Facebook Google+ Twitter

"Dziennik rumowy" - przeciętna książka nieprzeciętnego autora

Przedświąteczna gorączka zakupów zmusiła księgarzy do wystawienia na półki wielu dodatkowych tytułów. Wśród nich znalazł się nareszcie "Dziennik rumowy", druga wydana w Polsce powieść autora "Lęku i odrazy w Las Vegas".

 / Fot. materiały promocyjneKsiążka napisana na długo przed wynalezieniem charakterystycznego dla Thompsona stylu Gonzo, nie reprezentuje najlepiej dorobku pisarskiego autora. Być może dlatego musiała czekać na wydanie blisko 40 lat. Wydanie „Dziennika rumowego” przez Niebieską Studnię nie było jednak wydawniczą pomyłką. Umożliwi fanom zapoznanie się z dziełem jeszcze przed premierą filmu zapowiadanego na wiosnę przyszłego roku.

Bohaterem i narratorem książki jest Paul Kemp – trzydziestoletni dziennikarz-włóczęga, który przez ostatnią dekadę nigdzie nie zagrzał miejsca. Poznajemy go, gdy z mroźnego Nowego Jorku leci do egzotycznego Portoryko, aby zająć posadę w anglojęzycznej "San Juan Daily News". Dołącza do zespołu redakcyjnego składającego się z podobnych jemu rozbitków życiowych, którzy wolne chwile spędzają, pijąc rum w barze u Ala. Kontrolę nad tą dziką zgrają próbuje sprawować wydawca gazety – Ed Lotterman, jednak jest to tym trudniejsze, im bardziej pogłoski o upadku gazety przybierają na sile. W pierwszych dniach na wyspie przewodnikiem i towarzyszem Kempa zostaje fotograf Bob Sala. W następnej kolejności bohater zaprzyjaźnia się z Yeamonem, którego nieobliczalne zachowanie nieraz będzie przyczyną kłopotów.

W momencie pisania "Dziennika rumowego" Thompson miał dwadzieścia dwa lata. Na tym etapie autor nie wykształcił jeszcze swojego osobistego stylu, w którym nie czuć byłoby inspiracji prozą starszych kolegów, np. Ernesta Hemingwaya. Tempo akcji w "Dzienniku" odpowiada tempu życia dziennikarzy, jednak istotnych wydarzeń jest tam jak na lekarstwo. Dzięki temu dystans między pierwszą i ostatnią stroną książki można pokonać szybko, ale niewiele z lektury pozostaje. Książka nie wywołuje w czytelniku żadnej zmiany, być może dlatego, iż na samym Kempie wydarzenia zdają się nie odciskać najmniejszego piętna. Pierwszoosobowy narrator zachowuje doskonały dystans do opisywanego świata, skupiając się na obserwacji, zamiast angażowania się w to, co dzieje się dookoła. W konsekwencji z prozy Thompsona ulatuje życie, brak w niej Kempa-bohatera. W ten sam sposób powieść zyskuje na reporterskiej wartości. Napisana po powrocie pisarza z Portoryko książka jest w pewnej mierze dokumentem epoki, opisem stosunków panujących w owym czasie na wyspie. Pod pretekstem opisu zlecenia wykonywanego dla bogatego Zimburgera, Thompson serwuje czytelnikowi zgrabną syntezę na temat amerykańskiej obecności w tropikalnym raju.

"Dziennik rumowy" jest również hołdem dla dziennikarzy-włóczęgów, portretem tej specyficznej grupy. Autor w równym stopniu obnaża ich społeczne niedopasowanie, co dokonuje apoteozy stylu życia, w którym największym zmartwieniem jest zdobycie lodu do rumu. Książkę o - wątpliwego autoramentu, ale jednak – dziennikarzach, dopadają niestety dziennikarskie słabości. O ile rzetelne opisy postaci świadczą o talencie do obserwacji Thompsona, tak nieumiejętność nadania tym postaciom życia jest świadectwem literackich braków. O bohaterach powieści nie dowiadujemy się wiele, ani od Kempa-narratora, ani od nich samych. Ich decyzje, motywacje, działania pozostają dla czytelników zagadką, nie można bohaterów zrozumieć. Trudno jest więc odnieść się do nich emocjonalnie, polubić, znienawidzić, a niemożliwe – utożsamić. Odnoszę wrażenie, że postaci pozostały na etapie szkicu, a proza Thompsona wiele traci na braku bohaterów z krwi i kości. Z tych i innych powodów „Dziennik rumowy” pozostanie w moim odczuciu przeciętną książką nieprzeciętnego autora.

Wybrane dla Ciebie:




Komentarze (5):

Sortuj komentarze:

Jerzy Opar
  • Jerzy Opar
  • 16.03.2011 00:25

Biorąc pod uwagę, że czytał Pan "Rum diary" w oryginale, a także napisał obszerny tekst o Thompsonie, nie dziwi mnie brak aprobaty dla mojej oceny. Mimo sympatii do postaci HST, którą jak mniemam podzielamy, starałem się o obiektywną krytykę "Dziennika...", który nie jest złą książką, ale do wybitnych nie należy. Jej wartość jako dokumentu również jest dyskusyjna. Nie jest to wszakże reportaż, lecz powieść wyrażająca subiektywne spojrzenie autora. Zawarte w niej obserwacje społeczne nie są wyjątkowo wnikliwe, jednak udaje jej się tworzyć szczególny klimat, który - jak możemy przypuszczać - odpowiada życiu dziennikarzy w Puerto Rico w tamtym czasie. Ponieważ uchwycenie na kartach powieści owego genius loci nie jest sprawą łatwą, "Dziennik...", mimo literackich niedociągnięć, jest lekturą nie pozbawioną wartości.

Dziękuję za komentarze.

Komentarz został ukrytyrozwiń

Chyba jednak się nie zgodzę z opinią, że jest to przeciętna książka. Co prawda nie znam przekładu, bo "Dzienniki Rumowe" czytałem w oryginale, więc możliwie, że mam na myśli trochę jednak inną książkę niż autor recenzji;)
Dla mnie tekst miał dużą wartość dokumentalną - jak sam autor recenzji zauważył - chodzi o specyficzną grupę zawodową, kolesie mocno tankowali i raczej nie byli nazbyt wysublimowani.
No i jeszcze fakt, że przed Rum Diaries nie miałem okazji przeczytać niczego o Portoryko we wczesnych latach sześćdziesiątych. Myślę, że książka nie odstaje poziomem od innych amerykańskich książek z tego okresu, generalnie niezły tekst. Tym bardziej biorąc pod uwagę młody wiek autora.

Komentarz został ukrytyrozwiń
Beata Szczurzewska
  • Beata Szczurzewska
  • 23.12.2010 15:16

Czekam na kolejne tak świetne i lekko napisane recenzje :)

Komentarz został ukrytyrozwiń

Dobra recenzja!

Komentarz został ukrytyrozwiń

Książka faktycznie przecięta, choć w żadnym wypadku nie zła, natomiast recenzja aspirująca do nieprzeciętnej. Świetne, lekkie pióro, panie praktykancie!

Komentarz został ukrytyrozwiń

Jeśli chcesz dodawać komentarze, musisz się zalogować.

Najpopularniejsze

Copyright 2016 Wiadomosci24.pl

Korzystamy z cookies i local storage.

Bez zmiany ustawień pliki są zapisywane na urządzeniu. Więcej przeczytasz tutaj.