Facebook Google+ Twitter

Pozycja materiału w rankingach:

36006 miejsce

Dzika emigracja do Anglii, czyli jak to kiedyś bywało

Czasy się zmieniają. Dzisiaj wyjazd Polaka do Anglii w celach zarobkowych to czysta przyjemność. Nie to co jeszcze kilka lat temu, gdy wyjazd do Anglii był jak trafiony na loterii los.

Czasy się zmieniają. Dzisiaj wyjazd Polaka do Anglii w celach zarobkowych to czysta przyjemność. Ma tam znajomych lub w najgorszym razie rodzinę, którzy już wcześniej przetarli emigracyjne szlaki i na pewno dadzą dach nad głową i postarają się o jakiś "job". Coraz mniejszą barierę stanowi język, bo polskie brejkanie można usłyszeć w Wielkiej Brytanii częściej niż bicie Big Bena. I można się napić polskiego piwa w pierwszej lepszej knajpce. Nie to co jeszcze kilka lat temu, gdy wyjazd do Anglii był jak trafiony na loterii los.

Wyjazd jak wyjazd, bo opuścić Polskę mógł praktycznie każdy, jeśli posiadał odpowiednią ilość pieniędzy. Gorzej było z przekonaniem strzegących wrót angielskiego raju na kanale La Manche cerberów. Wtedy, w drugiej połowie lat XX-tych przekroczyć ten próg nadziei pragnęło wielu. To było coś na kształt dzikiej emigracji, karawany autokarów z Polakami próbowało dostać sie do oazy szczęścia. Modne były wówczas różnego rodzaju cwancyki.

Na przykład ktoś będący w Wielkiej Brytanii wysyłał do znajomego w Polsce zaproszenie do siebie. To zaproszenie było glejtem uprawniającym do wstępu na teren Wielkiej Brytanii. Ale większość z tych żelaznych listów była fikcyjna. A w najlepszym razie półprawdziwa. No bo i owszem, istniał nadawca takiego listu, ale nie zgadzały się na przykład daty przyjazdu i wyjazdu do UK gościa z Polski. A urzędnicy celni byli szczegółowi i dzwonili do nadawców, jeśli coś się nie zgadzało. Wtedy zaczynał się w autokarze wyścig przyszłych emigrantów z czasem. Trzeba było skontaktować się telefonicznie z wystawiającym zaproszenie i sprostować błąd. I zrobić to szybciej, niż celnik.

Ale pracujący na granicy nie byli w ciemię bici i zaraz wykrywali telefoniczne szwindle. Konfiskowano więc w autokarze komórki, pozbawiano złudzeń. Tylko ci, których już sprawdzono odzyskiwali swoje telefony. Podejrzani musieli prosić ich, by po cichu dali wysłać smsa. Tylko w ten sposób można było skontaktować się z nadawcą listu i poprawić informację, o którą będą pytać emigracyjni urzędnicy. Ale nikt z przepuszczonych przez granicą nie chciał się narażać. Wtedy przekupowano ich zegarkami, złotymi kolczykami i pieniędzmi, okradano z komórek, grożono, a nawet bito.

Emigracyjne sito miało małe oczka. Więcej niż połowa przepełnionych autokarów powracało spod Kanału La Manche do Polski, a ich pasażerowie tracili pieniądze wydane na bilet do Anglii. Nikt im ich nie refundował. Niektórzy poddawali się i zostawali w Polsce, nie mając pieniędzy na kolejny bilet. Inni zbierali na następną, kto wie, może szczęśliwą próbę wyjazdu. Za miesiąc, dwa, jak najszybciej.

Dzisiaj, pijąc polskie piwo na Picadilly Circus i rozmawiając po polsku z napotkanym przez przypadek rodakiem, możemy się tylko pośmiać z takich historii i mieć nadzieję, że nigdy więcej się nie powtórzą.

Wybrane dla Ciebie:




Komentarze (1):

Sortuj komentarze:

czy magister czy po podstawowce nie ma znaczenia. wybierajac emigracje wybiera sie ciezka prace , najczesciej fizyczna.to tylko psychiczne nastawienie. albo sie boisz roboty albo nie. Jestes dobry w swojej pracy - wygrywasz.
<a href="http://www.emigracjapolska.com">Emigracja Polakow</a>

Komentarz został ukrytyrozwiń

Jeśli chcesz dodawać komentarze, musisz się zalogować.

Najpopularniejsze

Copyright 2017 Wiadomosci24.pl

Korzystamy z cookies i local storage.

Bez zmiany ustawień pliki są zapisywane na urządzeniu. Więcej przeczytasz tutaj.