Facebook Google+ Twitter

Eliminacje LM i LE. W cieniu historycznego sukcesu kadry U-17

Jakie są szanse polskich klubów na awans do elity? Czy uda się przełamać stereotypy o niemożliwości wielkiego sukcesu naszej piłki? Skazywane na klęskę młode kadrowiczki pokazały, jak walczyć i zwyciężać. Czy seniorzy pójdą w ich ślady?

24 czerwca 2013 roku za sprawą losowania dokonanego w szwajcarskim Nyonie, cztery polskie kluby rozpoczęły swoją przygodę w Pucharach Europejskich sezonu 2013/14. Legia Warszawa jako aktualny mistrz naszego kraju uzyskała prawo gry w II rundzie kwalifikacji Ligi Mistrzów. Zespoły z drugiego i trzeciego miejsca ekstraklasowej tabeli, a więc Lech Poznań i Śląsk Wrocław, przystąpią do rywalizacji w II rundzie eliminacyjnej Ligi Europejskiej. Ostatnim naszym przedstawicielem w międzynarodowych zmaganiach będzie najbardziej pozytywne zaskoczenie ostatniej kampanii - Piast Gliwice. Podopieczni Marcina Brosza, choć zajęli dopiero czwartą lokatę w Ekstraklasie, uzyskali awans, ponieważ obaj finaliści Pucharu Polski już wcześniej zapewnili sobie udział w Lidze Mistrzów i Lidze Europy.

Patrząc na to mizerne zestawienie naszych przedstawicieli w europejskich zmaganiach, można sobie zadać odwieczne pytanie: Dlaczego jest ich tak niewielu oraz dlaczego muszą rozpoczynać starania o wejście do piłkarskiej elity tak wcześnie? Kiedy w połowie lipca polscy zawodnicy wybiegną na boisko, aby zmierzyć się ze swoimi pierwszymi przeciwnikami, kluby z czołowych lig Starego Kontynentu nadal będą spokojnie budować formę przed rozpoczęciem sezonu.

Przyczyną takiego stanu rzeczy jest wiele rzeczywistych, ale także wyimaginowanych chorób, od lat toczących najpopularniejszą dyscyplinę sportową w naszym kraju. Wszystkim tym, którzy choć trochę interesują się futbolem, te przypadłości są doskonale znane. W związku z tym pokrótce scharakteryzuję tylko kilka z nich, już dawno uznanych przeze mnie za najbardziej szkodliwe.

Pierwszym bardzo istotnym obszarem, różniącym nasze rodzime zespoły od światowej czołówki, jest sposób zarządzania oraz mentalne nastawienie działaczy i prezesów. Nie chodzi tu już nawet o licznych przedstawicieli Polskiego Związku Piłki Nożnej, którzy pomimo wysiłków nowych władz dalej tkwią w umysłowych okowach średniowiecza i z rozrzewnieniem wspominają odległe o dekady wielkie sukcesy naszego futbolu. Prawdziwy problem na poziomie klubów bardzo często stanowią ich właściciele. Niestety, wielu z nich traktuje swoje drużyny niczym prywatny folwark. Nagminnie wykazują się także brakiem zrozumienia oraz poszanowania dla zasad, jakie powinny obowiązywać w nowocześnie zarządzanym klubie.

To zjawisko przejawia się głównie w postrzeganiu roli i znaczenia trenera pierwszego zespołu. Chora, polska praktyka, często ukazuje go jako szeregowego pracownika, którego można wymienić w zależności od widzimisie prezesa. Wyświechtane, piłkarskie powiedzonko: „Jesteś tak dobry jak twój ostatni mecz”, urosło w naszym kraju do rangi tragikomicznego absurdu. Niektórym prezesom wystarczą bowiem trzy słabsze występy, aby pożegnać się dotychczasowym trenerem. W rezultacie w kilku zespołach, w trakcie jednego sezonu, dochodziło niekiedy nawet do trzech rotacji na stanowisku szkoleniowca. Niedoścignionym „mistrzem” w tej dziedzinie, okazał się „polski Jesus Gil” - były prezes Polonii Warszawa Józef Wojciechowski.

Oczywiście, ktoś może powiedzieć, że właściciele drużyn mają prawo do oceny swoich pracowników i zwolnienia ich w przypadku braku zadawalających rezultatów. Pozwolę sodzie jednak postawić jedno, fundamentalne pytanie. Skoro koncepcja budowy zespołu zmienia się co kilka miesięcy, jakim prawem prezesi spodziewają się powstania znakomitej, zgranej drużyny zdolnej do skutecznej walki, nie tylko na krajowym podwórku, ale i w Europie? Moje, skromne doświadczenie kibica z dwudziestoletnim stażem podpowiada mi, że jest to praktycznie niemożliwe. Kiedy włodarze danego klubu nie mają zaufania do szkoleniowca, którego sami zatrudnili, nie pomogą ani wielkie pieniądze na transfery, ani najlepsze na świecie zaplecze szkoleniowo-treningowe. Odpowiedzialni prezesi wiedzą, że każdy menadżer potrzebuje czasu, swobody działania oraz jak najbardziej komfortowych warunków pracy, aby mógł urzeczywistnić swoją wizję.

Pragnąc jak najlepiej zobrazować różnicę w postrzeganiu roli trenera pierwszego zespołu, celowo użyłem tu określenia menadżer. Moim zdaniem to słowo znacznie dokładniej określa bowiem status szkoleniowca w ogromnej większości klubów z czołowych lig Starego Kontynentu. Taki człowiek ponosi oczywiście pełną odpowiedzialność za wyniki swojego zespołu, ale niejako w zamian obdarzony jest również pełnią władzy. To on wraz z gronem najbliższych współpracowników, których sam sobie wcześniej wybrał, decyduje o wszystkich, sportowych aspektach zespołu. Począwszy od tak trywialnych i oczywistych spraw, jak ustalanie składu, taktyki, założeń treningowych, aż po system szkolenia młodzieży oraz plany transferowe.

Rolą prezesa i zarządu jest w tej sytuacji sprawne administrowanie klubem. Jak w każdym, normalnym przedsiębiorstwie, trzeba zadbać o doskonałą organizację, inwestycje, marketing oraz zbilansowanie budżetu. Co więcej, taki model zarządzania nie wymaga od prezesa dogłębnej znajomości czysto portowej strony futbolu. Oczywiście, przedstawiony schemat stanowi pewien typ idealny, ale zbliżone rozwiązania stosowane są z powodzeniem w klubach piłkarskich na całym świecie.

Z drugiej strony, nawet wdrożenie przedstawionych powyżej rozwiązań, nie daje gwarancji natychmiastowego sukcesu. W zależności od stanu wyjściowego drużyny, przyjętej strategii rozwoju, możliwości finansowych oraz szeregu innych czynników, oczekiwanie na pierwsze, wymierne osiągnięcia może się mniej lub bardziej wydłużyć. To właśnie wtedy najłatwiej można się przekonać o klasie prezesa i pozostałych, klubowych włodarzy. Czy zachowają się tak jak przystało na profesjonalistów i zaufają menadżerowi, którego sami wcześniej wybrali, czy też wykonają jakiś nerwowy ruch, niweczący dotychczasowe wysiłki sztabu szkoleniowego? W chorych, polskich realiach smutną normą jest niestety to drugie rozwiązanie. Co więcej, zmiany dokonują się niekiedy z taką częstotliwością, że zawodnicy pomimo najlepszych chęci nie są w stanie wdrożyć jednej koncepcji taktycznej, kiedy na horyzoncie już pojawia się inna.

Aby zrozumieć horrendalną absurdalność takiego postępowania, wystarczy pobieżne spojrzenie na politykę prowadzoną w zdecydowanej większości drużyn w czołowych ligach europejskich. Moim ulubionym przykładem i to nie tylko z racji bycia wiernym fanem Manchesteru United, jest przypadek sir Alexa Fergusona. Największy trener w dziejach klubowej piłki, zanim po ostatnim sezonie zdecydował się odejść na zasłużoną emeryturę, dzielił i rządził na Old Trafford przez 27 lat. Z naszego punktu widzenia znacznie ważniejsza jest nieco inna statystyka. Otóż słynny Szkot po pierwsze trofeum z MU, sięgnął dopiero po czterech sezonach. Oczywiście, nie oznacza to, że każdy menadżer musi się zaraz okazać drugim sir Alexem, tak jak nie każdy obiecujący zawodnik zostaje Messim czy van Persim. Gdyby ówczesnym właścicielem United był jednak ktoś o mentalności prezesa drużyny polskiej Ekstraklasy, wielka era Fergusona zapewne nigdy nie miałaby miejsca. Dołączyłby on wówczas do licznego grona tych, którzy zawiedli, próbując przywrócić Manchesterowi świetność z czasów „dzieciaków sir Matta Busbyego, a zapamiętany zostałby jedynie za owocną pracę z Aberdeen.

Ta historia, jak i wiele bardzo podobnych, jasno pokazuje, że czasem wystarczy odrobina zaufania i cierpliwości, aby otworzyć swojej drużynie drogę na sam szczyt. Oczywiście, nie każdemu się powiedzie i zwolnienia trenerów w trakcie sezonu mają miejsce także w najlepszych ligach na Starym Kontynencie. Moim zdaniem typowy dla polskiej rzeczywistości, stanowczo za krótki okres kilku miesięcy, nie daje wystarczających podstaw do rzetelnej i obiektywnej oceny pracy danego menadżera.

Kolejnym palącym i od długiego czasu nierozwiązanym problemem naszej piłki, jest szkolenie i sposób wprowadzania do pierwszego zespołu młodych zawodników. Na szczęście w kilku ostatnich sezonach, być może ze względu mniejszych pieniędzy dostępnych na transfery, sytuacja w tej dziedzinie zaczęła się nieznacznie poprawiać. Coraz rzadziej pokutuje już u nas całkiem niedorzeczny pogląd, jakoby mianem „młodego talentu” można było określić gracza w wieku dwudziestu kilku lat. Trenerzy coraz częściej opierają pierwszy skład swoich drużyn o wychowanków, nie bojąc się postawić na nastoletnich i bardzo uzdolnionych piłkarzy. Przychodziłoby im to z jeszcze większą łatwością, gdyby nie groziło im nagłe, często całkiem nieuzasadnione zwolnienie.

Poza tym, jeśli już z uporem godnym lepszej sprawy, uskarżamy się na zbyt małe budżety polskich klubów, długoterminowym i bardzo korzystnym rozwiązaniem, mogłoby być właśnie intensywne szkolenie piłkarskiego narybku. Nie dość, że co jakiś czas udawałoby się uzyskać naprawdę zdolnych wychowanków, którzy z powodzeniem mogliby zająć miejsce sprowadzanych za spore pieniądze przeciętniaków z zagranicy, to jeszcze można by ich sprzedać z ogromnym zyskiem. Podobny model od lat z powodzeniem funkcjonuje przecież w Holandii, Belgii oraz Portugalii. Tamtejsze zespoły nie są może zbyt bogate, ale kapitał w postaci świetnie przygotowanych młodzików, pozwala im sprawnie funkcjonować i podjąć skuteczną rywalizację z największymi potentatami futbolowej Europy. Ich włodarze z góry zakładają, że po bardzo udanym sezonie, po ich najlepszych graczy ustawi się kolejka chętnych z Anglii, Hiszpanii, Włoch czy też Niemiec. Uregulowana sytuacja finansowa nie wymusza od razu sprzedaży za bezcen. Jednocześnie jeżeli już jakaś młoda gwiazdka, zdecyduje się odejść z Ajaksu lub FC Porto, w klubowej akademii czeka dwóch albo trzech chłopaków, gotowych ją zastąpić.

Tymczasem jeżeli po równie udanym sezonie do czołowego klubu polskiej Ekstraklasy, zgłosi się europejski średniak, gotowy wykupić kilku wyróżniających się zawodników, w pierwszym zespole powstaje nagle wielka dziura, której nie ma kim zasypać. To z kolei uniemożliwia nam później skuteczną walkę w Europejskich Pucharach i nieszczęsne koło owej dziwacznej niemocy, znowu się zamyka. To właśnie z powodu słabości swojego zaplecza szkoleniowego, a nie niewielkiego budżetu transferowego, każdorazowy mistrz Polski, zamiast spokojnie przygotowywać się do eliminacji Ligi Mistrzów, musi ciągle drżeć, aby za marne kilka milionów euro, jego wiodący gracze, nie zasilili drużyn Bundesligi, Serie A, czy którejś z lig za naszą wschodnią granicą.

Ostatnią, a zarazem chyba najgroźniejsza, chorobą polskiej piłki nożnej, mającą swe korzenie we wszystkich wymienionych powyżej, jest ogólne przeświadczenie, że wielki sukces na światowej arenie, jest w naszych, rodzimych niemożliwy do osiągnięcia. Czy tak jest naprawdę? Oczywiście, że nie. W tym miejscu zawsze lubię się podpierać przykładem polskiej siatkówki. Nie dość, że obok włoskiej i rosyjskiej nasza liga uznawana jest za jedną z najsilniejszych na świecie, to nasze kluby z powodzeniem walczą w bardzo zaawansowanych fazach europejskich zmagań. Regularne występy w fazie grupowej Ligi Mistrzów, dla kibiców Wisły, Legii, czy Lecha, są jedynie niedościgłą mrzonką, tymczasem dla fanów Resovii Skry oraz Zaksy, stanowią coroczną normę. Co więcej nasze kluby nie muszą się obawiać zakusów europejskich potentatów na swoich najlepszych siatkarzy, ponieważ od lat same znajdują się w tym gronie. To one, nie zapominając o ciągłym szkoleniu młodzieży, zabiegają o kontrakty z czołowymi zawodnikami z innych krajów. Wszystkie te czynniki odbijają się również pozytywnie na postawie naszej kadry narodowej. Nawet jeśli od czasu do czasu zdarzają jej się bolesne wpadki, takie jak odpadnięcie „zaledwie” w ćwierćfinale Igrzysk Olimpijskich w Londynie, stanowi ona gwarant medali na wielkich światowych imprezach i nie musi drżeć o wynik przed starciem ze słabeuszami w rodzaju Mołdawii.

Dla tych, którzy nadal uważają, że znakomite wyniki w sporcie zespołowym są w polskich warunkach nieosiągalne, śpieszę z kolejnym przykładem. Reprezentacja piłkarzy ręcznych od wielu już lat ze zmiennym szczęściem walczy o prymat na parkietach całego świata. Co więcej były selekcjoner kadry Bogdan Wenta w obliczu słabości krajowej ligi, uczynił ze swojego Vive Targi Kielce typowy zespół eksportowy. Po kilku latach mozolnej pracy, w ostatnim sezonie, doprowadził klub do trzeciego miejsca w Europie.

Kiedy bezpośrednio po losowaniu par kwalifikacji Ligi Mistrzów oraz Ligi Europy, przymierzałem się do napisania niniejszego artykułu, nie miałem pojęcia, że życie dostarczy mi jeszcze jednego niesamowitego wydarzenia, obrazującego jak dzięki ciężkiej pracy, ambicji, pasji oraz determinacji, można wbrew wszelkim przeciwnościom odnieść nieprawdopodobny sukces. Jest to osiągnięcie tym bardziej zadziwiające, że dotyczy polskiej piłki nożnej. Tej samej piłki nożnej, w której pierwsza reprezentacja grzebie szanse na awans do przyszłorocznego Mundialu po zawstydzająco słabych meczach z takimi potęgami jak Ukraina i Mołdawia. Tej samej piłki nożnej, w której na skutek pielęgnowanej przez lata, zatrważająco niskiej pozycji w klubowym rankingu, nasze drużyny muszą dobijać się prawa gry w europejskiej elicie, niemal od najwcześniejszych rund eliminacyjnych.

Kiedy cały futbolowy świat zachwycał się rozgrywkami Pucharu Konfederacji, a szmatławce w całej Polsce, żyły ślubem Roberta Lewandowskiego na kameralnym stadionie w szwajcarskim Nyonie, miały miejsce iście historyczne wydarzenia. W obecności garstki kibiców reprezentacja Polski kobiet do lat siedemnastu zdobyła mistrzostwo Europy. Już słyszę głosy malkontentów bagatelizujących ten sukces: „przecież to tylko juniorki”, „już wcześniej mieliśmy znaczące osiągnięcia w różnych kategoriach młodzieżowych, a potem i tak kończyło się jak zawsze” albo” niedługo będziemy się podniecać zawodami ośmiolatków w robieniu babeczek z piasku”. Z jednej strony żal mi takich ludzi, pragnących utopić wszystko w beznadziejności i bylejakości, tak typowej w mentalnym podejściu do naszego, rodzimego futbolu. Z drugiej strony wiem jak niewiele mnie, zapalonemu kibicowi z dwudziestoletnim stażem zabrakło, aby poniekąd znaleźć się w ich gronie. Gdyby nie fakt, że kiedyś przeglądałem program telewizyjny, zapewne w ogóle nie dowiedziałbym się o turnieju finałowym przed jego rozegraniem. Po obejrzeniu skrótu półfinału i całego finału, mogę uczciwie powiedzieć, że zostałem oczarowany oraz nakłoniony do bliższego przyjrzenia się losom naszej kobiecej kadry U-17.

Oglądając już wcześniej rozgrywki seniorskiej, kobiecej piłki, orientowałem się mniej więcej w światowym układzie sił w tej dyscyplinie. To oraz pobieżne zaznajomienie się z jej kondycją w naszym kraju, pozwoliło mi w pełni docenić nieprawdopodobny wyczyn trenera Zbigniewa Witkowskiego i jego podopiecznych. W samej Szwecji, którą nasze dziewczyny ograły w finale, futbol uprawia zawodowo przeszło 160 tysięcy pań, a środki przekazane na jego rozwój w 2012 roku to około 6 mln euro. W naszym kraju te liczby to odpowiednio około 5 tysięcy oraz 0,6 mln euro. Zdaje sobie oczywiście sprawę, że do zamożności państw skandynawskich jeszcze nam sporo brakuje i nie wymagam od PZPN natychmiastowego zrównoważenia tych nakładów. Użyłem tych suchych danych jedynie po to, aby plastycznie zobrazować postrzeganie tej dyscypliny w obu krajach. Poza tym gdyby o wyniku rywalizacji na boisku decydowały tylko i wyłącznie zestawienia finansowe, nasze dziewczyny nie miałyby żadnych szans na sukces.

W Szwecji, podobnie jak i w całej Skandynawii, piłka nożna kobiet jest sportem stawianym na równi ze swoim męskim odpowiednikiem. Takie podejście pozwala im od lat bić się o prymat w Europie i na świecie we wszystkich kategoriach wiekowych. Tymczasem w Polsce piłka kobieca traktowana jest jako zło konieczne, które niestety trzeba od czasu do czasu wesprzeć. Ludzie odpowiedzialni za jej rozwój w samym PZPN, muszą się nieustanie dobijać o każdą, marną złotówkę, czy komplet strojów treningowych. Zresztą akurat w tej sprawie to nie przedstawiciele związku ponoszą największą winę za taki, a nie inny stan rzeczy. Lwia jej część spada również na media oraz nas kibiców, na co dzień patrzących na ten sport z przymrużeniem oka lub uśmieszkiem politowania.

Doskonałym zobrazowaniem tego faktu jest choćby reakcja rodzimych mediów na ogromny sukces naszej drużyny. Pierwsze, polskie mistrzostwo Europy w historii kobiecego futbolu, znalazło wprawdzie miejsce w serwisach sportowych, ale na ogół wpleciono je w jakiś dzięgiel związany z innymi wydarzeniami ze świata piłki nożnej. W tym samym czasie te same media z uporem śledziły niemal każdy krok patałachów z kadry Waldemara Fornalika. Być może przedstawiony przeze mnie obraz jest nieco przerysowany, ale skoro triumf w Europie, odbijający się szerokim echem tam gdzie kobiecy futbol jest szanowany, zasługuje w naszych newsach jedynie na kilkusekundową wzmiankę, to w jaki sposób działacze mają zachęcić sponsorów do wyłożenia porządnych pieniędzy.

Jednocześnie patrząc na przebieg finału, nie sposób było zauważyć, że naprzeciw siebie stanęły profesjonalne zawodniczki, dysponujące gigantycznym zapleczem oraz grupa szalenie ambitnych, upartych, ale zarazem utalentowanych pół-amatorek, dowodzona przez równie zdeterminowanego i uzdolnionego szkoleniowca. Samo spotkanie, nie tylko ze względu na udział Polek, oglądało się nader przyjemnie. Oczywiście ludzie bagatelizujący znaczenie rozgrywek juniorskich, mogą twierdzić, że zanim te zawodniczki zostaną pełnoprawnymi seniorkami, ułomności naszego rodzimego sytemu, upodobnią je do mizernej futbolowej rzeczywistości w naszym kraju. Do mnie takie argumenty w ogóle nie przemawiają, przecież dla tych młodych dziewczyn, było to najważniejsze spotkanie w ich dotychczasowych karierach. Poza tym syndrom nieumiejętnego wprowadzenia utalentowanego młodzika do dorosłego sportu, występuje o dziwo głównie w odniesieniu do piłki nożnej. W innych dyscyplinach zespołowych, a zwłaszcza w siatkówce, to szkodliwe zjawisko ma znacznie mniejsze rozmiary.

Innym, dużo bardziej zasmucającym problem jest to, że w odróżnieniu od choćby swych finałowych rywalek, podopieczne trenera Zbigniewa Witkowskiego, grając jedynie w krajowych zespołach, nie mogą liczyć na utrzymanie się z uprawianego przez siebie sportu. Większość ich starszych koleżanek musi na co dzień łączyć swoją pasję, z normalną pracą zarobkową. Nie należy się zatem dziwić, że praktycznie wszystkie nasze młode kadrowiczki, myślą o jak najszybszym wyjeździe do klubów zagranicznych, aby tam nie tylko doskonalić swoje umiejętności, ale także otrzymywać godziwe wynagrodzenie.

Z drugiej strony może to właśnie konieczność grania za pół darmo, daje im tak niesamowitą determinację i serce do walki. Podczas oglądania meczu finałowego tę ogromną pasję, można było dostrzec na każdym kroku. Miło było zobaczyć piłkarki, które podobnie jak przedstawiciele innych dyscyplin zespołowych w naszym kraju, wykazują się pełną zaangażowania i są autentycznie dumne, z możliwości reprezentowania barw narodowych. Pod tym względem od pierwszego do ostatniego gwizdka, biły na głowę zblazowanych gwiazdorów z kadry Fornalika. Takie podejście rzutowało też bardzo pozytywne, na inne elementy piłkarskiego rzemiosła, pośrednio zależne od cech czysto wolicjonalnych. Miło było wreszcie zobaczyć polską drużynę piłkarską, która przez cały mecz zachowuje pełną dyscyplinę taktyczną, a pressing nie jest wykonywany jedynie na tak zwane alibi. Co więcej nasze reprezentantki wykazały się zadziwiająco wysokim poziomem technicznym i potrafiły to wykorzystać podczas konstruowania akcji ofensywnych. Oczywiście zdarzały się także proste błędny, ale biorąc pod uwagę młody wiek zawodniczek oraz stawkę rozgrywanych spotkań, było ich bardzo niewiele. Zestawiając je z niedawnymi wyczynami, rzekomo najlepszych piłkarzy w tym kraju w starciu z Mołdawią, można wręcz uznać, że nasze juniorki grały praktycznie bezbłędnie.

Mógłbym jeszcze długo rozpisywać się o zaletach naszej kobiecej młodzieżówki, ale obawiam się, że kontestujących znaczenie tego sukcesu malkontentów, nie zdołają przekonać nawet najrozsądniejsze argumenty. Poza tym użyłem tego porównania w celu pokazania jak niewiele trzeba, aby nawet w sponiewieranym, polskim futbolu sięgać po najwyższe laury. Jednocześnie podziwianie zwycięstwa ze Szwecją, pozbawiło mnie resztek szacunku dla wybrańców selekcjonera Waldemara Fornalika.

Oczywiście nie zamierzam się nagle zamienić w „niedzielnego kibica” i kopać leżącego. Nie chodzi mi także o najniższą w historii pozycję w rankingu FIFA. Od zawsze uważałem to zestawienie za całkiem bezużyteczną, tanią podnietę dla mediów. Moim zdaniem w odróżnieniu od rankingu klubowego, służącego do przydzielania poszczególnym krajom ilości oraz jakości miejsc w Europejskich Pucharach, nie odzwierciedla on rzeczywistej siły poszczególnych reprezentacji narodowych. Mój brak szacunku dla naszych kadrowiczów ma swoje źródło w ich podejściu do rywalizacji i mentalnej postawie na boisku.

Grając najważniejszy mecz w sezonie reprezentacyjnym, który pomimo wcześniejszej porażki z Ukrainą, mógł im dać realne szanse awansu na Mundial, było ich stać zaledwie na około trzydzieści minut biegania. Pressing stanowił jedynie puste gesty, pozbawione rzeczywistego zagrożenia dla rywala, a wszystkie błędy w szykach obronnych można by z łatwością wyeliminować przy odpowiednim stopniu zaangażowania i determinacji. Ten wzorzec w odniesieniu do naszej męskiej kadry seniorów, powtarza się zresztą w bardzo wielu meczach, bez względu na klasę przeciwnika. Poza tym poziom umiejętności rywala nie ma tu żadnego znaczenia. Mona bowiem przegrać z każdym, ale zawodowemu sportowcowi, któremu zależy na szacunku kibiców, nie przystoi przejść obok zawodów całkiem obojętnie. Niezależnie od aktualnej formy musi się wykazywać odpowiednim nastawieniem, sercem do walki oraz dążeniem do zwycięstwa.

Dlatego właśnie uważam, że w odróżnieniu od podopiecznych Waldemara Fornalika, dziewczyny z kadry U-17, pokazały naszym drużynom klubowym drogę do sukcesu w Europejskich Pucharach. Wszyscy wiemy, że polska piłka nożna boryka się z ogromnymi trudnościami. Z drugiej strony znacząca pozycja rodzimej siatkówki także nie wzięła się znikąd. Jej osiągnięcie wymagało żmudnej pracy szkoleniowo-organizacyjnej oraz powolnego postępu, tak na poziomie klubów, jak i wszystkich reprezentacji. Złożonych problemów naszego futbol, nie uda się rozwiązać z dnia na dzień. Poza tym, aby to osiągnąć ludzie odpowiedzialni za przyszłość tej dyscypliny, powinni zrozumieć istotę problemu. Włodarze krajowych drużyn oraz działacze PZPN, muszą sami przed sobą przyznać, że źródłem piłkarskich bolączek, wcale nie są za niskie budżety, niedoskonały system szkolenia, czy też ogromna przepaść organizacyjna, jaka dzieli nas od światowej czołówki. Wszystkie te rzeczy są oczywiście niezmiernie istotne, ale moim zdaniem stanowią jedynie skutek olbrzymiej mentalnej i światopoglądowej przepaści, w jakiej od wielu, wielu lat tkwi nadwiślański futbol.

Podsumowując recepta na odnalezienie drogi do sukcesów jest bardzo prosta, lecz wprowadzenie jej przepisów w życie, na pewno nie będzie łatwe. Jeśli chodzi o tegoroczne zmagania polskich klubów w Europejskich Pucharach, obawiam się, żeby jak zwykle nie doszło do żenującej kompromitacji. Z drugiej strony potencjalni rywale w drodze do fazy grupowej Ligi Mistrzów, czy też Ligi Europy, nie są na tyle mocni, aby było to zadanie nierealne. Podstawowy problem tkwi bowiem, nie w klasie przeciwnika, ale w poziomie elementarnego przygotowania mentalnego, wolicjonalnego oraz motoryczno-fizycznego naszych zawodników. Być może wielu uzna to stwierdzenie za niedorzeczne lub wręcz całkiem fantastyczne, ja jednak nie zamierzam się z niego wycofać: Wszystkie nasze drużyny startujące w kwalifikacjach europejskich zmagań, mają rzeczywiste szanse na awans do elity Starego Kontynentu. Aby to osiągnąć konieczne jest spełnienie kilku, podstawowych warunków, które można zawrzeć w kilku, równie prostych, lecz bardzo zobowiązujących zwrotach: Wola walki, chęć zwycięstwa, zaangażowanie, poświęcenie dyscyplina oraz ambicja. Dziewczyny z kadry U-17 pokazały, że obok pokaźnego zestawu czysto sportowych umiejętności, znają znaczenie każdego z tych słów. Co więcej siatkarze po fatalnym początku tegorocznej Ligi Światowej, pomimo chwiejnej formy nie odpuścili nawet na chwilę i nadal pazurami biją się o awans do turnieju finałowego. Wierzę, że piłkarzy również na to stać, pytanie tylko czy zechcą. Jeśli nie to tak jak napisałem wcześniej czeka nas kolejna futbolowa kompromitacja, połączona z bezsensowną i nic niewnoszącą paplaniną w mediach.





Wybrane dla Ciebie:




Komentarze (0):

Jeśli chcesz dodawać komentarze, musisz się zalogować.

Najpopularniejsze

Copyright 2016 Wiadomosci24.pl

Korzystamy z cookies i local storage.

Bez zmiany ustawień pliki są zapisywane na urządzeniu. Więcej przeczytasz tutaj.