Otwierające album "Stone Free" jest niczym lawina kamieni, która przetacza się z jednego do drugiego ucha, kończąc się łagodnym przejściem do tytułowego "Valleys Of Neptune". Utworu, który zdobył miano najpopularniejszego utworu Hendrixa nigdy niewydanego na płycie, brzmi jakby był wyciętym kawałkiem jakiejś jam session.
"Here My Train A Comin" obrazuje najbardziej kolorową, wzorzystą i nieułożoną, psychodeliczną naturę Hendrixa. Nieład jest tutaj tylko pozorny. Całości dopełniają bębny Mitcha Mitchela, najlepsze na całej płycie. Z kolei "Mr. Bad Luck" pokazuje, kto był największym wzorem dla Steve’a Raya Vaughana.
Żadnych zaskoczeń nie ma za to w "Fire" i "Red House". Utwory znane wcześniej, tętniące jednak muzyczną wyobraźnią i świetnymi partiami wokalnymi. Nie słychać tutaj zagubienia i przytłoczenia ciężarem popularności, z jakim musiał zmagać się Hendrix w końcowym etapie kariery.
Całość niczym klamra spina "Crying Blue Rain", chyba najbardziej oryginalny utwór na płycie. Zaczynający się niczym "Hey Joe" w stylu country przechodzi do coraz szybszego tempa, wyhamowując delikatnie w końcowej partii. Tutaj także wyraźne są pogłosy jazz-rocka, nurtu, w którym Hendrix prawdopodobnie tworzyłby gdyby nie jego przedwczesna śmierć w 1970 roku.
"Valleys Of Neptune" nie jest zatem żadnym zaskoczeniem, bo wydana została nie po to aby zaskakiwać lecz odkurzyć nieco mit Hendrixa jako człowieka orkiestrę obalającego istniejące porządki i budującego nowe kanony w muzyce, modzie a także zmieniającego trendy w społeczeństwie.
Po 40 latach od jego śmierci nikt praktycznie nie zbliżył się do jego poziomu, jeżeli chodzi o techniki gry, użycie gitarowych efektów, sceniczne aranżacje czy miksowanie różnych gatunków muzycznych i najnowsza kompilacja jego utworów tylko potwierdza, że ten artystyczny hałas, jaki powodował swoim Stratocasterem trafiał nie tylko w bębenki jego odbiorców, ale także do ludzkich wnętrz. Thanks Jimi.
www.rp.plwyborcza.pl