Facebook Google+ Twitter

Eurodeputowany PO: Burzę wokół traktatu wywołali politycy

O traktacie lizbońskim, o przyszłym Przewodniczącym UE i o dyskryminacji Polaków w instytucjach unijnych, Wiadomości24.pl rozmawiają z eurodeputowanym Filipem Kaczmarkiem.

 / Fot. www.filipkaczmarek.plSeweryn Lipoński: W większości państw traktat lizboński nie wywołuje tak wielu dyskusji jak w naszym kraju. Co było przyczyną prawdziwej burzy wokół traktatu w Polsce?
Filip Kaczmarek*: Polska opinia publiczna średnio interesuje się traktatem – podobnie zresztą jak w innych krajach. Jeżeli więc temat zaczyna być nagle głośno komentowany, mimo iż ludzie się nim nie zajmują, diagnoza jest prosta: oznacza to, że dyskusję wywołali politycy. W Polsce część ugrupowań stwierdziła, że z traktatu lizbońskiego można zrobić tak zwany „gorący temat” i częściowo się to udało. Przyczyną owej burzy były więc niewątpliwie działania partii politycznych.

A nie sądzi pan, że dyskusję dodatkowo podgrzały obawy samych Polaków? Według sondaży, przynajmniej kilkanaście procent obywateli odczuwa niepokój związany z traktatem lizbońskim i zmianami, jakie niesie.
Faktycznie, 13 proc. Polaków wyraża na przykład obawy dotyczące suwerenności kraju. Pytanie tylko, co jest pierwsze: strach czy może działania części środowisk politycznych? Moim zdaniem jest dokładnie odwrotnie – tych, którzy mają rzeczywiste obawy, jest bardzo mało. Jeżeli bowiem, jak już mówiliśmy, większość ludzi tą sprawą się nie interesuje, to tym bardziej osoby mogące się czegoś obawiać lub z czegoś się cieszyć, z założenia stanowią mniejszość. Z kolei ci, którzy uważają, że można zrobić z tego jakiś wehikuł polityczny, powodują, że rośnie liczba osób widzących zagrożenia. Moim zdaniem jest to konstrukcja czysto psychologiczna: niektórzy są bardziej nastawieni na odbieranie sygnałów pozytywnych, a niektórzy – negatywnych. Przypomina to klasyczny dylemat ze szklanką, do której nalano wody do połowy i pytanie, czy jest pusta czy pełna. Część osób zawsze będzie mówiła, że pusta. I właśnie na tych osobach żerują ci, którzy uważają, że traktat lizboński jest niebezpieczny i budzi zagrożenia dotyczące suwerenności, gospodarki, praw politycznych...

Czyli pierwotne były działania polityczne, a nie rzeczywiste obawy?
Dokładnie tak. Z racji swojej działalności znam wiele osób i nigdy nie spotkałem się, przykładowo, z parą homoseksualistów, która przyszłaby do mnie z problemem, że nie może zalegalizować związku albo adoptować dziecka. Podkreślam: w ogóle nie spotkałem się z takim zjawiskiem. Tego nie tylko w sferze publicznej, ale nawet prywatnej, praktycznie nie ma. Moim zdaniem jest to problem w dużej mierze generowany przez polityków.

Mówił pan przed chwilą, że Polacy nie interesują się traktatem, a już tym bardziej nie znają jego treści – sam premier Tusk przyznał, że nie czytał całości. Wypadałoby jednak znać pewne ogólne założenia, tymczasem wiele przypadkowo zapytanych osób nawet nie wie, czym jest traktat lizboński. Jak to zmienić?
To kwestia szeroko rozumianej edukacji europejskiej. W Polsce dominuje, niestety, taki model "akcyjny". Na przykład: jest akcesja – to robimy punkty informacyjne na ten temat. Gdy była szansa na referendum konstytucyjne nad poprzednim traktatem, to też rozważano, czy nie powołać specjalnych punktów w całym kraju, informujących o konstytucji. Ale nie tędy droga. Nie można działać od akcji do akcji, od traktatu do rozszerzenia, i tak dalej. Moim zdaniem lepsze byłoby stałe działanie instytucji publicznych, na przykład we współpracy z uczelniami, dzięki któremu obywatele otrzymywaliby informacje. Tym bardziej, za zapotrzebowanie na informacje europejskie jest duże. Oczywiście, dotyczy ono głównie spraw finansowych. Ludzie interesują się przede wszystkim, co Unia może im dać. Zainteresowanie sprawami instytucjonalnymi jest mniejsze. Nie zmienia to faktu, że takiej stałej sieci informacyjnej u nas nie ma. Co więcej, jeżeli liczba punktów informacyjnych dotyczących Unii Europejskiej zostanie zmniejszona, będzie to kolosalny błąd. Powinno to być rozwijane, a nie redukowane.

Traktat lizboński wprowadza stanowisko Przewodniczącego Rady Unii Europejskiej. Podczas debaty [wywiad był przeprowadzany tuż po dyskusji o traktacie lizbońskim - przyp. red.] wspomniał pan, że od pierwszego przewodniczącego – ktokolwiek nim zostanie – będzie zależało znaczenie tego stanowiska w przyszłości. Jakie cechy powinien posiadać przyszły przewodniczący?
To zależy od oczekiwań. Euroentuzjaści – którzy są zwolennikami silnych instytucji unijnych – będą chcieli osoby o mocnej pozycji politycznej. Innmi słowy kogoś, kto w swoim kraju członkowskim odgrywał istotną rolę, na przykład były premier albo były prezydent. Będą chcieli, aby był silną osobowością i nie ulegał wpływom aktualnych szefów rządów poszczególnych państw. Dodatkowo, aby był proeuropejski. Warto wspomnieć zarzut wobec dyskutowanej niedawno kandydatury Tony’ego Blaira: mówiono, że wprawdzie sam Blair jest proeuropejski, ale Wielka Brytania już niekoniecznie i dziwne byłoby, gdyby pierwszy przewodniczący wywodził się właśnie z tego kraju. Oczywiście zupełnie inne oczekiwania mają ci, którzy mówią: niezbyt szybko z tym pogłębianiem integracji. Oni woleliby, aby był to polityk raczej słaby, bo nie nada temu urzędowi charyzmy ani siły pozaformalnej, niewynikającej z zapisów prawnych, tylko z osobowości. Chodzi tu nawet o zwykłą siłę głosu, zdolności czysto retoryczne. Wymagania wobec przewodniczącego zależą więc od osoby, którą o to spytamy.

Ostatnio wynikła nieprzyjemna sprawa, związana z domniemaną dyskryminacją Polaków ubiegających się o stanowiska urzędnicze w Unii Europejskiej. Polscy uczestnicy konkursów twierdzą, że potraktowano ich surowiej niż pozostałych. Jak obecnie wygląda ta sprawa i jaki jest jej najbardziej prawdopodobny finał?
Po pierwsze, sami zainteresowani – około 30 osób – napisali oficjalny protest do Komisji Europejskiej, wskazując na zmianę składu komisji i porównując swoje wyniki do rezultatów innych grup narodowościowych. Niezależnie od tego, ja osobiście wystąpiłem z zapytaniem do Komisji Europejskiej – tak zwanym pisemnym zapytaniem priorytetowym – czy Komisja nie podziela argumentów podanych przez owych niedoszłych urzędników, dotyczących praktyk dyskryminacyjnych. Obecnie czekam na odpowiedź. Zainteresowało się tym również wielu innych polskich posłów do Parlamentu Europejskiego i być może podejmiemy jeszcze kolejną niezależną inicjatywę – nie ustaliliśmy jeszcze konkretnej formy.

Filip Kaczmarek, eurodeputowany PO / Fot. Seweryn LipońskiA w przeszłości podobne interwencje okazywały się skuteczne?
Owszem, jedną kwestię udało się nam w ten sposób rozwiązać. Otóż na początku naszej obecności w Unii, polscy kandydaci na urzędników unijnych musieli znać dwa języki obce. Należało bowiem porozumiewać się w jednym z 11 języków wiodących oraz jeden dodatkowy. Wśród wiodących nie było polskiego, był natomiast, na przykład, fiński. W efekcie kandydaci z krajów, w których językiem ojczystym był jeden z wiodących, musieli znać de facto tylko jeden język obcy – a Polacy dwa. Próbowaliśmy interweniować w tej sprawie i zniesiono ten wymóg – teraz wystarczy znajomość przez Polaków jednego języka obcego. Czasami więc podobne interwencje – w postaci listów, zapytań do Komisji – powodują realne zmiany w procedurze. Mam nadzieję, że i w obecnym przypadku, jeśli okaże się, że praktyki dyskryminacyjne były stosowane, Komisja podejmie skuteczne działania, aby je wyeliminować.

Kiedy można spodziewać się jakichś decyzji w tej sprawie?
Sprawa jest zupełnie nowa – zapytanie składałem w ubiegłym tygodniu. Formalnie Komisja ma czas do czterech tygodni na udzielenie odpowiedzi. Będę więc czekał.


*Filip Kaczmarek jest deputowanym do Parlamentu Europejskiego. W przeszłości związany z Kongresem Liberalno-Demokratycznym (poseł na Sejm I kadencji 1991-1993) i Unią Wolności, od 2001 r. członek Platformy Obywatelskiej. Wybrany do PE z listy PO w 2004 r., zasiada w komisji rozwoju i handlu zagranicznego.

Wybrane dla Ciebie:




Komentarze (0):

Jeśli chcesz dodawać komentarze, musisz się zalogować.

Najpopularniejsze

Copyright 2016 Wiadomosci24.pl

Korzystamy z cookies i local storage.

Bez zmiany ustawień pliki są zapisywane na urządzeniu. Więcej przeczytasz tutaj.