Facebook Google+ Twitter

Echa finału Ligi Mistrzów

Perspektywa decimy kreśliła horyzont działań Realu i uzasadniała każde posunięcie, jakie zbliżało go do tego celu. Dla Atletico sztuką będzie zatrzymać jak najwięcej z tego sezonu.

 / Fot. PAP/EPANie udało się Fabio Capello, Berndowi Schusterowi, Manuelowi Pellegriniemu i Jose Mourinho. Przez Santiago Bernabeu przewinęło się całe pokolenie piłkarzy, którzy finał Ligi Mistrzów oglądali w telewizji. Znowu potrzebny był Florentino Perez w fotelu prezydenta i peacemaker na ławce trenerskiej, który łączy banalne w przesłaniu i arcytrudne we wcielaniu w życie hasło "łączyć, nie dzielić". Nie wygląda na zbieg okoliczności, że to właśnie Carlo Ancelotti, najłagodniejszy szkoleniowiec w sposobie obchodzenia się z piłkarzami od czasów Vicente Del Bosque, stał za głębokim westchnieniem ulgi części madryckiej widowni. Włoch jest pierwszym szkoleniowcem, który czterokrotnie wysłuchał hymnu Ligi Mistrzów w finale.

Im wskazówki zegara zbliżały się do 90. minuty, tym krawat na szyi Pereza coraz bardziej się zawiązywał, a on z większym trudem przełykał ślinę. Gdy kamera uchwyciła jego twarz, był blady jak szpitalna ściana. Wydawało się, że na złapanie rytmu Królewskim (poruszali się jak ferrari w obszarze zabudowanym) nie wystarczy czasu, ale dorównali rywalowi w heroizmie - dziedzinie, w której Rojiblancos byli przez ostatnie miesiące konkurencyjni. I to bez Xabiego Alonso, swojego największego gladiatora, który wykartkowany oglądał mecz z trybun oraz natarczywego Pepe, zastąpionego przez stroniącego od gry faul Raphaela Varane'a. Przez mniejszy niż zwykle wkład w grę Cristiano Ronaldo udźwignięcie ciężaru meczu zostało rozłożone na wszystkich.

Klubowe muzeum nie wzbogaciłoby się o najbardziej nobilitujący z eksponatów, gdyby nie trzej trenerzy od przygotowania fizycznego (wśród nich syn Ancelottiego, Davide). Na ostatnich metrach długiej prostej sezonu piłkarze Realu zachowali nadzwyczajne pokłady siły i motoryki. Gdy obolały i zmęczony do granic możliwości Juanfran krążył po boisku nieobecnym wzrokiem, Angel Di Maria śmigał po skrzydle jakby właśnie wszedł na boisko. Fakt, że czołowi piłkarze Królewskich byli oszczędzani w końcówce sezonu ligowego jeszcze wszystkiego nie tłumaczy - ich fizyczną dyspozycję trzeba było podtrzymać innymi metodami.

Tykalni nietykalni

"Dumni. 4:1" - taki nagłówek wita wchodzących na stronę... Atletico. Bez cysterny napełnionej goryczą ani kiczowatego pocieszania się na siłę, choć po równie desperackim widowisku można było zaakceptować nastrój odbiegający od normy. Do finału byli niepokonani, brawurowo zaatakowali wszystkie fronty, nie licząc strat po drodze. Przez 80 minut kontrola wydarzeń na boisku należała do nich - już dawno pokazali, że do tego nie trzeba holowania piłki i przekroczenia bariery 500 podań. Było wiadomo, że nie potrzebują wielu sytuacji i nie muszą wejść z piłką do bramki. Minimum środków przy maksimum zaangażowania plus jakość wykonania to wzór, jaki Diego Simeone wbił na klawiaturze u drzwi do piłkarskich salonów.

Dla wielu z tych, którzy wychodząc na murawę przeszli obok pucharu znanego ze swoich ogromnych uszu, była to jedyna taka szansa w życiu. Dla innych - dopiero pierwsza z wielu. Poza Davidem Villą żaden nie wspiął się wcześniej tak wysoko. Wielka kariera wróżona jest nielicznym (Courtois, Koke, Costa), by przestać doszukiwać się podobieństw do wciąż młodej i nienasyconej Borussii. Felipe Luis i Miranda nie są pierwszym wyborem selekcjonera reprezentacji Brazylii, wspomniany Villa nie może byc pewny wyjazdu na mundial.

Pod przywództwem Simeone piłkarze Atletico wzbudzają jednak strach, a w świecie futbolu jest on domeną największych. Na liście dań Los Conchoneros byli w tym sezonie Milan, Barcelona i Chelsea. Na kolację został Real, ten jedyny z wielkich, który w tym sezonie nie dał się do siebie dobrać. Tyle że trudno postrzegać lizboński wieczór w kategorii porażki. Z jednej strony najdrożsi piłkarze świata, z drugiej kontuzjowany snajper wypożyczany swego czasu do Rayo Vallecano. Tam kadrowy przepych, tu niska gęstość zaludnienia. Tego finału jego ubożsi partycypanci po prostu nie byli w stanie wygrać. Przetaczanie krwi trwało szybciej niż jej upust i w pewnej chwili organizm nie wytrzymał.

W przyszłym sezonie mistrzowie Hiszpanii będą walczyli o odrzucenie etykiety zespołu jednorazowego użytku, Real poszuka potwierdzenia roli najbardziej utytułowanego klubu świata. Na papierze oba klubu dzieli jednak znacznie więcej niż na boisku.

Wybrane dla Ciebie:




Komentarze (0):

Dziękujemy za Twoją aktywność w serwisie wiadomosci24. Do zobaczenia niebawem w innym miejscu.

Najpopularniejsze

Copyright 2017 Wiadomosci24.pl
#PRZEPROWADZKA: Dowiedz się więcej

Korzystamy z cookies i local storage.

Bez zmiany ustawień pliki są zapisywane na urządzeniu. Więcej przeczytasz tutaj.