Dzień pierwszyPodróż do akademika. Zaczęło lać, całe szczęście niegroźnie. W akademiku okazało się, że za nocleg musimy zapłacić nie 30 - jak mówiła pani przez telefon podczas rezerwacji - a 40 zł. No cóż, nie wybrzydzaliśmy, ale gdybyśmy wiedzieli o tym wcześniej, to poszukalibyśmy czegoś w tej samej cenie bliżej centrum, a nie na końcu świata jakim jest Ligota.
Po rozpakowaniu wyprawa do sklepu po jedzenie i tequilę! Niestety z powodu trochę dłuższego niż przewidywaliśmy zasiedzenia przy tequili, zdążyliśmy tylko na dwie ostatnie piosenki Toro y Moi. A szkoda, bo - sądząc po końcówce - cały koncert był równie dobry.
Godzina 19.40, Scena Offensywna i koncert Black Heart Procession. W domu mogę ich słuchać
na okrągło, ale tu nie byłam w nastroju na statyczne i spokojne klimaty. Zostaliśmy tylko na trzech utworach i poszliśmy na Horrorsów. Koncert całkiem całkiem, ale bez szału - spodziewałam się czegoś więcej.
Po Horrosach mieliśmy zamiar iść coś zjeść. Na zamiarach się skończyło. Dźwięki dochodzące ze Sceny Leśnej, na której występował Art Brut, skłoniły nas do zmiany planów. I słusznie, bo koncert był fenomenalny! Wokalista Eddie Argos, ku przerażeniu panów z ochrony, zeskoczył ze sceny w tłum!
Niestety minusem wszystkich festiwali świata jest to, że nie można być w dwóch miejscach jednocześnie, tak więc ominął nas koncert Fenesza.
W końcu! Punkt gastronomiczny, fanaberie z bonami i zimna kiełbasa w cenie 12 zł - ech, te festiwalowe ceny... Nienajedzeni poszliśmy na piwko - akurat zaczęło znowu siąpić - i słuchaliśmy sobie Lenny Valentino, a później The Fall. Z naszej miejscówki dobrze było słychać zarówno to, co się dzieje na scenie Mbanku jak i na Leśnej.
Występ The Fall nie podobał mi się. Nie było to dla mnie jakimś wielkim zaskoczeniem, bo ich płyty również mnie nie zachwyciły. Z tego, co słyszałam, inni też nie byli zadowoleni z tego koncertu.