Facebook Google+ Twitter

Pozycja materiału w rankingach:

1210 miejsce

Dzień Apokalipsy, czyli listy z Afryki

"Nie bałam się o życie, bałam się że nas wywiozą, zwiążą sznurami i nas zgwałcą. Tego się najbardziej bałam. Miałam w sobie wewnętrzny spokój…". Oto listy, które nadeszły z polskiej misji w Republice Środkowej Afryki, która znalazła się w ogniu walk. Całość przesłał ojciec Benedykt Pączka OFM Cap (kapucyn).

 / Fot. By hdptcar from Bangui, Central African Republic (Rebel in northern CAR 02) [CC-BY-SA-2.0 (http://creativecommons.org/licenses/by-sa/2.0)], via WikimeDzień Apokalipsy – wtorek 21 stycznia 2014 roku

List 1. Bocaranga – Republika Środkowoafrykańska, misjonarz Robert Wnuk – kapucyn

Przed tygodniem Anty-Balaka zaatakowala Selekę w Bocaranga. Rezultat miasto wyzwolone z reki rebeliantów, trochę radości i nadziei. Później smutek i złość, bo miasto stało się łupem rabusiów i złodziei. Zniszczono całkowicie kilka dzielnic, spalono domy (kilkaset), to co było najpiękniejsze poszło z dymem. Kilkanaście osób rannych, w tym (dzieci i kobiety), kilkoro zabitych (minimum 3 Seleka, 2 Anty-Balaka, 6 cywilów). Przy naszym domu, na werandach, w salach parafialnych, setki ludzie, głównie dzieci i kobiety. Mężczyźni spędzali noce w ogrodzie.

We wtorek o 13:00 razem z Cipriano chcieliśmy jechać drogą do Bozoum odwieźć dr Ione. Po 80 km mieliśmy mięć spotkanie z karmelitami, z którymi dr Ione miała odjechać a my z powrotem. 5 km od Bocaranga dowiedzieliśmy sie o grupie Seleka, którzy sie zbliżają w stronę misji. Zawróciliśmy do domu. O 13h45 strzały w całym mieście. Potężne wybuchy, świst kul. Ludzie na naszej misji spanikowani, chowają sie gdzie kto może, do łazienek, do kuchni, do pokojów. Strzały coraz bliżej, wreszcie kilka strzałów w nasze drzwi do refektarza i w bramę. Później na podwórzu kilkanaście strzałów. Ojciec Cirillo i ja wychodzimy z podniesionymi rękoma. Strzały z AK nie ustają. Kilkunastu Seleka wchodzą do naszych pokoi, biorą co popadnie, żądają pieniędzy, samochodów, strzelają pod nogi i w sufit, przy głowie. Jeden samochód uruchamiają i wyjeżdżają, drugi najpierw został ostrzelany, zniszczono deska rozdzielczą, rozbito szyby. Biorą kilkanaście motocykli, które ludzie pozostawili u nas, te które nie mogą odpalić - strzał w silnik.

Trwa to ponad 1h, grożą śmiercią, kilka razy wprowadzają pojedynczo do pokoi i strzelają. Później sytuacja sie powtarza u sióstr. Do nas przychodzą jeszcze 2 grupy uzbrojone i sytuacja się powtarza. Około 16h odjeżdżają, a ludziom radzimy uciec do buszu. W ciągu dwóch minut kilkaset ludzi przerywa siatkę w ogrodzeniu i uciekają za szkołę katechistów do sawanny. Około 17h przyjeżdża jeszcze 1 samochód pełen uzbrojonych ludzi, ale ci nie są agresywni. Chcą tylko łańcuch do ciągnięcia innego samochodu. Na szczęście odjeżdżają. Na misji zostajemy we 3: Cipriano, Nestor i ja. Nestor ma zadraśniętą rękę od rykoszetu. Seleka wzięli jeden nasz samochód, jeden od sióstr i jeden dr Ione, nasz jeden motocykl i kilkanaście od ludzi, 3 komputery, kilkanaście telefonów (ludzie u nas je ładowali), aparaty fotograficzne, pieniądze i mniejsze drobiazgi.

W ogrodzie znajdujemy jednego starszego mężczyznę, kula rozerwała nogę i przeszła na wylot, i jedną kobieta, rana w brzuch, kula na wylot, krwawi, pełno krwi. Idę do sióstr po dr Ione, u sióstr tak jak u nas. Na szczecie nikt nie jest ranny, nie ma zabitych. Wracam do nas, kobiecie daje rozgrzeszenie, umiera dwie sekundy później. Przynoszą małą dziewczynkę, rana postrzałowa w nogę, kula przeszła na wylot. Lekarka ją opatruje. Na misji juz nie ma nikogo.

Dochodzi godzina 19, 21, idziemy do swoich pokoi, jest 23, 1 w nocy i tak do rana. Za dużo jak na jedno popołudnie. Rano odprawiamy Msze, tak jak zwykle, sporo ludzi, przyszli też wziąć swoje rzeczy z misji. W sawannie odkrywają jeszcze kilka ciał, zabitych od kul, kilka rannych. Jedna kobieta 2 rany postrzałowe w jedno ramię, zdruzgotane kości.

Środa, oczekiwanie na następny przejazd Seleka, nerwowo, nie wiadomo co robić, za co sie wziąć. Nestor idzie do buszu, Cyryl też. Jesteśmy z Cipriano. Chowamy niektóre rzeczy żeby być trochę zajętym.
Wieczorem idziemy do domu naszego kucharza (Massayo), okolo 500 m od domu, twarda noc na ziemi, bez poduszki na natach. Wracamy dziś około 3h30 do domu. Rano Msza, mało ludzi, kilka sióstr. Cztery młodsze siostry też mieszkają na polach a z nimi 24 dziewczyny z Foyer (internat).

Dziś cały dzień oczekujemy jesteśmy we dwóch, pojawia sie Cyryl i Nestor. U sióstr działa Internet, wiec korzystamy podając kilka wiadomości. Wczoraj mieli do nas dojechać Seleka ale jeszcze nie dojechali. W mięście nie ma nikogo, niewielu AntyBalaka, nie maja juz naboi. Ale i tak grabią miasto bo karabin w ręku. Kilka razy przychodzą na misje, mówię, że nie mogę ich wpuścić z bronią, akceptują i odchodzą. Siostry decydują się spać dziś w szkole katechistów, my trochę dalej u naszego kucharza. Jest sam a cała jego rodzina w polu. Po chwilach prawdziwego zagrożenia i niebezpieczeństwa, jesteśmy relatywnie bezpieczni. Bracia z Czadu mówią, że może uda im sie odzyskać nasze samochody, które juz tam są. Poczekamy, zobaczymy. Właśnie pisząc te słowa słyszymy odgłosy samochodów. W nogi do buszu. Pisze po 1,5h. Siostry tez poszły do buszu. Zatrzymaliśmy się około jednego km od domu. Ciepło, słońce, kurz, muchy, itp. Pół godziny czekania, samochody podobno odjechały. Wracamy z Cipriano na misję, idę aż do szpitala i na główną drogę, ani żywej duszy. Słowa Ave Maria same cisną sie na usta. Na głównej drodze widać ślady dużego samochodu. Słyszę jakieś dźwięki. Spotykam jednego pana, który pracuje przy antenie telefonicznej. Mówi, że widział dwa samochody, jeden 10-kołowy i drugi mały. Ulga. Ten mały koloru czerwonego widziano wczoraj w Bouar i na niego właśnie czekamy. Wracam na misje około 500m, posyłam po siostry. Przychodzą do domu. Prawdopodobnie będzie spokojna noc... Prawdopodobnie będziemy spali w sawannie, ale chyba juz spokojniej. Gdzie te samochody pojechały - Ndim czy Ngaoundaye, na razie nie wiadomo. Na samochodzie było pełno żołnierzy Seleka. Miejmy nadzieje, że nie będę nic brać po drodze. Teraz próbujemy dzwonić do Lekarzy bez granic z Paoua (135 km od Bocaranga) aby ewakuowali trzech mocno rannych. Może dojadą jutro.
Przepraszam za bledy , za trudności w czytaniu, pisałem to małym tabletem
Dziękuję za pamięć i modlitwę,

Z Bogiem
fr Robert Wnuk - Bocaranga RCA

List 2. Zdrada przez selekę z Ngaoundaye – wcześniej nasi przyjaciele!

21 styczeń Ngaoundaye – miasteczko położone 20 km od CZADU i Kamerunu.

Od samego rana zaczęli przychodzić do nas ludzie. Na misji mieliśmy około 100 osób. Około 13, dowiedzieliśmy się że Seleka zaatakowała naszą misję w Bocaranga. Zaraz po tej wiadomości nasz gwardian (przełożony) zorganizował spotkanie – co robić. Odsyłamy ludzi z naszej misji, niech uciekają na pola, w różne miejsca – u nas nie jest bezpiecznie. My zaczynamy chować pieniądze, komputery, telefony, rzeczy najbardziej wartościowe.

Godz: 16:00 i wszystko się zaczęło. Zobaczyłem motory a na nich uzbrojonych selekowców, którzy na początku patrolowali nasze miasteczko, szukając anti-balaka. Nie znaleźli ich… zatem do dzieła. Najpierw pojechali do sióstr (mieszkają od nas jakieś 600 metrów), kiedy ich zobaczyłem powiedziałem do mojego przełożonego – idziemy. Ubieramy habity i idziemy… okazuje się że wśród tej ekipy, są nam znani selekowcy, którzy przyjeżdżali do nas (wcześniej) napić się kawy, coli, rozmawiać o pokoju. Twierdzili że oni są inni, że chcą pokoju – a teraz nie ma możliwości dialogu, żadnej rozmowy. Wszystko trzeba oddać. Wchodzimy na podwórko do sióstr – wychodzi jeden z nich, załadował broń i nie kazał się ruszać, próbuje przekręcić głowę, włożyć rękę do kieszeni – mam tam telefon – bez szans, ładuje kałacha… po chwili czekania, pytają nas o pieniądze, oraz samochody. Mówimy że nie mamy ich przy sobie, jednak wszystko okazało się jasne – był z nimi jeden miejscowy człowiek - przewodnik, który doskonale znał nasze misje i rzeczy które posiadamy.

Zatem idziemy do nas jesteśmy prowadzeni przez 3 uzbrojonych selekowców. Najpierw pieniądze, nasz przełożony przynosi kasetkę z pieniędźmi i daje to co mamy 43 000 CFA (około 100 euro), nie są zadowoleni. W tym czasie wszyscy stoimy na naszym podwórzu – broń skierowana w naszą stronę. Ok ! teraz samochody – gdzie je macie. W trakcie tych rozmów, ktoś do mnie dzwoni – telefon miałem w kieszeni – słyszą dzwonek telefonu – muszę go oddać… nie zdążyłem wyłączyć go.

Idziemy po samochody – prowadzeni jak skazańcy, przez 4 uzbrojonych selekowców. Gdzie idziemy – a no właśnie około 300 metrów od nas mamy zakład stolarski – i tam je schowaliśmy my. W trakcie drogi jesteśmy popędzani – aby iść szybciej – jeden z nich mówi do nas „ potrzebujecie kopniaka aby iść szybciej”. Dochodzimy do drzwi – biorę klucze, nie mogę znaleźć klucza, do kłódki – trudno, ręce mi się trzęsą, po chwili znów jeden seleka ładuje broń…. Znajduje, otwieramy – zabierają dwa samochody oraz naszego współbrata Rolanda, który jedzie z nimi jako kierowca. Wcześniej podczas rozmów – mówią do naszych barci Afrykańczyków – „i tak WAS zabijemy”.

Zabierają samochody, komputery, telefony, pieniądze i odjeżdżają z naszym bratem kapucynem, a my się martwimy co dalej, co będzie – czy go nie zabiją. Smutek, smutek i to ciągle pytanie co będzie z Rolandem…

Odpalam Internet – bo tylko to mi zostało, natychmiast dzwonie do Bouar – do br. Jacka Dębskiego, mówiąc o całej sytuacji… 2 siostry oraz Ewelina – świecka wolontariuszka proszą mnie o spowiedź. Idziemy do kaplicy, modlimy się – a tu nagle głos, Roland wrócił – co za radość, Seleka puściła go z latarką – szedł piechotą 7 km, był około 21 u nas…

Cała noc była bezsenna, najdrobniejszy szelest, huk – sprawiał że zrywaliśmy się na żywe nogi.

Środa 22 stycznia, godz: 13:00 – otrzymujemy komunikat, że seleka jedzie w naszą stronę. Biegnę szybko do mojego pokoju, patrzę przez okno – to prawda, widzę samochód a na nim kilku żołnierzy seleki. Zatem w nogi – krzyknąłem komunikat, siostry, ewakuacja – mieliśmy jedna minutę aby to zrobić. Mały plecak i w nogi w stronę ogrodu który prowadzi do wioski, a stamtąd już do buszu. Słyszymy strzały – okazało się później, że strzelali w nasza stronę.

Na misji został br. Francesco – Włoch, oraz 2 braci środkowoafrykańczyków. Selaka kazała im iść do naszej jadalni a ci zaczęli plądrować nasze pokoje. Gdzie nie mogli wejść z broni niszczyli zamki i wchodzili. Dwa pokoje naszych braci Afrykańczyków – zupełnie splądrowane, nasz składzik żywnościowy oraz cześć rzeczy elektronicznych. Po tym drugim napadzie – byliśmy nie do życia. Podjęliśmy decyzje że opuszczamy misje. Następna noc w Centrum kulturalnym, i następna… i tak do dzisiaj, spakowani, bo może trzeba będzie uciekać..

Wszystkich dziennikarzy, którzy chcą jednoczyć się z narodem wyzyskiwanym od ponad 20 lat, proszę o pomoc aby nagłośnić co ma miejsce w jednym z najbiedniejszych krajów świata.

br. Benek – kapucyn, misjonarz

List 3. Dopiero później doszło do mnie że mogłam zostać zgwałcona… Ewelina Krasnowska – świecka wolontariuszka

Dzień przed napadem na nasze misje ludzie zaczęli znosić do nas swoje cenniejsze rzeczy. We wtorek (21stycznia) od samego rana również znoszone są rzeczy do nas. Na mieście panuję cisza, która krzyczy, że coś jest nie tak. Po informacjach z Bocarangi – wszystkie osoby które były u nas (3 rodziny), odesłaliśmy do domów, gdyż już wiemy, że to nie jest bezpieczne miejsce dla nich. W momencie gdy odchodziła ostatnia rodzina, usłyszeliśmy pierwsze strzały. Rodzina cofnęła się na nasze podwórko, jednak s. Basia powiedziała żeby uciekali czym prędzej, misja nie jest bezpiecznym schronieniem.

Przez okna zauważyłam pierwsze motory, 4 osoby na dwóch motorach. Wyszłyśmy przed dom i jeden z selekowców zapytał czy nie ma wroga na posesji. Basia odpowiedziała, że są tylko 3 misjonarki i nie ma więcej nikogo. Kazano nam otworzyć bramę i pojawili się wszyscy – 8 osób, uzbrojeni w kałasznikowy oraz rakiety. Zażądali benzyny oraz samochodu. Basia odpowiedziała że, samochód został wywieziony do Kamerunu. Zażądali pieniędzy, telefonów, komputerów.

Basia poszła do pokoju, a z nią razem jeden z nich – aby dać mu pieniądze, a później każdy z nich wziął nas pojedynczo i kazali otwierać pokoje. Basia miała przygotowane pieniądze około 100 000 CFA oraz Ania 40 000 CFA. Pozabierali wszystkie telefony, które znaleźli, szukali dosłownie wszędzie… powiedzieli że mamy dać samochód. Mamy wsiadać na motor i jedziemy po samochód. Odpowiedziałyśmy że samochód mamy w Kamerunie a motoru nigdy nie miałyśmy. Po tych przepychankach, zabrali nas każdą z osobna i kazali otwierać pokoje. Będąc w pokoju z jednym z nich, pociągnął mnie za bluzkę liczył na coś więcej. W tym momencie wkurzyłam się i wyszłam z pokoju na dwór. Szedł za mną z karabinem, i na podwórzu przeładował magazynek… bałam się, ale gorszy strach mnie ogarniał jak zostawałam sama z którymś z nich w pokoju. Otwierałyśmy wszystkie pokoje, wchodzili i zabierali co uważali za wartościowe. Cały czas mówili pieniądze, i straszyli nas bronią że nas zabiją. Jednak nic im się nie udało zrobić, próbowali nas nakłonić do współżycia, przymusić bronią. Dopiero później doszło do mnie że mogłam zostać zgwałcona lub po prostu stracić życie…

Pomimo tego że jadąc do RCA na misje dużo wiedziałem o tym co się tutaj dzieje, ta sytuacja jednak pokazała mi do czego są zdolni bandyci pochodzący z CZADU i Sudanu. Dziwi mnie to, że ta wojna nie jest nazwana po imieniu, CZAD przeciw RCA. W momencie kiedy sąsiadujące kraje zamykają granice, Czad przyjmuje tych złoczyńców, jako bohaterów, którzy złupili ten biedny kraj i teraz spokojnie mogą wracać. Ubierają cywilne ciuchy i żyją normalnie.

Nie żałuję mojej decyzji, którą podjęłam aby przyjechać tutaj pomimo tych wydarzeń, które miały miejsce w naszym mieście. Nie chcę opuszczać misji oraz ludzi tutaj mieszkających. Wydarzenia te pokazują jak człowiek może reagować, kiedy jest zagrożone jego życie.

Po tym zajściu (21 stycznia) poprosiłam br. Benka o spowiedź bo tak naprawdę w przyszłości wszystko może się wydarzyć.

Ewelina – świecka wolontariuszka z Łomży

List 4. Bałam się że nas wywiozą…. S. Barbara Samborska SMBP

Pracuje na misjach od 4 lat, w Ngaoundaye od września 2013 roku. Po raz pierwszy w taki sposób – face en face miałam spotkanie z Seleką. Byłyśmy w trakcie ewakuowania się do braci kapucynów, kiedy usłyszeliśmy strzały, wiedziałyśmy że już nie możemy uciec, więc wyszłyśmy z podniesionymi rękoma. Jak wychodziłyśmy strzelali w powietrze. Chcieli nas chyba przestraszyć.

Kazali nam otworzyć bramę, grzecznie się z nami przywitali, podając dłoń. Pytali nas czy jest u nas anti-balaka, po czym przeszli do konkretów, i od tej pory nie odstępowali nas na krok. Pieniądze, telefony, komputery, samochód – oto ich oczekiwania. Przyszli z przewodnikiem, który mówił w sango i dokładnie wiedział gdzie wszystko się znajduje. Oni natomiast mówili po arabsku.

Dałam im pieniądze 110 000 CFA (jakieś 200 euro), później chodzili od pokoju do pokoju żądając pieniędzy. Po tym rabunku kazali nam wyjść na zewnątrz. Bałam się że gdzieś nas wywiozą. Znałam ich twarze, no właśnie ich szef też wiedział że jestem dyrektorką szkoły, którą prowadzimy. Kazał mi wsiąść na motor i pokazać gdzie jest samochód. Ja nie wsiadłam, to później chcieli mi zabrać moje dokumenty, żeby mnie szantażować, trzeci coś wspominał o sznurkach, nie wiem czy chcieli nas bić czy związać – i po chwili cześć z nich odjechała w Waszą stronę (kapucynów). Dwóch zostało aby nas pilnować , abyśmy czasem nie wezwały pomocy. Jeden z nich wziął Ewelinę (świecka wolontariuszka) i zaprowadził do jednego z pokoi, później kolej na nas, brał nas za rękę i wprowadzał do domu, po czym rzucił propozycje aby ściągnąć ubranie, jak powiedziałem że nie to przyłożył broń. Po kilku minutach – zrezygnował, widząc nasz upór. Krzyczeli pieniądze, komórki, wszędzie gdzie były drzwi, musieliśmy je otwierać.

Nie bałam się o życie, bałam się że nas wywiozą, zwiążą sznurami i nas zgwałcą. Tego się najbardziej bałam. Miałam w sobie wewnętrzny spokój…

Chyba 5 minut przed ich przyjazdem, zdążyłyśmy spożyć Pana Jezusa z naszej kaplicy, aby seleka nie sprofanowała najświętszego Sakramentu, zabrałem także do mojej osobistej torebki Relikwie bł. Honorata Koźmińskiego, kapucyna, i przez cały czas chodzę z nimi – aż do tej pory.

Nie wiem kto stoi za tą rebelią, wiem jednak że seleka to tylko pionki, które są kierowane przez kogoś. Ktoś pozwala tym bandytą wracać do kraju, którzy: zabijali, gwałcili, kradli, palili domy i co tylko sobie można wyobrazić – a teraz wracają z wielkimi łupami jako prawdziwi bohaterzy. Myślę, że za jakiś czas znów wrócą – jak tylko trochę sytuacja się polepszy.

Podczas tych wydarzeń, nie chciałam opuszczać misji, ale był u mnie taki krytyczny moment aby gdzieś uciec, ale był to tylko moment. Ani nie można się modlić, ani pracować, tylko myśleć jak i gdzie uciekać i kiedy przyjadą. To młodzi chłopcy, 17, 18 lat, często po spożyciu narkotyków są zdolni do wszystkiego.

Mam nadzieję, że przełożeni obrony tego kraju, Francja – wyślę w stronę granicy, kilku żołnierzy aby nas strzegli, jeżeli zaś nie (a to już prawie tydzień) jesteśmy zdani sami na siebie. Będziemy uciekać i chronić się tak jak mieszkańcy tego miasta.

s. Basia

*Zachowałam oryginalną pisownię i szyk zdań - te listy były pisane w pośpiechu. Całość przesłał mi ojciec Benedykt Pączka OFM Cap (kapucyn). Strona domowa misji: www.tamtamitu.pl

Wybrane dla Ciebie:




Komentarze (0):

Jeśli chcesz dodawać komentarze, musisz się zalogować.

Najpopularniejsze

Copyright 2017 Wiadomosci24.pl

Korzystamy z cookies i local storage.

Bez zmiany ustawień pliki są zapisywane na urządzeniu. Więcej przeczytasz tutaj.