Facebook Google+ Twitter

Dzień na Kilimandżaro, cz. II

Salimu wyjmuje z kosza małą, białą, plastikową tarkę - taką, na jakiej przygotowuje się dla dziecka papkę z jabłek. - Na tym ścieram warzywa do zupy - mówi.

Kilimandżaro widziane z obozu Shira / Fot. Elżbieta WiejaczkaStół już nakryty obrusem. Hamza przeciera sztućce, układa je na stole, między zęby widelców wplata serwetki poskładane w harmonijkę. Uśmiecha się na mój widok: „Mambo dada, Jak się masz siostro?”. „Mzuka, świetnie” - odpowiadam w slangu, którego nauczyli mnie przewodnicy. Chłopak chichocze. Słowa takie jak „Fulu mkazuzu”, „Shwari” czy „Mzuka” stosuję zamiennie. Wszystkie mają podobne znaczenie, ale istotne jest ich nieistnienie w słowniku. Efekt? Wybuch śmiechu ilekroć słyszą je miejscowi. Albo błysk w oku zmęczonego tragarza, który dźwiga na plecach kilkadziesiąt kilo mojego zdobywania Kilimandżaro. Jedzenia. Ubrań. Ogrzewaczy do stóp, batonów, zapasowych baterii.

Hamza jest bardzo precyzyjny. Rozkłada naczynia wzdłuż stołu, rozstawia plastikowe kubki, a potem wychodzi, żeby za chwilę wrócić z misą popcornu. Ali przynosi dwa termosy z wrzątkiem. Wychodzę na zewnątrz, a potem - jak zazwyczaj Hamza - spaceruję od namiotu do namiotu nawołując, że herbata podana.

To dopiero podwieczorek, będzie jeszcze kolacja.

Do zmroku pozostało kilka godzin. Za chwilę pójdziemy na aklimatyzacyjny spacer do jaskini albo - jeśli nam starczy sił - aż do obozu Shira 2 na trasie Lemosho. Wcześniej jednak trzeba dokonać rejestracji. Bakari, jeden z przewodników, stoi już przed namiotem. Na głowie czapka, na plecach zielony polar, ręce w kieszeniach. I nieodłączny, nieśmiały uśmiech.

- Tayari? - pyta. - Gotowa?
- Dakika mbili - odpowiadam. Potrzebuję dwóch minut, żeby zawiązać buty i wygrzebać rękawiczki. Słońce dawno już przesłoniły mgły, niosące przenikliwy chłód. Trzeba oszczędzać siły. Energię. Ciepło. Każdy kilodżul jest ważny.

Lądowisko dla helikopterów / Fot. Elżbieta WiejaczkaIdziemy powoli, bez kijków. Chata, w której zapiszę nazwiska grupy, ich wiek, płeć i zawód, leży niedaleko, kilka minut marszu. Przechodzimy pomiędzy namiotami, mijamy krąg o średnicy kilkunastu metrów, którego granice wyznaczają poukładane równo białe i żółte kamienie - jedno z kilku lądowisk dla helikoptera, dla przypadków szczególnych. Dla nieszczególnych - tych które zdarzają się często, nawet codziennie - są silne ramiona przewodników albo metalowy tobogan.

Kontury chaty nabierają ostrości. Wchodzę do surowego wnętrza. Drewniany stół, ławka, kontuar, zza którego wystają głowy pracowników parku.
- Habari za leo - witam się z nimi. - Co słychać dzisiaj?
- Mzuri, dobrze. Na wewe?
- Shwari.
- Unaongea kiswahili? Mówisz w suahili? - dziwią się.
- Kidogo, troszeczkę - uśmiecham się i zaczynam zapisywać nazwiska. Rubryk dużo, a powietrze ostre. Raz po raz rozcieram kostniejące palce. Mężczyźni zaczepiają mnie, wypytując skąd jestem, jak dużą mam grupę i który raz się wspinam. Bakari przysłuchuje się w milczeniu, od czasu do czasu śmiejąc się pod nosem.

Obok mojego namiotu stoi już kilka osób. Ubrani w ciężkie buty trekkingowe, kolorowe goreteksy, przykryci czapkami. Ci, którzy czują się gorzej, zostali w śpiworach - próbują ukołysać przyspieszone bicie serca, uciszyć ból głowy, zawrzeć rozejm z żołądkiem. Niektórzy z nas, gotowych do spaceru, też nie czują się najlepiej. Powoli połykają fałszywe powietrze, które nie dusi, ale i nie służy. Na tej wysokości ciśnienie wynosi już tylko 600 hPa. Coś niespodziewanego dzieje się z ich ciałami - coś, czego nie rozumieją, czego przyczyny nie widać. Ruszamy.

Tragarze / Fot. Elżbieta WiejaczkaWkoło nas ziemia upstrzona mniejszymi i większymi głazami, gdzieniegdzie wysokie wrzośce. Idziemy przez chwilę w stronę ukrytego w chmurach szczytu, po czym odbijamy w lewo. Miejsce, do którego dojdziemy, będzie najbardziej wysuniętym na zachód punktem trekkingu. Od jutra zaczniemy iść na wschód, będziemy obchodzić górę południowym stokiem, wielokrotnie wspinać się i wytracać wysokość po to, by jak najlepiej przygotować organizm na trud ataku szczytowego.

Jaskinia pojawia się przed nami nagle, po kilkunastu minutach marszu. Jest niska i szeroka, z zewnątrz trudno ocenić jej rozmiary. Bakari wchodzi pierwszy i zaprasza do środka. Schylam głowę i robiąc powolne kroki przyzwyczajam wzrok do ciemności. Na sklepieniu widać czarne ślady po ogniu tych, którzy kiedyś tu nocowali. Popołudniowe
niebo rozświetla się odrobinę, jaśniejsze światło pada na twarze. Dotychczasowy spacer rozbudził nas, dlatego idziemy dalej. Ścieżka jest wąska i długa, a u jej końca widać mały, zielony punkt - chatę kampu na trasie Lemosho - tej, która połączy się z naszą Machame już następnego dnia. Przysiadamy na skałach, skąd widać tragarzy przemieszczających się miedzy obozami, ale już nie idziemy dalej.

W kampie mamy jeszcze czas, zanim podadzą kolację. Grupa rozchodzi się do namiotów, koło których chwilę później rozlega się wołanie Hamzy: „Washing water! Woda do mycia”. Albo w lokalnej wersji „Maji ya kunawa”. Każdy dostaje odrobinę ciepłej wody w małej misce koloru maków, lnu albo zielonych bananów. Słychać spadające krople, roześmiane rozmowy, gdzieniegdzie widać nagie torsy tych, których nie przeraża zimno.

Śpieszę dopytać o posiłek.

Kuchnia ma dwa metry szerokości i taką samą długość, a także przedsionek z tropiku. Na środku pomieszczenia, na zwiniętej karimacie, spod której wystaje plecak, siedzi Salimu, nasz kucharz. Niebieska, polarowa czapka z frędzelkami, ortalionowa kurtka i takież spodnie, na kolanie zaklejone zwykłą taśmą - ubranie prawdopodobnie dostał od turystów. Na kolanach kucharza leży nieduża, plastikowa deska. Salimu wielkim nożem kroi w plasterki marchewkę. Chłopak schowany za jego plecami tnie jasne ciasto w małe trójkąty - będą z nich mandazi, pączki. Układa je na srebrnej tacy, a potem podaje Babu Sundi, który bierze trójboki i ostrożnie kładzie je na rozgrzany olej. On też siedzi na plecaku.

Miski na wodę / Fot. Elżbieta Wiejaczka- Chakula cha jioni saa ngapi? O której kolacja? - pytam.
Zanim Salimu zdąży spojrzeć na zegarek i oszacować czas, którego jeszcze potrzebuje do ukończenia dzieła, Ali przesuwa w moją stronę żółta beczkę po oleju, w której trzyma się wodę. Stawia ją blisko jednego z trzech palników. Wie, że usiądę, żeby się zagrzać i żeby z nimi porozmawiać.

- Saa moja usiku - odpowiada kucharz. - O siódmej.
Moja znaczy jeden, a usiku - noc. Liczenie czasu w suahili jest osobliwe. Doba dzieli się na dzień i noc, a porę określa się jako kolejne godziny tych dwóch cyklów. A więc kolacja jest o siódmej, czyli o pierwszej godzinie nocy.
- Nitarudi baada ya dakika chache. Zaraz wrócę - mówię z uśmiechem i idę zanieść informację grupie. Chwilę potem jestem z powrotem.

Siadam na moim miejscu pod tropikiem. Obok mnie stoi Ali i chłopak, który delikatnie przekłada pływające w oleju mandazi z „pleców na brzuch”. Przede mną w dużym garnku gotuje się ryż z groszkiem, dokładnie przykryty folią aluminiową.

Salimu przygotowuje sos z wołowiny. Podpieka na oleju mięso, cebulę i skrojoną w słupki marchew. Na małej, białej tarce z plastiku, którą trzyma ponad garnkiem, ściera dwa pomidory. Dolewa wody, dosypuje kilka przypraw z pudełek schowanych dotąd w reklamówce leżącej między butlami z gazem i odrobinę Milo - mleka w proszku. Zaraz przed solą, która będzie ostatnim składnikiem, dosypuje czegoś białego. Pochylam głowę, żeby przeczytać na opakowaniu „Coconut”. Orzech kokosowy.

Drewnianą łyżką Salimu nabiera kilka kropel sosu i kapie na wnętrze dłoni. Zlizuje. Dosypuje soli do sosu, a potem powtarza całą procedurę. Dopiero za trzecim razem się uśmiecha - gotowe! Podaję im kilka torebek herbaty Magic Orient i Rooibos, które przywiozłam z Polski. Tylko kucharz jest na tyle śmiały, żeby spróbować. Babu Sundi nalewa wodę do mojego kubka, Salimu podaje mi cukier -wysypuje ziarna wprost na moją dłoń i pyta, czy wystarczy.
- Bado - mówię. - Za mało.

Widok na Mt Meru / Fot. Elżbieta WiejaczkaPrzypominam sobie wtedy, że mam w telefonie muzykę od Husejna, jednego z naszych przewodników. Szukam przez chwilę folderu o nazwie „Malaika” czyli „Anioł” i jako pierwszy włączam Spea Tire - „Matonya”. Milczę. Salimu pyta, czy to polskie. Zaprzeczam ruchem głowy. Kiedy chłopak słyszy pierwsze słowa w suahili, jego usta o kolorze gorzkiej czekolady rozciągają się w uśmiechu, a głowa przeistacza się w tancerza. Chłopka zaczyna się kołysać i śpiewać, naśladują go pozostali siedzący w namiocie. Drugi hit to Samir - „Ukipenda”, aż w końcu najsławniejsze „Samaki”. Wszyscy w tej samej chwili wybuchają śmiechem. Salimu przybija mi żółwika, a potem mówi „respect, szacunek”.

Kiedy mandazi są gotowe, podkradam jeden, jeszcze gorący. Delektując się jego smakiem, wiodę wzrokiem po wnętrzu namiotu. Pod prawą ścianą kupka mango, pod tylną płachtą garnek z zupą dyniową - już przygotowaną, trzeba ją tylko podgrzać. W przedsionku pleciony kosz, w którym można znaleźć wszystko - słoik z dżemem, noże i ananasy. W namiocie są już rozłożone karimaty - nocą kuchnia przekształca się w sypialnię dla czterech chłopaków.

O dziewiętnastej jest kolacja. Zimno już. Na głowie mam szarą czapkę z wzorkiem, na dłoniach rękawiczki, które zdejmę przed pierwszym daniem. Ali wnosi zupę, z garnka unosi się ciepły dym. Nikt nie odmawia, niektórzy nawet biorą dokładkę. Zupa, którą doprawiono imbirem, wspaniale rozgrzewa. Na drugie ryż, sos mięsny z warzywami, sałatka, a potem jeszcze mandazi i po plasterku mango. Hamadi - jak co wieczór - przyszedł dać nam wskazówki na kolejny dzień i nauczyć jednego słowa w suahili. Dziś jest to „Lala salama” - „Śpij spokojnie”.
- I uważajcie jak będziecie w nocy chodzić do toalety - mówię jeszcze. - Pamiętajcie, że jest zawieszona nad skarpą. Lala salama!

Zapalam czołówkę i wychodzę w noc. Nad głową aż biało od gwiazd.


Wybrane dla Ciebie:




Komentarze (3):

Sortuj komentarze:

Trzeba to na prawdę kochać . ?

Komentarz został ukrytyrozwiń

cdn :-)

Komentarz został ukrytyrozwiń

Aż chce się czytac :) martwi mnie tylko, że artykuł nie zakończył się literami cdn :)

Komentarz został ukrytyrozwiń

Jeśli chcesz dodawać komentarze, musisz się zalogować.

Najpopularniejsze

Copyright 2016 Wiadomosci24.pl

Korzystamy z cookies i local storage.

Bez zmiany ustawień pliki są zapisywane na urządzeniu. Więcej przeczytasz tutaj.