Facebook Google+ Twitter

Europa futurystyczna, nie turystyczna

Cyber-Orwell. Tak można nazwać gatunek mającego dziś premierę filmu "Metropia" Tarika Saleha. To zagadkowa historia z pogranicza "Metropolis", kina Larsa von Triera, "Matriksa" i dystopijnego "Roku 1984".

Metropia / Fot. Materiały promocyjneRoger ma dziewczynę Ninę. Pożycie im się nie układa, bo Roger cierpi na impotencję, a i przejawia zazdrość o częste kontakty Niny ze swoim przyjacielem. Zastanawia się, czy nie odegrać się na nich zdradzając Ninę. Poza tym codziennie głód, chłód czy zawieja, jeździ do pracy rowerem, po czym zasiada przy biurku wielkiej korporacji i słucha skarg swojego szefa, o którym myśli, niebezpodstawnie, że ten go kontroluje. Brzmi konwencjonalnie?

Częściowo, bo rzecz dzieje się w przyszłości. Europa połączona jest jedną wielką siecią metra, co prawdopodobnie ma na celu zmniejszenie zużycia kończącej się ropy naftowej, ale alegoria Europy - towarzystwa wzajemnej adoracji, połączonego siecią wzajemnych interesów jest czytelna.

Także problemy etniczne dają się mieszkańcom tej tzw. Metropii we znaki. Bohaterowie popularnego teleturnieju "Azyl" to emigranci, którym na szalę losu rzuca się pobyt w Europie albo drastyczną ekstradycję. Świat to zatem wybitnie scentralizowany i wręcz złowrogi dla tych, którzy do niego nie pasują. Jak odnajduje się w nim Roger?

Początkowo oczywiście nijak, zdaje się być przeciętnym everymanem. Z czasem jednak zaczyna odkrywać, że traci kontrolę nad sobą, odnosi wrażenie, że nawet niektóre jego myśli nie należą do niego. Sposób w jaki dociera do niego prawda, to główna oś filmu, szkoda byłoby psuć efekt zaskoczenia zdradzając ją. Dość powiedzieć, że pomysł to tyleż absurdalny, co przede wszystkim komiksowy. Widać z resztą od początku, że film zmierza bardziej w stronę czytelnej, futurystycznej baśni niż political-fiction. Dzięki temu po krótkim czasie zaczyna trzymać w napięciu i tak aż do samego końca. Ciekawym konceptem jest to, że bohater jest minimalistą. Mimo, że dochodzi do odkrycia, że świat jest w niebezpieczeństwie, nie podejmuje działania z poczucia dziejowej misji, ale po to, by móc powrócić niezauważenie do dawnego status quo szaraczka u boku dziewczyny. Przypomina więc bardziej Kolesia z "Big Lebowskiego"
z awanturującego się o swój dywan, niż mesjasza Neo z "Matriksa".

Aluzji do tego drugiego filmu jest w tej metro-utopii z resztą sporo: minięcie zjawiskowej kobiety w tłumie ludzi przypomina żywcem scenę ze wspomnianego filmu, podobnie klimat samych stacji metra, pochmurny świat przyszłości, czy idea jednej, wielkiej, bezpośredniej kontroli. Cyber-Orwell. Jeżeli już strawi się konwencję filmu, którą wyznaczyli dawno, dawno temu bracia Wachowscy, szybko można zacząć kojarzyć "Metropię" również z klasyką od "Metropolis", przez "Alphaville" mijając gdzieś "Blade Runera". Mimo wszystko film można nazwać autorskim, ma swój własny niepowtarzalny styl. Prostota pozornie tylko pokręconej fabuły jest tu strawna, co jest typowe dla filmów tego gatunku, który reprezentuje "Metropia", czyli… animacji.

Wybrane dla Ciebie:




Komentarze (0):

Jeśli chcesz dodawać komentarze, musisz się zalogować.

Najpopularniejsze

Copyright 2017 Wiadomosci24.pl

Korzystamy z cookies i local storage.

Bez zmiany ustawień pliki są zapisywane na urządzeniu. Więcej przeczytasz tutaj.