Facebook Google+ Twitter

Pozycja materiału w rankingach:

74028 miejsce

Dziejowy pech

Narasta we mnie poczucie dziejowej krzywdy, które łączy mnie z Beniem Krzykiem, wielkim bohaterem „Opowiadań odeskich” Izaaca Babla.

W jednym ze swoich słynnych, filozoficznych monologów Benia zadał dramatyczne pytanie dotyczące miejsca swojego urodzenia: „...To była fatalna pomyłka, ciociu Pesiu. Ale czy ze strony Pana Boga nie było omyłką osiedlić Żydów w Rosji, żeby się męczyli jak w piekle. I co by w tym było złego, gdyby Żydzi mieszkali w Szwajcarii, w otoczeniu pierwszorzędnych jezior, górzystego powietrza i samych Francuzów?”

Nie mam takich ambicji co do miejsca swojego urodzenia, ale wzbiera we mnie uczucie wielkiego żalu, że nie urodziłem się znacznie później, na przykład po roku 1972. Uniknąłbym wtedy wielu frustracji, które są udziałem naszej pokoleniowej grupy. I pomyśleć, że tuż po pierwszej wojnie światowej ogromną furorę zrobił termin „stracone pokolenie” wymyślony przez amerykańskiego pisarza Scotta Fitzgeralda. Postawię sprawę jasno - ich życie było, przy naszym, zabawą. Kilka istotnych argumentów.

Urodziłem kilka lat po drugiej wojnie światowej, w bardzo zniszczonym Gdańsku. Nikt nie badał, jak na psychikę małego dziecka wpływa widok ruin, ale wydaje się, że moja niechęć do ostrych form i czerwonej cegły wyraźnie wiąże się z traumatycznymi przeżyciami z dzieciństwa.

Gdańsk był wprawdzie rozminowany przez radzieckich saperów, którzy wszędzie zapewniali, że „Min niet”, ale i tak moja bardzo młoda i nieufna mama wyprowadzała mnie na spacer w specjalnym, drewnianym wózku, a ojciec szedł przed nim z wykrywaczem min. Napięcie towarzyszące tym spacerom musiało być tak wielkie, że położyło się cieniem na moje dorosłe życie. Do tej pory nie znoszę spacerów i źle reaguje nawet na kretowiska. Powierzchnia ziemi, po której idę musi być doskonale płaska.

Na tym jednak nie koniec nieszczęść. Miałem dziewięć lat, kiedy nadszedł październik 1956. Nikt mi nie wierzy, lecz doskonale pamiętam atmosferę tamtych szczególnych dni i wiele faktów. W mieszkaniu mojej babci zbierała się bowiem jakaś rewolucyjna komórka, spragniona systemowych reform. Jej przedstawiciele bez przerwy gotowali klej do plakatów, które potem rozwieszali po całym Gdańsku.

Opary kleju zniszczyły mi płuca i w konsekwencji później kilka miesięcy spędziłem w sanatorium. Wprawdzie leczono tam choroby stawów, ale i tak jestem przekonany, że zdrowie zniszczyła mi październikowa rewolucja. Takich zdarzeń się nie zapomina.

Władysław Gomułka nas zdradził, mimo obietnic złożonych na słynnym wiecu na Placu Defilad w Warszawie. Nigdy mu tego nie wybaczyłem, gdyż sprzeniewierzył się ideałom mojego dzieciństwa. Nie jestem mściwy, ale muszę mu przy okazji wypomnieć, iż na jednym z obozów reżimowego harcerstwa, na które z niezrozumiałą radością wynikającą z braku ideologicznej czujności jeździliśmy, ulegliśmy ciężkiemu zatruciu nieświeżym socjalistycznym mięsem, pokątnie kupionym przez kadrę od starszego kolegi Andrzeja Leppera.

Potem historia i moje skromne życie przyspieszyło. Rok 1968 przeżyłem ma studiach. Było dramatycznie i tragicznie. Z mojego roku Polskę opuściło tylko pięć osób zaszczutych i poniżonych.

Rok 1970 był szokiem, szczególnie kiedy dowiedzieliśmy się o ofiarach w Gdańsku. Znowu w moim Gdańsku. Ledwie zabliźniły się psychiczne rany, usłyszeliśmy o pacyfikacji protestów w Radomiu.

Szesnaście miesięcy pierwszej „Solidarności” było czystą euforią. Uwierzyliśmy, że reformy systemowe są możliwe, a władza się w końcu na nie zdecyduje. Nie doceniliśmy siły socjalistycznego państwa i dlatego ogłoszenie stanu wojennego odebrało nam nadzieję na wiele lat. To były najcięższy okres mojego życia. Cud się zdarzył w roku 1989 i wtedy wszystko wydawało się proste i piękne. I takie naprawdę było.

Po osiemnastu latach systemowej radości okazało się jednak, że w naszym pokoleniu szerzyła się zdrada i zaprzaństwo i tylko niektórzy z nas, po wyznaniu win i oczyszczeniu się grzechów, mogą uczestniczyć w życiu publicznym.

A wszystko mogło być inaczej. Już dawno zrezygnowałem z marzeń o Szwajcarii, ale upierałbym się przy zmianie roku urodzenia. Mógłby to być rok 1972, albo jeszcze lepiej - dla całkowitego bezpieczeństwa - 1973. Moja mama była bardzo młoda i mogła jeszcze poczekać. Niestety, z niewiadomych przyczyn urodziła mnie tuż po wojnie. Skazując tym samym na podejrzenia. Takie jest „zezowate szczęście” mojego pokolenia.

Wybrane dla Ciebie:




Komentarze (2):

Sortuj komentarze:

współczuję... (+) Lekko się czyta...

Komentarz został ukrytyrozwiń

Asenie - "tak ty człeku siadłszy, płacz" powiedziała babka.

Komentarz został ukrytyrozwiń

Dziękujemy za Twoją aktywność w serwisie wiadomosci24. Do zobaczenia niebawem w innym miejscu.

Copyright 2017 Wiadomosci24.pl
#PRZEPROWADZKA: Dowiedz się więcej

Korzystamy z cookies i local storage.

Bez zmiany ustawień pliki są zapisywane na urządzeniu. Więcej przeczytasz tutaj.