Facebook Google+ Twitter

Pozycja materiału w rankingach:

118862 miejsce

Elektroniczny taniec śmierci na płycie Voytka Pavlika

Płyta, którą opisuję, nie jest najnowsza, pochodzi sprzed półtora roku, ale dopiero teraz wpadła mi w ręce...

Okładka płyty "First Records", fot. Piotr Balkus / Fot. Materiały artystyNiestety nie wszystkie krążki trafiają do sklepów i trzeba czasem przekopać sterty Internetu, żeby natrafić na ciekawe wydawnictwo i je nabyć. Tak właśnie było w przypadku "First Records" Voytka Pavlika. Artysta pochodzi z Polski, ale od 18. roku życia mieszka w Wielkiej Brytanii, gdzie posiada swoje studio, w którym tworzy swoją muzykę.

Płyta zaczyna się jak dobry horror, jak "Kołysanka" Krzysztofa Komedy z filmu "Dziecko Rosemary". I po pierwszych dźwiękach pierwszego utworu "Test Track" już wiadomo, że całość to nie będzie soundtrack do niedzielnego grilla czy wiejskiej potańcówki, a wręcz czymś zupełnie odwrotnym. Zero słońca i radości, tylko mrok i rozpacz.

Ogólnie określiłbym muzykę na tym krążku jako dark elektronikę, jednak jak każda ciekawa muzyka, tak i Voytka Pavlika, nie daje się zaszufladkować. To, co rzuca się w uszy po przesłuchaniu całości, to nastrojowość, jakiś niesamowity spokój. Utwór "Ciudad Oscuras (The Dark City)" przypomina mi trochę dokonania Stevena Wilsona. Te same emocje, podobne lekkie przestrzenie klawiszy, czyste, poetyckie malowanie melodii, które nigdzie się nie spieszą. Brudniej robi się tylko raz, gdy ta łagodność i harmonia dźwiękowa wchodzi w kontakt z gitarami (patrz "Kill Those Fuckers").

Gdzieś w środku albumu (w "Strange Form" i "Perfect Cyborg") muzyka robi się żywsza, pulsująca, biegnąca. Słychać jak z chaosu tworzy się jakiś porządek, jak bezkształtnemu monstrum wyrastają ręce i nogi... Powoli rozkręca się coś na kształt radioheadowskiej idioteki. I można nawet przy tym tańczyć.

Jednak ów taniec jest bardziej tańcem śmierci niż fokstrotem czy polką. Tak jak w "Muerto", gdzie powraca w głowie słuchacza ciepły, mroczny klimat Dead Can Dance. Słychać w tle tamburyn, (a może to grzechotka?), jakby sama Pani Śmierć wybijała na tym instrumencie rytm. Musicie tego posłuchać, bo to niesamowite uczucie!

Określiłbym tę płytę jako grzęzawisko dźwięków, w które miło wsiąka mózg słuchacza. Dźwiękowy zapis spirytystycznego seansu? Coś w tym jest. Ale też jakiś chaos, z którego wyłaniają się dźwięki ociekające krwią i strachem. Dźwięki, które są jak czyjeś ciężkie kroki, zbliżające się do naszej świadomości. Rozum słuchacza zasypia, budzą się demony...

Elektronika przeplatana klawiszowymi pasażami - wszystko to na "First Records" robi wrażenie i jeszcze bardziej utwierdza w przekonaniu, że słuchacz obcując z tą płytą ogląda (uszami) jakiś film, straszny, ale piękny film. Słuchać to dobrze w "Till The End", gdzie ma się wrażenie, jakby ATB spotkał Trenta Reznora i poszli razem na film "Ojciec Chrzestny".

"First Records" jest eksperymentem z dźwiękami, z brzmieniami, z echami, odgłosami, jest tworzeniem z nich jakiejś formy, jeszcze do końca nie wypełnionej treścią (patrz utwory "Strange Place" czy "Rusty Studio"). Krążek od początku do końca jest instrumentalny, soundtrackowy właśnie. Brzmi jak przewodnik po ciemnych stronach podświadomości człowieka.

Psychologiczna, neurotyczna muzyka która spodobałaby się Freudowi i jego pacjentom.


Więcej info nt. albumu i Voytka Pavlika znajdziecie na http://www.myspace.com/voytekpavlik

Wybrane dla Ciebie:




Komentarze (0):

Dziękujemy za Twoją aktywność w serwisie wiadomosci24. Do zobaczenia niebawem w innym miejscu.

Copyright 2017 Wiadomosci24.pl
#PRZEPROWADZKA: Dowiedz się więcej

Korzystamy z cookies i local storage.

Bez zmiany ustawień pliki są zapisywane na urządzeniu. Więcej przeczytasz tutaj.