
Dzisiejszy mecz to nie tylko walka o kolejne trzy punkty. To nie tylko szlagier na skalę europejską. To nie tylko najciekawszy, najbardziej wyczekiwany i najbardziej omawiany mecz tego weekendu. Ten mecz to coś więcej. Zdecydowanie więcej. Czeka nas wydarzenie, którego tradycję i atmosferę niezwykle trudno opisać słowami. Święta wojna królewskiego Realu i katalońskiej Barcelony. Wydarzenie sportowe, kulturalne, społeczne i nawet polityczne. Derby Mediolanu schodzą na odległy plan.
Sto, sto, sto
Sto tysięcy kibiców na stadionie, euforyczny, magiczny Camp Nou, setki milionów przed telewizorami, setki dziennikarzy z akredytacjami (851 - to więcej niż ilość kibiców na meczach Wisły Płock), w końcu setki milionów euro biegających po boisku, w potyczce o ponad stuletniej tradycji. Mecz jedyny w swoim rodzaju, o którym zapisano już tomy, z historią animozji i kontrowersji dłuższą niż Amazonka. Wydarzenie większe niż tylko mecz piłkarski. Nie bez kozery nazywany Świętą Wojną bo to walka
blancos
z
blaugrana,
centralistycznej, królewskiej
Kastyli z niepodległą, dumną Katalonią. Każdy taki mecz to przedłużenie walki Katalonii o niezależność, niepodległość a nie tylko podkreślenie autonomii. A każde zwycięstwo jest cenniejsze niż jakiekolwiek ustalenia prawne czy polityczne. Na boisku spotykają się równi przeciwnicy i niech wygra lepszy. To tak jakby w XIX wieku rozgrywano mecz Carska Rosja - Polska. Ostatnimi czasy to nawet symboliczna
walka premiera Zapatero, wielkiego fana Barcy i króla Hiszpanii Carlosa, kibicującego naturalnie Realowi.
Nie ma takiego drugiego meczu i nie ma dwóch tak zwaśnionych klubów jak dwa hiszpańskie kolosy. Porażki w lidze, brak sukcesów w Europie kibice wybaczą, ale porażki w "Grand Derby" nigdy. Podobnie jak zdrady klubu na rzecz odwiecznego rywala. Gdy Luis Figo odszedł do Realu z Barcelony w 2001 roku grożono mu śmiercią, gdy Luis Enrique strzelał bramki dla blaugrany na Santiago Bernabeu został obrzucony setką różnych przedmiotów. Buczenie, gwizdy czy machanie białymi chusteczkami (w Hiszpanii oznaka, mówiąc delikatnie, dezaprobaty) to podstawowy arsenał kibiców skierowany w wroga, (bo to więcej niż przeciwnik) a czasem nawet w kierunku swojej drużyny gdy przegrywa.
Odnowa moralną
Obie drużyny są wykrwawione. Obie odpadły w tygodniu z Ligi Mistrzów. Obie znajdują się w sytuacji kryzysowej i obie muszą się "odbić od dna", a dzisiejszy mecz jest do tego idealną okazją. I tu się podobieństwa kończą.
Przyszłość wygląda lepiej dla Barcelony. Przede wszystkim jest wyżej w tabeli Primera Divison niż Real, gra na swoim stadionie, dla swoich fanów i mimo wszystko jest w lepszej formie od "Królewskich". Były obawy czy trio REM zagra, bo Ronaldihno nie trenował. Frank Rijkaard rozwiał jednak wątpliwości wczorajszej konferencji prasowej i genialnego Brazylijczyka nie
zabraknie podczas "El Classico".
Nie chodzi o to, że Ronni jest niezastąpiony dla zespołu ale nawet w słabszej dyspozycji, jego dotyk geniuszu potrafi odmienić spotkanie. W Barcelonie zabraknie tylko Giuly'ego i Zambrotty, reszta, w tym nieobecni ostatnio Sylvinho i Belletti, jest gotowa do spotkania. Bramkarz Victor Valdes stwierdził, że sukces, "będzie odnową moralną zespołu i początkiem serii wygranych". Forma i styl porażek z Sevilla i Liverpoolem nie nastraja optymistycznie, ale tamte mecze pójdą w zapomnienie jeśli dziś Barca pokona Real.
Królewscy notują kolejny fatalny sezon. Fatalny jak na oczekiwania, możliwości i szumne zapowiedzi. Miliony euro wyrzucone w błoto, konflikty i tragiczna gra, fatalne porażki i nieustabilizowana forma, kryzys dużo głębszy niż za czasów nawet Luxemburgo. To, w skrócie obraz ostatnich miesięcy. Mimo tego Real jest na 5. miejscu i traci tylko 6 punktów do lidera. Trener Realu Fabio Capello nie potrafi dotrzeć i porozumieć się z zawodnikami, zrezygnował z Ronaldo, który odnalazł się bardzo szybko w Milanie, odstawił na boczny tor Beckhama i Cassano, ale musiał się ukorzyć i ich przywrócić do zespołu. Efekt?
Z umierającego pacjent przeszedł w stan krytyczny, a dziś może trafić prosto do kostnicy. Brak Cannavaro i Roberto Carlosa to bardziej wzmocnienie Realu niż osłabienie, ale brak Beckhama i Cicihno może być juz bardziej dotkliwy. Do listy kontuzjowanych dodajmy Reyesa i mamy pełen obraz ograniczeń ofensywnych Realu. Może Capello pójdzie po rozum do głowy i posadzi na ławce Diarrę, a wpuści Robihno, jedyną pozytywną postać obok Raula i Cassilasa w drużynie.
Jednak nawet takie posunięcia nie dają wielkich nadziei "Królewskim". Są rozbici kadrowo i psychicznie, nie tworzą monolitu, a tak ceniony fachowiec jak Capello nie potrafi trafić do tuzów pokroju Van Nistelrooya czy Emersona. Wprawdzie odgrażają się i mówią o zwycięstwie, ale z takim przekonaniem jak polscy politycy. I zapewne z podobną skutecznością. Słowa zweryfikuje życie.
Na osłodę
Barcelona wciąż realnie myśli o obronie tytułu, a pojedynek z Realem jest po trzykroć istotny. Po pierwsze, zwycięstwo podbuduje psychicznie podopiecznych Rijkaarda, po drugie, wyeliminuje na dobre Real z walki o triumf w lidze i po trzecie, wywrze presje na liderze - Sevilli.
Historia potyczek na Camp Nou przemawia zdecydowanie na korzyść gospodarzy, którzy z 76 futbolowych klasyków wygrali 43 przypadkach. Real po raz ostatni wygrał na stadionie Barcelony
w sezonie 2003-04 - 2:1. Najwyższą wygraną ekipa z Madrytu, odnotowała tu
w sezonie 1962-63, kiedy pokonała rywali 5:1, natomiast najdotkliwsza porażka przyszła
w roku 1950-51 - 2:7, oraz w 1993-94 - 0:5 ( trzy gole Romario). Również w podsumowaniu wszystkich
232 "El Classico" przewagę ma Barca, wygrała w 94 meczach, w 51 padł remis, a w 87 drużyną lepszą okazał się klub ze stolicy Hiszpanii.
Historia, statystki i bukmacherzy przemawiają na korzyść gospodarzy ale nie należy zapominać, iż ostatnie "El Classico" wygrał Real (2:0). Urokiem piłki jest jej nieprzewidywalność i hipnotyczna siła, która dziś znów zaczaruje miliony, łaknące fantastycznej gry i spectrum emocji. Atmosfera jest, kibice są, pozostaje czekać już tylko na piłkarzy!