Facebook Google+ Twitter

Edyta Herbuś: - Wpatrują się we mnie nie tylko mężczyźni

  • Źródło: Dziennik Łódzki
  • Data dodania: 2007-06-15 14:30

Edyta Herbuś, tancerka, aktorka: – Dla mnie taniec jest najpiękniejszą formą ruchu. Wolę iść na salę i potańczyć, niż biegać w siłowni na bieżni. Efekt jest lepszy, bo taniec pięknie rzeźbi figurę

Anna Gronczewska : Jest dziś pani znaną modelką, próbuje sił w aktorstwie, ale przede wszystkim tańczy. Czym jest dla pani taniec?
– Filozofią mojego życia. Jest najpiękniejszą możliwością wyrażania uczuć na scenie. Zaczęłam tańczyć, gdy miałam dziesięć lat. Idąc na lekcje zobaczyłam plakat informujący, że otwarto nową szkołę tańca. Zachęciłam większość mojej klasy, by poszła ze mną na ten kurs. Od pierwszych zajęć pokochałam taniec. / Fot. AKPA

To dosyć drogie zajęcie...
– Tak. Na początku trzeba dużo inwestować w szkolenia, stroje, wyjazdy na turnieje. Nie zawsze to się zwróci. Jako mała dziewczynka mogłam liczyć tylko na pomoc rodziców. Ale też już od najmłodszych lat każdy grosz, który dostałam od babci czy cioci, składałam na nową sukienkę albo na szkolenie.

Pamięta pani swój pierwszy występ i strój?
– No pewnie! Bardzo szybko trenerzy wysłali mnie na pierwszy turniej tańca. Oczywiście nie miałam odpowiedniego stroju, więc trzeba było wynaleźć jakąś sukienkę. Niestety, nie można było jej kupić w sklepie. Szybko ufarbowałyśmy z mamą strój kąpielowy i przecięłyśmy go na pół. Ulubioną spódnicę mamy poświęciłyśmy na falbany. Powstał strój, który potem okazał się jednym z najpiękniejszych na turnieju.

Taniec ładnie wygląda, gdy ogląda się go z trybun lub w telewizji. Jest to jednak przede wszystkim ciężka praca. Nie miała pani nigdy dosyć tańczenia?

– Rzeczywiście, by zostać dobrym tancerzem, trzeba trenować codziennie po kilka godzin. Tańczenie sprawia mi jednak wciąż ogromną frajdę. Nawet gdy czuję duże zmęczenie fizyczne.

Nie przeszkadzał pani w nauce?
– Nie, byłam jedną z najlepszych uczennic w szkole. Wiedziałam, że jedyną rzeczą, która może mi przeszkodzić w tańczeniu, są problemy w nauce. Gdyby rodzice widzieli, że nie daję sobie rady w szkole, wiedzieliby pewnie, jak mnie zmobilizować. Nie pozwoliłam na to. Byłam dosyć bystrym dzieckiem, ale też bardzo obowiązkowym.

Czy „Taniec z gwiazdami” zmienił pani życie?

– Tak, głównie dlatego, że przestałam być osobą anonimową. Ludzie zaczęli mniej kojarzyć, rozpoznawać. Moim szczęściem było to, że dostałam kilka propozycji, które pozwoliły mi się rozwinąć w innych dziedzinach, m. in. w aktorstwie. Zdobyłam też doświadczenie w prowadzeniu programu tanecznego.

Ale wystartowała pani w „Tańcu z gwiazdami” jako taneczna mistrzyni...
– Tak. Miałam międzynarodową klasę taneczną. By ją osiągnąć, trzeba było wiele trenować i wygrać kilka poważnych turniejów. Jednak te sukcesy były znane tylko w środowisku tanecznym. „Taniec z gwiazdami” sprawił, że usłyszeli o mnie ludzie z całej Polski.

Pani partnerami w tym programie byli Kuba Wesołowski, jeden z bohaterów serialu „Na Wspólnej”, oraz Marcin Mroczek z „M jak miłość’. Jak się z nimi tańczyło?
– Przede wszystkim byłam ich nauczycielką. My, tancerze, mamy trudne zadanie w tym programie. Wiadomo, że w czasie tak krótkiego czasu nie można nikogo nauczyć dobrze tańczyć, bez względu na to, jaki ma talent. Można za to pewnymi sztuczkami czy spektakularnymi figurami oszukać drobne niedociągnięcia. Trzeba pamiętać, że nasze gwiazdy są oceniane m.in. przez profesjonalną sędzię tańca Iwonę Pavlowicz. Zawodowi tancerze uczą się kilkanaście lat, by osiągnąć wysoki poziom. Artyści mają na to kilka tygodni. Pewnie najfajniej tańczyłoby się nam z osobami na podobnym do naszego poziomie, ale trzeba znaleźć patent na partnera spoza branży, poznać jego dobre strony. Wtedy je eksponujemy. Jednocześnie, jeśli ma problemy techniczne, to najlepiej unikać skomplikowanych figur.

Kto był wdzięczniejszym partnerem: Kuba czy Marcin?
– Ciężko ich porównywać, bo są zupełnie inni. Kuba Wesołowski nie miał dużego talentu do tańca, czego sam nie krył. Ale miał w sobie tyle wdzięku, dobrej energii w tańcu, sprawiało mu to tyle radości, że widzowie głównie na niego głosowali. Po drodze odpadały gwiazdy, które, obiektywnie, tańczyły lepiej od Kuby. Jednak to on potrafił zaskarbić sobie sympatię telewidzów.

A Marcin Mroczek?
– Z Marcinem było zupełnie inaczej. To bardzo ambitny i uzdolniony tanecznie chłopak. Wiele czasu spędzaliśmy na treningach, bo chciał być perfekcyjny. Gdy miałam inną pracę, sam trenował w sali, albo prosił o pomoc brata, który wcześniej brał udział w tym programie. Był szalenie ambitny i nastawiony na sukces. Ale z kolei presja brata, który wygrał poprzednią edycję, też była bardzo duża. To stresowało Marcina. Dało się odczuć, że nie mógł się do końca wyluzować. Ludzie porównywali go cały czas do brata, przypominali, że tamten był zwycięzcą. To uniemożliwiło mu pokazanie pełni umiejętności. Jednak tańczyliśmy w każdym odcinku i tak jak z Kubą, odpadliśmy dopiero w półfinale. Tak więc i w jednym i drugim przypadku był to duży sukces.

„Taniec z gwiazdami” to już zamknięty etap w pani życiu?
– Nie wiem, czy jeszcze wystąpię w tym programie. Mam wiele innych ciekawych propozycji, przy których mogę się czegoś nauczyć. A w „Tańcu z gwiazdami” to ja jestem nauczycielką.

Czyli teraz zajmie się pani aktorstwem?
– To dziedzina, w której chciałabym się najwięcej nauczyć, oczywiście nie porzucając tańca. Właśnie otrzymałam propozycję roli w nowym serialu, więc na pewno z niej skorzystam. Myślę, żeby pójść na studia aktorskie.

Do Akademii Teatralnej?
– Nie, bo czas na to nie pozwoli. Zamierzam pobierać prywatne lekcje aktorstwa.

W jakim serialu pani zagra?
– Nie mogę jeszcze zdradzić tytułu. Tylko to, że zagram w nim jedną z ośmiu głównych ról. W wakacje będziemy kręcić zdjęcia. Na ekranach serial ukaże się we wrześniu.

Ale nie będzie to pani debiut filmowy?

– Nie. Przed laty zagrałam maleńki epizod w „Plebanii”. Tak naprawdę rolę dostałam w serialu „Na Wspólnej” – to była dla mnie pierwsza prawdziwa praca na planie.

Będzie pani grała dalej w „Na Wspólnej”?
– Wygląda na to, że nie. Skończyła się umowa, którą podpisałam z producentami serialu. Nie jest powiedziane, że definitywnie zakończyłam pracę w „Na Wspólnej”, ale postać Uli zniknie na razie z serialu.

A co ze śpiewaniem?
– Udział w programie „Jak oni śpiewają” był tylko małym epizodem w moim życiu. Nauczyłam się czegoś nowego, przy okazji przeżyłam wiele przyjemnych emocji. Ale wraz z zakończeniem programu kończy się też moje śpiewanie. Na szczęście!

Dlaczego na szczęście?
– Jeśli się w coś angażuję, to chcę, by to było na wysokim poziomie. Żeby dobrze śpiewać nie wystarczy kilka tygodni nauki. Strun głosowych się nie oszuka, to instrument, który trzeba ćwiczyć latami. Zresztą, nie można wszystkiego w życiu robić dobrze. Stawiam na aktorstwo i będę się w tym rozwijać. Śpiewanie zostawiam innym, którzy mają do tego lepsze predyspozycje.

Jedna z jurorek tego programu, Elżbieta Zapendowska, zarzuciła pani brak osobowości. Jak dziś pani odbiera te słowa krytyki?
– Tak samo jak wtedy. Uważam, że było to bardzo niegrzeczne. Oczywiście byłam nastawiona na krytykę swojego śpiewania, ale pani Zapędowska przekroczyła w pewnym momencie granicę, której przekraczać nie powinna. To była obraźliwa opinia. Pani Ela jest znakomitym znawcą śpiewu i swoją krytykę powinna ograniczyć do niego, a nie obrażać artystów występujących na scenie. Nie przyjęłam zaproszenia do tego programu po to, by śpiewać i robić karierę. Nikt nie musiał mnie uświadamiać, że nie jestem w tym najlepsza. Cały czas powtarzałam, że zdaję sobie z tego sprawę. Miała prawo krytykować mój śpiew, bo pewnie wiele razy na to zasłużyłam. Ale krytykowanie mojej osobowości i charyzmy na scenie, to przesada.

Jest pani osobą wrażliwą?
– Bardzo.

Trudno z tym żyć?
– Na pewno nie jest łatwo. Mam duszę artystyczną, a duża wrażliwość charakteryzuje artystów. Trzeba dawać widzom jak najwięcej emocji i wrażeń. Ja staram się to robić przez taniec. Na scenie jest mi dobrze z tą moją wrażliwością. W życiu prywatnym ta wrażliwość przeszkadza, bo czyjeś słowa mogą zaboleć bardzo mocno. Niestety, nad tym się na panuje.

Pochodzi pani z Kielc, ale od niedawna mieszka w Warszawie. Decyzja o przeprowadzce była trudna?
– Przez ostatnie lata wiele jeździłam na różne szkolenia, turnieje. Często nie było mnie w domu. Wiedziałam, że kiedyś nastąpi taki moment, że będę się musiała wyprowadzić z Kielc. Na pewno taka przeprowadzka była dla mnie dużym wyzwaniem, wymagała wiele samodzielności, odwagi. Nie miałam dużego zabezpieczenia i wiedziałam, że będę musiała liczyć tylko na siebie. Ale warto było zaryzykować, by osiągnąć coś więcej w życiu.

Wiele osób uważa panią za jedną z najładniejszych Polek i wzór seksapilu. Jak się pani z tym czuje?
– To jest na pewno przyjemne. Uświadamia, że popularność, obok minusów, ma pozytywy. Choć większą przyjemność sprawiają mi wyrazy uznania wynikające z mojej pracy, a nie wyglądu. Oczywiście, jeśli ktoś uważa, że jestem piękną kobietą, to dla mnie ogromny komplement...

Nie denerwuje się pani, gdy mężczyźni wpatrują się w panią?
– Tak naprawdę wpatrują się we mnie nie tylko mężczyźni. Często czuję na sobie wzrok innych. Tak to jest, trzeba to zaakceptować i tyle. Gdy mam czasem gorszy humor, jeśli potrzebuję więcej prywatności, bywa to uciążliwe. Ale nie ma co narzekać.

Co pani robi, gdy ma chwilę tylko dla siebie?
– Teraz każdy wolny czas spędzam na treningu tanecznym, bo ostatnio trochę go zaniedbałam. Jeśli chcę się naprawdę zrelaksować, biorę kąpiel z olejkami, słucham muzyki przy świecach. Są to chwile w moim kochanym warszawskim mieszkanku, kupionym na kredyt. Jest dla mnie prawdziwą oazą.

Nie musi chyba pani chodzić na siłownię czy jeździć na rowerze?
– Nie, dla mnie taniec jest najpiękniejszą formą ruchu. Wolę iść na salę i potańczyć, niż biegać w siłowni na bieżni. Efekt jest lepszy, bo taniec pięknie rzeźbi figurę.

Za 15 lat Edyta Herbuś będzie jeszcze tańczyła?
– Nie wiem, czy będę sama tańczyć. Ale na pewno będę uczyć tańca, oceniać, robić choreografię.

***
Edyta Herbuś urodziła się 26 lutego 1981 roku w Kielcach. Jest absolwentką studium charakteryzacji i wizażu teatralno-filmowego. Uczęszczała do szkoły tańca w rodzinnym mieście. Trzykrotna mistrzyni Polski formacji tanecznych, wicemistrzyni Polski w tańcach latynoamerykańskich, wystąpiła w drugiej i czwartej edycji „Tańca z gwiazdami”. W stacji MTV prowadzi program „W rytmie MTV”. Ma także tytuł I wicemiss w polskiej edycji Miss Hawaiian Tropic 2004. Zagrała Urszulę w serialu „Na Wspólnej”. W Otwocku prowadzi własną szkołę tańca.

Wybrane dla Ciebie:




Komentarze (0):

Jeśli chcesz dodawać komentarze, musisz się zalogować.

Najpopularniejsze

Copyright 2016 Wiadomosci24.pl

Korzystamy z cookies i local storage.

Bez zmiany ustawień pliki są zapisywane na urządzeniu. Więcej przeczytasz tutaj.