Facebook Google+ Twitter

Pozycja materiału w rankingach:

184339 miejsce

Dziennikarze pod lupą lustratorów

Młyny lustracji w mediach mielą podobnie, jak w innych branżach. Tyle, że o lustracji dziennikarzy w korytarzach redakcyjnych mówi się po cichu, bo szefowie nie są przygotowani na kolejne ujawnienia rzekomych agentów.

  Kolejne rewelacje prasowe i dwie listy to miejsca skąd czerpie swe żródło lustracja medialna.
Tzw. lista Macierewicza II została opublikowana pod koniec maja br. w tygodniku "Głos". Upublicznia ona nazwiska dziennikarzy, którzy mieli współpracować z komunistycznymi tajnymi służbami od lat 40 do 70 XX wieku.
Druga to tzw. lista Wildsteina. Na obu listach widnieją nazwiska czołowych ludzi z pierwszych stron gazet, wybitnych publicystów i byłych redaktorów naczelnych najpoważniejszych dzienników.
Oczywiście nie wiadomo w jakim zakresie wymienieni na obu listach ludzie współpracowali i czy w ogóle wykonywali jakieś zadania dla PRL-owskich służb. W ocenie wiarygodności tych zródeł większość (zarówno sceptyków jaki i zdecydowanych zwolenników lustracji) jest zgodna, że wszyscy wrzuceni zostali do jednego worka. Bo wiadomo, że nie każdy w tamtych czasach zachowywał się haniebnie. Obydwie listy w sporej części przedstawiają ludzi, z którymi bezpiece nie powiodło się, a spora ich część była inwigilowana. Są na niej ludzie, którzy donosili na kolegów jak i ci, którzy opisywali sytuację polityczną w krajach, do których wyjeżdżali, a przecież to nie to samo.

Jak zatem lustrować

Redaktorzy naczelni zwykle nie odrzucają pomysłu lustracji dziennikarzy. Gdyby środowisko opierało się lustracji, wyszłoby na bandę hipokrytów, którzy zabierając głos w tej sprawie, sami nie chcą się poddać procedurom lustracyjnym. Jedni krzyczą, że dziennikarz to zawód zaufania publicznego, zatem poddanie się lustracji jest oczywiste. Inni uważają, że stawia się ich przed przymusem przysłowiowego udawadniania, że nie są wielbłądami, a dziennikarz pracuje na swoją pozycję własnym nazwiskiem i na własną odpowiedzialność przez całe życie. Ci drudzy to zazwyczaj weterani dziennikarstwa.
Sprawa jest bardzo trudna, a ciągły brak znowelizowanej ustawy (lustracyjnej i ustawy o IPN ) oraz dyskusje nad nią, wcale nie pomagają poszczególnym redakcjom. Wszystko jest lepsze niż kolejne oskarżenia, które trudno zweryfikować. Tymczasem przy braku jasnych reguł, podobnie jak w polityce tak i w mediach lustracja (niestety) staje się narzędziem do manipulacji nazwiskami przez konkurencję. Media nierzadko wykorzystują przecieki kontrolowane i wyrządzają więcej krzywdy podejrzanym o współpracę, nierzadko wykluczając ich z życia publicznego. Znany jest przypadek dziennikarza poznańskiego ośrodka TVP, oskażonego w 2005 r. o współpracę, który nie miał możliwości obrony i 16 lat jego pracy dziennikarskiej zostało przekreślone. Istnieją też redakcje, gdzie opowiedzenie się w dyskusji za lustracją kończy się dymisją.

Autolustracje

Wiadomo wszystkim zainteresowanym, że są redakcje gazet o radykalnie antylustracyjnej linii, a także te, które próbują załatwić tą kwestię zgodnie z własnymi regułami. Jak np. "Dziennik Polski", który już na początku tego roku ogłosił autolustrację wszystkich swoich dziennikarzy, którzy urodzili się przed 1972 r.
Mieli oni przynieść do redakcji oświadczenia lustracyjne.
We "Wprost" również są ustalane zasady- w przypadku podejrzenia o współpracę ze służbami PRL-u- dziennikarz musi dostarczyć do redakcji materiały z IPN-u na swój temat. Bo jedyną dobrą w tym wypadku metodą jest dostęp do teczek- potem dołącza się w gazecie oświadczenie podejrzanego (jeśli oczywiście dziennikarz czuje taką potrzebę). Póżniej można jedynie czekać na oświadczenie z IPN-u w sprawie wniosku ze strony zainteresowanego. Jednak wiadomo ile to trwa.
Podobnie - ponad rok temu- postąpiła redakcja "Nesweek Polska" .Wystąpiła do IPN-u o materiały na swój temat. Sprawa była tam o tyle prostsza, że większość ludzi Newsweeka to ludzie młodzi, urodzeni po 1972 r.
To lepsze rozwiązanie niż wysyłanie kolegów do IPN-u pod naciskiem państwa -mówią naczelni.

Rola państwa

Obecnie istnieje zespół przygotowujący nowelizację ustawy o IPN-ie i o lustracji. Ustalił on, że każdy dziennikarz mediów publicznych jak i prywatnych, urodzony przed 1972 rokiem, miałby obowiązek wystąpienia do IPN-u o wydanie zaświadczenia o zawartości archiwów tajnych służb PRL-u na swój temat. Gdyby pracownik mediów publicznych tego nie zrobił, musiałby to zrobić jego pracodawca. W mediach prywatnych pracodawca nie miałby takiego obowiązku, ale mógłby sam wystąpić o lustrację swoich pracowników. Jak narazie nie ma mowy o sankcjach dla dziennikarzy, którzy okazaliby się byłymi agentami, a o dalszym zatrudnieniu miałby decydować pracodawca. Grupy badawcze powołane do badania środowiska dziennikarskiego w IPN-ie cały czas pracują - będą ujawniane nazwiska współpracowników SB w redakcjach, które działały w PRL-u. Ale w międzyczasie będziemy świadkami kolejnych oskarżeń.

Oddzielić ziarna od plew

W publicznej dyskusji na temat lustracji od dawno wiadomo, że nic nie jest czarne lub białe. Dziennikarze podejrzewani o współpracę twierdzą, że czasem aby np. wyjeżdżać za granicę i zdobyć paszport musieli coś podpisać na odczepnego, ale to co innego niż donos na kolegów, czy pobieranie honorariów za współpracę. Dla korespondenta zagranicznego konieczne były wizyty w ambasadach, a wiadomo kto wtedy w nich pracował. Żeby być dziennikarzem i jedzić po świecie w czasach PRL-u było się czasem skazanym na kontakty z SB. Ci co nie chcieli współpracować wiedzieli, że nie należy z nimi prowadzić żadnych rozmów, jeśli nie jest się do nich oficjalnie wezwanym. Przy załatwianiu trudnych spraw jak np. paszport trzeba było znależć sposób na nich - mówią starsi dziennikarze.

Giełda nazwisk trwa, tyle, że w branży medialnej nie jest aż tak oficjalna, bo grozi utratą wiarygodności pracowników poszczególnych redakcji. Na co dzień mamy kolejne newsy o nowych "delegatach" w coraz szerszej witrynie branż. Na pocieszenie trzeba zauważyć, że teatr rozgrywa się nie tylko u nas, o czym świadczy medialna lustracja w Rumunii. Wokól teczek krążą różne osoby, które czasem bardziej niż prawdy (dyskusyjnej), żądni są po prostu sensacji lub czyjegoś upadku. Obserwujemy dramaty i samosądy, a określenia w stylu "prawda nas wyzwoli" już dawno straciły na znaczeniu. Niestety aparat panśtwowy i ustawy (choć rozwiązania są konieczne) nie roztrzygną i nie postawią wyrażnej granicy między draństwem a uczciwością, ambicją a zwykłym donosicielstwem.
Kolejne odsłony przed nami i nie należy przeceniać ich znaczenia. Ustawy i wszelkie formalne doprecyzowania mogą dać jedynie wskazówki w praktycznym rozwiązywaniu zawiłości lustracyjnych, a najlepiej wiedzą to ludzie doświadczeni "grą teczek" na własnej skórze. I to dużo lepiej niż np. ...dziennikarze.














Wybrane dla Ciebie:




Komentarze (1):

Sortuj komentarze:

KOREKTA: [zajawka] Tyle że... [tekst] od lat 40. do 70., ...sceptyków, jak i..., ...kolegów, jak i..., ...nią wcale..., zasady -, ...PRL-u dziennikarz..., ...teczek, potem..., Podobnie ponad rok temu postąpiła...Polska". Wystąpiła..., ...państwa - mówią..., ...publicznych, jak i..., ...od dawnA wiadomo, ...czasem, aby np. wyjeżdżać za granicę i zdobyć paszport, musieli..., ...było się nieraz skazanym..., ...spraw, jak np. paszport, trzeba było znaleŹć..., ...trwa, tyle że w..., WokóŁ, ...(dyskusyjnej) żądni są..., rozStrzygną, wyraŹnej, ...niż np... dziennikarze.

Komentarz został ukrytyrozwiń

Dziękujemy za Twoją aktywność w serwisie wiadomosci24. Do zobaczenia niebawem w innym miejscu.

Copyright 2017 Wiadomosci24.pl
#PRZEPROWADZKA: Dowiedz się więcej

Korzystamy z cookies i local storage.

Bez zmiany ustawień pliki są zapisywane na urządzeniu. Więcej przeczytasz tutaj.