Facebook Google+ Twitter

Elektryczne Noce za nami. Lublin zabrzmiał jak nigdy

Festiwal w Lublinie, który zebrał ciekawą reprezentację alternatywnego grania, okazał się wreszcie sporym sukcesem frekwencyjnym. Ekipa się nie poddała, na szczęście, racząc nas gamą ciekawych odkryć muzycznych.

Pierwszego dnia, ze względu na napięty grafik (w Lublinie wszystko skumulowało się tego tygodnia: Konfrontacje Teatralne na finiszu, Kongres Kultury Partnerstwa Wschodniego na początku) Electric Nights było tylko jedną z ciekawych propozycji. Postawiłam jednak na krótkie spojrzenie na Eris is my Homegirl, młody lubelski zespół, który z manierą mocno gwiazdorską (ci chłopcy na pewno są kilka lat młodsi ode mnie, nie do końca rozumiem te zadarte nosy w tak wczesnym wieku) grali naprawdę dobrze, mocno, dynamicznie i zmiennie. Mnóstwo ciekawych przejść, efektów nałożonych na mikrofon (w tym świnia, do której nie potrafię się przełamać) i brudny, brudny power. Następnym razem chcę dłużej.

Najbardziej zależało mi na przetestowaniu Fonovel, których omijałam na dużych festiwalach (jak, może to trochę dziwnie, większość polskiej muzyki), ale którym po kilku przesłuchaniach dałam kredyt zaufania. I nie zawiedli mnie, grając przyjemne indie, przesyłając po prostu tony pozytywnej energii, świetnie dogadując się z publicznością i nawet dając nam kilka nowych utworów. Zaczęli od "Discovery", które zadebiutowało tym samym na żywo, potem były jeszcze "Bring it down" i jedna, której tytułu nie pomnę: dość, że nowa muzyka mocno naznaczona jest rock and rollowymi inspiracjami i kipi dobrymi wibracjami, o których głosi szumnie tytuł ich debiutanckiej płyty. Tak, Fonovelem można się chwalić znajomym.

Museum / Fot. Krzysztof SzlęzakNie gorzej jest z Hatifnats, których kiedyś nie rozumiałam, uważając ich za bardzo dziwny fenomen w polskiej muzyce alternatywnej, choć koncert na Openerze kilka lat temu jeszcze jakimś cudem mi się spodobał. Potem przełamałam niechęć do płyt. Najwyraźniej moja edukacja muzyczne doszła do tego etapu, w którym Hatifnats zgrabnie wtopili mi się w całe zdobyte zaplecze. I to był ich powrót na scenę, po dłuższej przerwie, w bardzo dobrym stylu.

Dużo w tym ekspresji, przypominającej mi wczesne lata emo, pociągu do post-hardcore'u i post-rocka, sama nie wiem, czy sfeminizowany wokal brzmi mi bardziej jak młody Enigk, czy może jednak, zważając też na energię, słyszę w nich przede wszystkim The Music. Tak czy owak, mają rękę do bardzo zgrabnej muzyki, do odważnych, bezkompleksowych kompozycji i wciągają w gitarowe pejzaże, które są po prostu zachwycająco dobre. I choć po czterdziestu minutach byłam już nieco zmęczona, to dołączam ich na listę: chwalcie się nimi przed kolegami zza granicy.

Noblesse / Fot. Krzysztof SzlęzakDrugi wieczór był napakowany po brzegi odkryciami. Zaczęło się od Wires under Tension, muzyków z Nowego Jorku, którzy sami zwrócili się do Electric Nights z chęcią zagrania. Niewiele skorzystałam, bo tylko kilkanaście minut koncertu dane mi było usłyszeć, ale za to jakie: fascynujące, energetyczne kombinacje oparte wyłącznie na loopach, perkusji, basie, skrzypcach, którymi dwaj uroczy panowie z fenomenalnym poczuciem humoru ("Technicy w tym klubie są najlepsi na świecie. Za mało im płacicie. Nie wiem ile im płacicie, ale na pewno za mało" - zabawiał w przerwie multiinstrumentalista odpowiedzialny za loopy) raczyli nas w zaskakująco tanecznej wersji. Muzyka pulsowała, kipiała energią, długi, bo około 10-minutowy finalny utwór był popisem tego, co technologia pozwala osiągać bujnym wyobraźniom. Przepiękne. Wires under Tension, zapamiętajcie ich koniecznie!

Wybrane dla Ciebie:




Komentarze (0):

Jeśli chcesz dodawać komentarze, musisz się zalogować.

Najpopularniejsze

Copyright 2017 Wiadomosci24.pl

Korzystamy z cookies i local storage.

Bez zmiany ustawień pliki są zapisywane na urządzeniu. Więcej przeczytasz tutaj.