.

W wakacje pojechałem na kolonie do Międzyzdrojów. Podczas podróży koledzy rzucali śmierdzącymi jajkami na peron.

Wybrane dla Ciebie:




Komentarze (1):

Sortuj komentarze:

Spokojna, beznamietna wręcz relacja człowieka, ktory wymagał pomocy, a jednak brał zycie z całym (nie)dobrodziejstwem inwentarza.
5*

Komentarz został ukrytyrozwiń

Jeśli chcesz dodawać komentarze, musisz się zalogować.

Najpopularniejsze

Copyright 2017 Wiadomosci24.pl

Korzystamy z cookies i local storage.

Bez zmiany ustawień pliki są zapisywane na urządzeniu. Więcej przeczytasz tutaj.