Facebook Google+ Twitter

Pozycja materiału w rankingach:

7012 miejsce

Dziwna, katowska czułość

Po wejściu w życie nowej ustawy lustracyjnej pojawią się jeszcze słynniejsi niż Gilowska „czarownicy z krainy OZI”, ale teraz społeczna sława profesor Zyty Gilowskiej nie podlega jeszcze dyskusji.

Bohaterką tego tekstu nie jest jednak pani profesor, lecz inna, równie medialna postać.Chodzi oczywiście o sędzię Małgorzatę Mojkowską, która zasłynęła bardzo ciekawym (nie chcę wypowiadać mocniejszych słów) uzasadnieniem uniewinniającego wyroku. Jej wypowiedź, podobno znakomita za punktu prawnego, była, moim zdaniem żartem kata stojącego z toporem, świadomego zainteresowania zgromadzonej na placu gawiedzi i pytającego z troską skazańca z głową na pieńku, czy jest mu wygodnie. Poprzednio bowiem ten, ładnie wyglądający w czerwonym ubranku, instytucjonalny zabójca czule podłożył poduszkę pod szyję nieszczęśliwca.
To uzasadnienie było już setki, jeśli nie tysiące razy, analizowane w mediach, ale omawiający nie zauważyli, niestety, pewnych, niezmiernie istotnych jego konsekwencji. Co dziwne, umknęło to nawet osobom, które były po stronie Zyty Gilowskiej.

One również cytowały, nieświadomie chyba, ten fragment uzasadnienia, który zasługuje na wnikliwą analizę. Otóż sędzia Małgorzata Mojkowska, prawniczka znakomita, jak wynikało z komentarzy, wypowiedziała kilka zdań, które pokazały nie tylko nikłość jej historycznej wiedzy, ale co gorsza podsunęły wielu młodym dziennikarzom zaskakujący schemat interpretacyjny monocentrycznej przeszłości. Posługuję się tutaj terminem wybitnego polskiego socjologa Stanisława Ossowskiego, gdyż polityczny system w Polsce trudno nazwać totalitarnym ze względu na niezmiernie ważną rolę, w czasach powojennych Kościoła katolickiego.

W słynnej, prawie godzinnej przemowie, sędzia, przedstawiając kłopoty z ustaleniem winy w tym trudnym, poszlakowym procesie, użyła sformułowania, cytuję z pamięci, o nadmiernej gadatliwości i wynikającej z tego niefrasobliwości Zyty Gilowskiej, która pozwoliła agentowi Wieczorkowi zakwalifikować ją, jako TW „Beata”. Wynikało z tego, że gdyby podejrzana o złożenie nieprawdziwego oświadczenia lustracyjnego trzymała, używając potocznego określenia „język za zębami” (są jeszcze mocniejsze odmiany tego kolokwializmu, a określenie „gęba na kłódkę”, należy do łagodniejszych) na towarzyskich spotkaniach, w gronie przyjaciół w swoim domu, to niecny, udający potem szlachetnego agent Wieczorek, nic nie mógłby zarejestrować w swoich esbeckich dokumentach.

Takie sformułowanie może spokojnie znieść młody dziennikarz i młody, nie znający tamtych tragicznych czasów historyk, uczeń, i student. O pośle Girzyńskim, młodym naukowcu, jednym z twórców nowej ustawy lustracyjnej wspaniałomyślnie nie wspominam, gdyż jego rewolucyjny bolszewizm jest zbyt oczywisty. Nie musi jednak takich bzdurnych słów, (świadczących o zastraszającym braku historycznych kompetencji), odmawiających ludziom, ostrożnym w sferze publicznej tamtego systemu, rzadkich chwil poczucia bezpieczeństwa w sferze prywatnej (w rodzinie lub gronie najbliższych przyjaciół), akceptować socjolog.

Przecież Zyta Gilowska, ówczesny młody naukowiec, nie opowiadała tego wszystkiego, co jej w zachowanych dokumentach policji politycznej przypisano, na ulicy i zebraniach naukowych. Nie pisała o nich w gazetach i naukowych czasopismach, jak to robili niektórzy uczeni. Ona, jeśli oczywiście, jest to prawda, mówiła o tym, w gronie najbliższych sobie kilku osób, które obdarzyła zaufaniem. A komu, jak nie im, mogła, na Boga, ufać? Przecież była w swoim własnym domu i miała, wynikające z tego, poczucie bezpieczeństwa.!

Sędzia Małgorzata Mojkowska nie miała ani intelektualnego ani, tym bardziej moralnego prawa, wykorzystać wiedzy o poprzednim, ekonomicznie, społecznie i politycznie zdegenerowanym systemie, zdobywanej konsekwentnie w ciągu 17 lat wolności przez historyków, socjologów, politologów, ekonomistów i antropologów codzienności, do takiego uzasadnienia wyroku. Idąc tropem rozumowania sędzi można sarkastycznie powiedzieć, że dziennikarze i naukowcy, którzy chcieli pisać wtedy prawdę o systemie, narażali na pracę biednych, ukrytych gdzieś cenzorów. Przecież wiedząc o nich mogli się, jakże rozumnie, posłużyć autocenzurą. Albo w ogóle nie pisać!

A stwierdzenie, że wszyscy przecież wiedzieli, kto pracował w Służbie Bezpieczeństwa, co słusznie atakował w mowie obrończej profesor Kruszyński, jest najbardziej zakłamanym argumentem, szczególnie niebezpiecznym dla świadomości młodego pokolenia, jakie kiedykolwiek usłyszałem w swoim socjologicznym życiu.
O prawdziwej sile tajnego politycznego państwa wiemy przecież dopiero teraz, dzięki mrówczej pracy wielu naukowców. I nie można tej współczesnej wiedzy stosować do oceny codziennych zachowań ludzi, którzy mieli nieszczęście żyć w tamtych ponurych czasach. I nie jest to już tylko głupota, lecz po prostu moralna niegodziwość.

Wybrane dla Ciebie:




Komentarze (0):

Dziękujemy za Twoją aktywność w serwisie wiadomosci24. Do zobaczenia niebawem w innym miejscu.

Copyright 2017 Wiadomosci24.pl
#PRZEPROWADZKA: Dowiedz się więcej

Korzystamy z cookies i local storage.

Bez zmiany ustawień pliki są zapisywane na urządzeniu. Więcej przeczytasz tutaj.