Facebook Google+ Twitter

Eagles of Death Metal - Zipper Down - recenzja

Najlepszym przepisem na rock'n'rolla, który jest dobry, jest zmieszanie pierwszych trzech płyt The Rolling Stones z boogie woogie i Star Trekiem. Tak mogło powstać "Zipper Down"...

 / Fot. Eagles of Death Metal FacebookOto ona. „Zipper Down” - nowa płyta kalifornijskiego zespołu Eagles of Death Metal. Jesse „Boots Electric” Hughes i Joshua “Baby Duck” Homme (znany z QoTSA) kazali czekać na nią długie 7 lat. Dlaczego aż tyle? Sami twierdzą, że nie mogli pożyczyć auta od mamy żeby dojechać do studia… Cóż mogę powiedzieć, znam ten ból. Premiera miała miejsce 2 października, teraz możemy kupić ją za około 50 zł. W tej cenie otrzymujemy zbiór zupełnie nowych kompozycji zagranych na gitarze elektrycznej, basowej i perkusji. Są również śpiewane słowa i chórki. Czyli wszystko jak na albumie poprzednim… i jeszcze dwóch wcześniejszych… bo to ich czwarta płyta. Generalnie jest jak na większości płyt z muzyką tzw. „rozrywkową”! Zatem, rodzi się pytaniem, czy powstanie „Zipper Down” jest uzasadnione?

Tak. Tyle powinno wystarczyć, bo kto trochę zna EODM, ten wie, że dla nich nowa płyta jest pretekstem do koncertów, a na żywo Panowie generują taką energię, że nawet Kłapouchy zacząłby tańczyć. Specyficzne jest również to, że to gang dwojga przyjaciół, którzy spotykają się w studiu na pustyni, żeby trochę ze sobą pobyć, popracować i pożartować. Czyli jest to impuls, zaproszenie do dobrej imprezy. W ogóle, komu chciałoby się narzekać z tego powodu? To tak, jakby psioczyć, że The Hives nagrali nową płytę, albo Motorhead. Jeżeli ktoś taki istnieje, to niech schowa swój cynizm, trochę się wyluzuje, a jego życie nabierze nowych, pozytywnych odcieni. Optymizm, kapitanie! Bo dobry rock & roll jest nam potrzebny! Tylko jak to zrobić, żeby był naprawdę dobry?

Świetnym przepisem jest połączenie klasycznych dźwięków spod szyldu The Rolling Stones z boogie woogie i Star Trek rockiem. Wszystko odpowiednio zmiksowane na konsoli statku Enterprise daje dźwięki, które przekładają się na kosmicznie dobrą zabawę i świetne samopoczucie słuchających. Po raz kolejny udało im się zrobić to tak, żeby było „odpowiednio ostro dla chłopaków, do machania głowami i na tyle słodko i melodyjnie, żeby dziewczyny kołysały biodrami”. Po prostu „zostaniesz zasymilowany. Opór jest daremny”. „Zipper Down” jest szybkie, energiczne i do tańca. Bardzo podoba mi się to, co Josh wyczynia na perkusji. Zawsze dba o niesztampowość i kombinuje, niczym szczeniaczek, który wpadł w poślizg i manewruje tylnymi łapkami, by złapać przyczepność. Lubię takie podejście. Słuchać, że dobrze się bawi wymachując pałeczkami. Pielęgnujących takie nastawienie, jest niewielu, do tego grona zaliczyłbym jeszcze np. Jacka White’a i Matta Heldersa. Jeszcze jedno na co uwielbiam zwracać uwagę w kontekście Josha, to chórki. W tym wypadku piosenki „Oh girl”, „The Duce” oraz „Save a Prayer” (cover zespołu Duran Duran), gdzie jego głos zastępuje syntezator, to moi faworyci, polecam się wsłuchać! Czym w tym czasie zajmuje się Jesse? Śpiewa teksty o rock & rollowych sprawach, nocnych eskapadach do klubów, kobietach i byciu „cool”. W jednym z wywiadów Homme przyznaje, że normalnie na taką „poezję” zareagowałby w stylu „what the f***?”, ale ujmuje i porywa go ogromny entuzjazm Hughesa, z jakim podchodzi do spraw nagrywania, tworzenia, że w ostateczności, totalnie to akceptuje i cieszy się razem ze swoim kumplem.

Ważnym elementem, podstawą wręcz istnienia EODM jest humor, dystans i dobra zabawa. Emanują tym na każdym kroku. Doskonałym przykładem są filmiki promujące album (można je znaleźć na ich kanale YouTube). Asy mają dar komediowy i potrafią bawić się słowem. Z uśmiechem patrzy się już na samą okładkę „Zipper Down”. Ludzkie kobiece sutki! Kto by pomyślał?! Generalnie oprawa graficzna zachowana jest w komiksowo-zabawnym stylu. Dzięki temu ogląda się ją z bananem na ryju. Można w pewnym momencie pomyśleć, chwila, jak w ogóle brać ich na serio? Po co mi jakieś pajacyki z gitarą świrujący pawiana na scenie? Bez wątpienia mają łatkę „niepoważnych”, czemu sprzyja pewien syndrom komików filmowych – zawsze się wygłupiasz, to pewnie pleciesz same głupoty. Odbierana jest im cząstka pracy i wysiłku, które wkładają w tworzenie każdego dzieła. Stwierdzam z całą stanowczością, że to niesprawiedliwe podejście. Jasne, EODM świetnie się bawią na koncertach, a w wywiadach nieustannie żartują, ale do ich pracy w studiu, dbałości o szczegóły i poświęconego czasu należy podchodzić poważnie, i oddać im to, co się należy, mianowicie pełen szacunek, bo to prawdziwa Gwiezdna Flota w tym show-biznesowym „światku”. Żyjcie długo i pomyślnie!

Paryż. Chciałbym w ogóle o tym nie wspominać, tylko że się nie da. Ponieważ, Eagles of Death Metal już pewnie na zawsze kojarzone będzie, przynajmniej w pewnym stopniu ,z tym okropnym, rozdzierającym serce i umysł wydarzeniem z 13 listopada. Powiedziane, pokazane i pomyślane zostało już niemal wszystko na ten temat. Spróbuję zatem przewrotnie… Był pomysł żeby ich najnowsza płyta nosiła tytuł „Vagina”. Mogłaby wtedy cała opowiadać o istotach, które krzywdzą, albo co gorsza, zabijają niewinne, bezbronne osoby w bezdusznym amoku. O tym, jak takie potwory są zwyczajnymi, zagubionymi „piz****”. Tyle, że znając Orłów, prędzej byłaby o adoracji i miłości do kobiet, flirtowaniu, cieszeniu się z życia i zabawie. Rozumiecie? Za to uwielbiam tych gości. A oni uwielbiają mnie! (szeptem) I Ciebie również. Wszędzie. Zawsze.

PEACE LOVE DEATH METAL.

Wybrane dla Ciebie:




Komentarze (0):

Jeśli chcesz dodawać komentarze, musisz się zalogować.

Najpopularniejsze

Copyright 2016 Wiadomosci24.pl

Korzystamy z cookies i local storage.

Bez zmiany ustawień pliki są zapisywane na urządzeniu. Więcej przeczytasz tutaj.