Pozycja materiału w rankingach:
Festiwal w Lublinie, który zebrał ciekawą reprezentację alternatywnego grania, okazał się wreszcie sporym sukcesem frekwencyjnym. Ekipa się nie poddała, na szczęście, racząc nas gamą ciekawych odkryć muzycznych.
Nie gorzej jest z Hatifnats, których kiedyś nie rozumiałam, uważając ich za bardzo dziwny fenomen w polskiej muzyce alternatywnej, choć koncert na Openerze kilka lat temu jeszcze jakimś cudem mi się spodobał. Potem przełamałam niechęć do płyt. Najwyraźniej moja edukacja muzyczne doszła do tego etapu, w którym Hatifnats zgrabnie wtopili mi się w całe zdobyte zaplecze. I to był ich powrót na scenę, po dłuższej przerwie, w bardzo dobrym stylu.
Drugi wieczór był napakowany po brzegi odkryciami. Zaczęło się od Wires under Tension, muzyków z Nowego Jorku, którzy sami zwrócili się do Electric Nights z chęcią zagrania. Niewiele skorzystałam, bo tylko kilkanaście minut koncertu dane mi było usłyszeć, ale za to jakie: fascynujące, energetyczne kombinacje oparte wyłącznie na loopach, perkusji, basie, skrzypcach, którymi dwaj uroczy panowie z fenomenalnym poczuciem humoru ("Technicy w tym klubie są najlepsi na świecie. Za mało im płacicie. Nie wiem ile im płacicie, ale na pewno za mało" - zabawiał w przerwie multiinstrumentalista odpowiedzialny za loopy) raczyli nas w zaskakująco tanecznej wersji. Muzyka pulsowała, kipiała energią, długi, bo około 10-minutowy finalny utwór był popisem tego, co technologia pozwala osiągać bujnym wyobraźniom. Przepiękne. Wires under Tension, zapamiętajcie ich koniecznie!Zobacz także:
Artykuły
(279)
Galerie
(0)
Średnia ocen
(4.42)
Wiek: 25 | Miejscowość: Palermo Sicilia | Kraj: Polska
O mnie: but at least i don't see you float away
Ostatnie artykuły autora:
5. Festiwal Muzyki Filmowej w Krakowie oraz 80. urodziny Wojciecha Kilara. Relacja
(odsłon: +504)